Recenzje,Seriale

Ze śmiercią mu do twarzy – Ricky Gervais – “After Life” [recenzja]

To mój pierwszy występ komediowy od siedmiu lat, jeśli nie liczyć Złotych Globów. Nie liczyłbym. Złote Globy to inna historia. Zupełnie inny nastrój. Dwieście milionów widzów na całym świecie. I to na żywo. To ekscytujące. Jednak przy takiej skali robi się trochę sztywno. Ludzie są inni, wszyscy blogują. Wszyscy piszą: „- Czuję się urażona! – Dlaczego? – Bo powiedział coś strasznego – Powiedział wiele strasznych rzeczy – Tak, ale tę odebrałam osobiście”. Tak to działa z obrażaniem, chodzi o osobiste odczucia. Nie przejmuję się konsekwencjami. Moja dziewczyna, Jane, martwi się tymm co o mnie piszą, i pyta: „- Coś Ty powiedział? – Bez obaw Kochanie, nie wejdą nam do domu. Walić ich”. Więc się z nią droczę i straszę, że powiem (jako prowadzący galę Złotych Globów) gorsze rzeczy, niż zamierzam. I muszę wymyślić mocniejsze żarty niż normalnie. Tylko po to, żeby wystraszyć moją dziewczynę. Lecimy więc na rozdanie Złotych Globów jakoś tydzień przed galą, a ja pracuję nad materiałem i chcąc wkręcić Jane, mówię jej: „Mam dobre intro! Ona pyta: Jakie? A ja wypalam: Bill Cosby kazałby naszej następnej prezenterce spać na kanapie. Powitajcie Helen Mirren!”. Ale nie zrobiłem tego. Ona: „Nie powiesz tego?”. Zaprzeczyłem. Następnego dnia znowu ją podchodzę, pytając ”Myślisz, że to przesada? Posłuchaj: ‘Nawet Bill Cosby nie ma tyle narkotyków, żeby uśpić tę wspaniałą bestię. Powitajcie proszę Melissę McCarthy!’”. To zaledwie fragment stand-upowego programu Humanity autorstwa Ricky’ego Gervaisa, uznanego brytyjskiego komika, aktora i producenta telewizyjnego (jest współtwórcą kultowej, oryginalnej serii The Office). Nie bez powodu wybrałem ten właśnie cytat, bowiem kluczową rolę odgrywa w nim partnerka showmana, Jane, oraz ich relacja. To właśnie na relacji damsko-męskiej, a raczej jej utracie po śmierci jednej z najbliższych osób oparty jest nowy projekt Gervaisa – After Life, w którym to komik zaskakuje widza głębią oraz dramatycznym tłem.

Fabuła najnowszego Netflixowego przeboju jest w zasadzie banalnie prosta. Ten króciutki (zaledwie sześć niespełna półgodzinnych odcinków) serial opowiada historię Tony’ego (w tej roli oczywiście Gervais, który napisał i wyreżyserował całą produkcję), a raczej wycinek owej historii i to w jej najtrudniejszym momencie – w trakcie przejmującej żałoby po śmierci żony, Lisy (urocza Kerry Godliman). Jako widzowie nie wiemy, jakim człowiekiem był Tony przed dramatycznym ciosem od losu, możemy się jedynie domyślać, iż był to facet pełen poczucia humoru i radości życia, taka typowa dusza towarzystwa, gość, który na spotkaniach ze znajomymi lub rodziną wyciąga jak z rękawa kolejne żarty powalające zebranych na kolana. Skąd takie przypuszczenia? Chociażby ze wstawek odtwarzanych przez bohatera nagrań „zza grobu”, jakie zostawiła mężowi Lisa, oraz z postawy kolegów z pracy (i tu bardzo ważne – Tony jest dziennikarzem lokalnej gazety w jednym z małych angielskich miasteczek), którzy ze wszystkich sił starają się poprawić nastrój wdowca, dopingując, by wreszcie stanął na nogi. Temu jednak nie w głowie żadne stawanie, wręcz przeciwnie, po utracie ukochanej życie traci dla niego sens. Jest gburowaty i opryskliwy względem każdej napotkanej osoby, a jakby tego było mało, sam zamierza targnąć się na swe życie, bo przecież po co żyć, Panie? Po co? Wymyśla sobie więc, że posiadł cudowną supermoc – może robić co i jak mu się zechce, a jeśli komuś się to nie podoba, to jego problem, on przecież zostawił sobie furtkę – zawsze może się zabić.

