Książki,Recenzje

A właśnie, że jedyny – Melissa Pimentel – “Nie mój jedyny” [recenzja]

Nie mój jedyny
Nie mój jedyny

Wyrażenie “literatura kobieca” nie kojarzy się zbyt dobrze. Zazwyczaj pod takim sformułowaniem kryją się romansidła, melodramaty, powieści erotyczne z miałką fabułą czy istne scenariusze mało ambitnych komedii romantycznych, których nikt nie przeniósł na ekran, bo jest ich już zbyt wiele. Na szczęście zdarzają się książki, które termin ten wynoszą bardzo wysoko, nadając mu rangę literatury godnej polecenia i takiej, która nie tylko roznosi po sercu przyjemne ciepło, ale także bawi, wzrusza i daje do myślenia, a fabułę zapamiętujemy na długo (skoro już mowa o tego typu literaturze – czy są jakieś słuchy odnośnie najnowszej powieści Fannie Flagg? Chętnie przeniosłabym się na kilka godzin do Alabamy…). I oto mam przed sobą powieść Nie mój jedyny autorstwa Melissy Pimentel. Czy ratuje ona honor literatury kobiecej? Niestety nie.

Zacznę od tego, że po przeczytaniu opisu książki na czwartej stronie okładki, coś zaświtało mi w głowie. Miałam wrażenie, że już czytałam coś takiego (z tą literaturą często tak bywa), w dodatku całkiem niedawno. W dużym skrócie chodzi bowiem o to, że Ruby mieszka sobie samotnie na Manhattanie i jest bardzo zapracowana. Niedługo jednak wyjeżdża na ślub siostry, na którym – o grozo – ma spotkać swoją dawną miłość, Ethana, którego nie widziała od lat. Rozstali się w dziwnych okolicznościach, które dla czytelnika mają być ewidentnie tajemnicze i równie ewidentnie zaważyć mają na finale powieści. Zabrzmiało mi to znajomo nie bez powodu – całkiem niedawno bowiem czytałam nie jedną, a dwie książki, których koncept można by streścić bardzo podobnie. Pierwszą z nich był Spacer w parku Jill Marsell, a drugą Zimowa miłość polskiej autorki, Elżbiety Rodzeń, którą Głos Kultury objął patronatem medialnym. W tych obydwu książkach głównymi bohaterkami były również kobiety na swój sposób samotne, radzące sobie z wieloma przeciwnościami, które w związku z jakimś wydarzeniem (w Spacerze w parku również był to ślub) muszą skonfrontować się z mężczyzną, którego porzuciły przed laty, bez podania przyczyny. Zarówno powieść Marsell, jak i Rodzeń, choć nie były dziełami wybitnymi, czytało się bardzo przyjemnie, potrafiły wciągnąć i wywołać emocje, słowem – były dobre i nie czułam żadnego zażenowania, czytając je. Dlatego miałam spore nadzieje w związku z publikacją Nie mój jedyny. Niestety to, co u wymienionych wyżej autorek tylko pozornie było nudną fabułą z przewidywalnym finałem, u mieszkającej w Londynie pisarki pozory okazały się rzeczywistością.