Serial – jak bez oglądania, a już po pierwszym opisie można przypuszczać – koncentruje się wokół osoby Tony’ego, a podejmowany temat żałoby nie jest łatwy. Nie jest również odkrywczy, bo trzeba sobie jasno powiedzieć, że pod wieloma względami After Life jest takie, jak wiele produkcji przed nim, które próbowały podjąć się oddania tego traumatycznego przeżycia. Jest jednak coś, co wyróżnia obraz Gervaisa na tle innych tego typu dzieł, a tym czymś jest autentyczna szczerość. Każdy, kto zna Ricky’ego z występów stand-upowych czy też różnego rodzaju Late Shows mniej więcej wie, czego może się po nim spodziewać w roli przybitego wdowca, choć i to nie do końca jest prawdą. Tym, co jako pierwsze rzuca się tu w oczy, obojętnie, czy patrzymy na After Life przez pryzmat serialu komediowego, czy też pieprznego humoru, z jakiego znany jest jego twórca, jest… dojmujący smutek. Na dobrą sprawę dopiero przy dwóch ostatnich odcinkach można się trochę pośmiać, wcześniej zaś zdarzają się oczywiście sceny poniekąd komediowe, jednak nie da się nie zauważyć wiszącej nad produkcją gigantycznej czarnej chmury z napisem „ROZPACZ”! Jak na serial bądź co bądź komediowy mnóstwo tu momentów, po obejrzeniu których widz traci nadzieję, a ręce same opadają, by zwisać bezwładnie wzdłuż ciała.

Ta prawda, ten namacalny wręcz, szczery dół to jeden z największych atutów nowego projektu twórcy The Office. I prawda ta w oczy kole, a nawet wali zaciśniętą pięścią prosto w twarz! Ricky Gervais nie bawi się w cenzurę, jednak, co warte podkreślenia, wszystkie mocne żarty nie są wcale przesadzone, a trafiające w punkt! Gervais w roli Tony’ego mówi o wszystkim tym, o czym w głębi duszy myśli każdy z nas, choć boimy się powiedzieć to na głos. On mówi. Mówi, bo jest w żałobie, bo ma gdzieś, co pomyślą inni ludzie, bo ma swoją supermoc, wedle której zawsze przecież może się zabić, dołączając do kochanej Lisy. W naprawdę inteligentny sposób brytyjski bohater uderza w niemal każdą grupę społeczną, wytykając wprost największe uchybienia i nieważne, czy aktualnie podejmowanym wątkiem jest samobójstwo, pedofilia czy wiara (genialna wstawka, kiedy to Ricky strofuje jedną z koleżanek: – Jestem ateistą – Czyli w nic nie wierzysz! – Nie, nie wierzę w nic, ja nie wierzę w Boga – Jak można nie wierzyć w Boga? – Ale jakiego? Zeusa? – Nie, w normalnego Boga – Jakiego normalnego? W Zeusa czy Jahwe? – … – No widzisz, Ty nie wierzysz w takich Bogów, ja nie wierzę w żadnego).

Mógłbym przeciągnąć ten tekst jeszcze co najmniej o stronę, nie chcę jednak spoilerować i zabierać potencjalnym przyszłym widzom After Life radości (jeśli można w kontekście tego serialu użyć tego słowa) z poznawania żałoby w brytyjskim stylu, którą serwuje nam Ricky Gervais, bo – jak wspomniałem – to zaledwie sześć krótkich odcinków. Są to jednocześnie trzy godziny przepełnione rozpaczą, dowcipem, smutkiem, żalem, troską i pikanterią. Parafrazując tytuł popularnej kilka dekad temu czarnej komedii – ze śmiercią mu do twarzy. Z twarzą tą oraz wszystkimi jej obliczami polecam się zapoznać, ponieważ – nie spoilerując – nawet jeśli prezentowane poczucie humoru (a szczerze uprzedzam, że w początkowej fazie produkcji nie ma go zbyt wiele) niespecjalnie wpasuje się w Wasze gusta, warto dać Gervaisowi szansę i zobaczyć, jak kończy się ta historia. Czasem to, co wydaje się proste, oczywiste czy nawet banalne, może okazać się właśnie tym, czego nam trzeba.

Fot.: Netflix