Jak już wiecie z mojego przydługiego wstępu, Ruby mieszka na Manhattanie, jest zapracowaną kobietą, która nie ma czasu na drobne przyjemności ani na te większe, czyli na przykład miłość. Kiedy przed laty wyjeżdżała z domu, miała wielkie plany i chciała podbić Nowy Jork, który na odległość wydawał się być jej miejscem na świecie. Z czasem okazało się jednak, że to, co w marzeniach wygląda bajecznie, w rzeczywistości maluje się w szarych barwach. Teraz jednak kobieta może wyrwać się na jakiś czas z szaroburego miasta, bo już niedługo jej siostra wychodzi za mąż. A ponieważ marzyła ona od zawsze o ślubie jak z bajki… właśnie taki się szykuje. W związku z tym na miejscu rodzina i przyjaciele zjawiają się kilka dni wcześniej, by wszystko było przygotowane i dopięte na ostatni guzik. Tak się składa natomiast, że najlepszym przyjacielem Pana Młodego jest Ethan, dawna miłość Ruby, z którym rozstała się niedługo po swojej przeprowadzce do Nowego Jorku. Przez większość  powieści, która liczy sobie ponad trzysta stron, będziemy mieli więc do czynienia z przemyśleniami Ruby na temat tego, co czuje do mężczyzny, który od ich rozstania przeistoczył się z biednego barmana w jednego z najbogatszych ludzi w Ameryce, którego twarz zdobi okładkę najnowszego wydania magazynu “Forbes”. Z racji tego, że ich rozstanie owiane jest tajemnicą, autorka zdecydowała się na prowadzenie akcji dwutorowo – w teraźniejszości, gdzie trwają przygotowania do ślubu, i w przeszłości, gdzie Ruby i Ethan gorąco się kochają i są przekonani, że taki stan będzie trwać wiecznie (podobnie zrobiła w swojej książce Elżbieta Rodzeń). Do tego dochodzą jeszcze maile, które Ethan wysyła, będąc poza domem – do swojego ojca, do prawników… W zasadzie nie wiem, po co taki zabieg, bo te wiadomości nic nie wnoszą do fabuły, ale cóż… wola pisarki.

Najsłabszymi stronami powieści są: styl, w jakim została napisana, dialogi, a także główna bohaterka. Nie mój jedyny to powieść, o której doskonale wiemy, jak się skończy, dlatego zainteresowanie czytelnika powinna wzbudzać na inne sposoby. Niestety nie robi tego, oferując mało emocjonujące czytadło, o którym szybko zapomnimy. Ruby jest postacią nudną i nijaką, do której nie bardzo jesteśmy w stanie poczuć sympatię. Przez moment możemy wręcz pomyśleć, że jest materialistką i że jej uczucia do Ethana odżyły po tym, jak okazało się, że jest bogaty i sławny. Podczas lektury nie współczułam jej w zasadzie ani razu, zachowując do jej osoby stosunek mocno obojętny, a to przecież największa zgroza głównego bohatera. Ethan stoi gdzieś z boku i jest w tej historii raczej statystą – do niego również nie żywimy wielkich czytelniczych uczuć. Chyba największą sympatię wzbudza mimo wszystko macocha Ruby i jej siostry, postać kolorowa i wybijająca się na tle innych. Sceny z nią były nawet interesujące i jeśli już cokolwiek w tej powieści miało wzruszać, to właśnie ona najprędzej.

Również zakończenie pozostawia wiele do życzenia – jest przewidywalne, pozbawione emocji i sprawia, że motywacje głównej bohaterki są dla nas jeszcze mniej zrozumiałe niż na początku lektury. Powrócę jednak na moment do stylu, o którym wspomniałam wcześniej. Nie mój jedyny został napisany tak, że niejednokrotnie miałam wrażenie, iż czytam powieść bardzo infantylną, banalną, pozbawioną czegokolwiek, co uratowałoby ją przed zatonięciem w morzu podobnych, a często i lepszych. Najgorsze jednak było to, że zdarzało mi się także czuć zażenowanie podczas lektury, którego miałam nadzieję nie doświadczyć, sięgając po tę książkę. Nie twierdzę, że Melissa Pimentel napisała powieść, która nie znajdzie swoich zwolenników ze względu na swoje wady. To bowiem, co dla mnie jest minusem tej książki, dla kogoś może okazać się jej walorem – prosty język, brak komplikacji w fabule, przewidywalny finał, prosta historia, brak zaangażowania w jakąkolwiek problematykę. Mnie jednak Nie mój jedyny zawiódł i cieszę się, że jest to mój jedyny tytuł tej autorki na półce.

Fot.: Czarna Owca

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".