Filmy,Recenzje

Portret smutnych zdarzeń – Milko Lazarov – “Ága” [recenzja]

Ága
Ága

Niewiele jest filmów niosących w sobie tak olbrzymie pokłady magii, jak bułgarska Ága w reżyserii Milko Lazarova. To jedna z tych produkcji, która płynie własnym nurtem, nie przejmując się obecnymi trendami. Film ten zamykał 68. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie (pokazywany poza konkursem) i zrobił niemałe wrażenie na widzach. I nic dziwnego – Ága to film cudownie skrojony, w którym od samego początku widz postawiony jest przed wyborem – albo zaakceptujesz formę, albo nie masz tu czego szukać. I w moim przekonaniu jest to podejście bardzo słuszne.


Północ Jaukacji – rejon nieprzystępny, odizolowany od cywilizacji, wiecznie zimny. To właśnie tutaj żyją bohaterowie Ági – starzejące się małżeństwo, które postanowiło żyć w zgodzie z tradycją, ale też przede wszystkim z naturą. Mieszkają w jurcie, nie korzystają z elektryczności, za towarzysza mając jedynie psa, który pełni także istotną rolę w przemieszczaniu się z miejsca w miejsce. Sedna z reguły zajmuje się pracami domowymi, naprawą ubrań oraz sporządzaniem maści, natomiast Nanook każdego dnia wybiera się na polowania, żeby zdobyć coś do jedzenia. Para prowadzi spokojne życie, za dnia poświęcając się pracy, a wieczory spędzając na długich rozmowach o przeszłości, wspólnych snach oraz obawach o coraz mniejszą ilość zwierzyny łownej w okolicy. Jedynym znakiem świadczącym o tym, że akcja dzieje się współcześnie, jest malutkie przenośne radio oraz przecinające niebo samoloty i pozostawione po nich smugi kondensacyjne.


Elementem napędzającym fabułę filmu jest oczywiście tytułowa Ága – córka Sedny i Nanooka, która postanowiła opuścić rodziców i podjęła pracę w kopalni diamentów, znajdującej się nieopodal miasta. Ojciec Ági nie potrafi wybaczyć córce podjętej decyzji i na wspomnienie o dziecku staje się spięty, zamknięty w sobie, wygłaszając przy tym mowy o tym, jak ważna jest rodzina oraz tradycja. Natomiast Sedna pragnie jedynie ponownie zobaczyć ukochaną córeczkę i namawia męża do jej odwiedzin. Przez cały seans będziemy zadawać sobie pytania na temat Ági – dlaczego opuściła dom? Czy była to ucieczka? Czy jest szczęśliwa w mieście? Jednak nie znajdziemy na nie odpowiedzi, ponieważ nie o nich jest ten film.

Milko Lazarov stworzył dzieło, które czaruje widza od pierwszych scen. Na uwagę zasługuje świetna scenografia, która pozornie jest przecież niezwykle oszczędna – wszak przez większość filmu obserwujemy jedynie naturę lub jurtę, w której mieszka stare małżeństwo, jednak właśnie owa jurta jest dopracowana w najdrobniejszym szczególe. Wiecznie parujący kociołek, proste naczynia, sterta futer w rogu, wyzierające dziury ze “ścian” – to wszystko zachwyca oczy, choćby z tego powodu, że jest to dla nas tak egzotycznym widokiem. Podobnie dobrze spisali się twórcy kostiumów. Jednak rzeczą absolutnie genialną zostawiam na koniec: tak fenomenalnych zdjęć w filmie nie widziałem chyba od czasów Zjawy Iñárritu. Tak jak kilka lat temu Ida Pawlikowskiego otrzymała nominację do Oscara za najlepsze zdjęcia, tak dziś to właśnie Ága powinna walczyć o nominację. Kadrowanie tego filmu to sprawa wręcz kapitalna – Kaloyan Bozhilov do spółki z Milko Lazarovem wykonali przepiękną robotę, oddając nieuchronność przemijania, piękno natury oraz… piękno człowieka. Prawdę mówiąc, to właśnie obraz jest najcenniejszym elementem Ági i siła tej opowieści tkwi właśnie w zdjęciach. To one opowiadają całą historię lepiej niż jakiekolwiek wypowiedziane słowa, co spycha przecież dobre, naturalne i emocjonalne aktorstwo na boczny tor.


W 1922 roku powstał film dokumentalny, zatytułowany Nanuk z Północy. Film ukazywał wycinek z życia Inuitów i nie sposób nie skojarzyć tamtej historii z tym, co prezentuje Milko Lazarov. Już samo imię głównego bohatera jest wystarczająco wyraźnym sygnałem tego, że mamy tu do czynienia z czymś na kształt złożonego hołdu. Oczywiście drogi filmu sprzed niemal stu lat oraz Ági dość szybko się rozchodzą, ale skojarzenie było zbyt silne, aby o tym nie wspomnieć.

Ága to w gruncie rzeczy film strasznie smutny. Wizualna maestria nie jest w tym wypadku sztuką dla sztuki, a służy ujawnieniu przykrych prawd XXI wieku. Gdzieś w trakcie naszej drogi zatraciliśmy umiejętność współgrania z naturą i zaczynamy tracić umiejętność współgrania z drugim człowiekiem. Milko Lazarov nie próbuje jednak nikogo krytykować – jego film służy bardziej za portret zdarzeń niż społeczny manifest. To film zdecydowanie emocjonalny, bardziej nadający się do seansu w pojedynkę, z kubkiem gorącego napoju niż do przepełnionej sali kinowej. Niemniej jednak polecam wybrać się do kin, bo to jeden z najładniejszych filmów ostatnich lat i szkoda by było zmarnować taką okazję.

Fot.: Nowe Horyzonty 

Reżyseria 8
Scenariusz7.5
Aktorstwo 7
Muzyka 7
Kwestie techniczne 10
Emocje8.5
8Ocena ogólna

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel serwisu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Specjalizuje się w literaturze (poza tradycyjną formą słucha audiobooków), kinematografii oraz w serialach telewizyjnych. Nie pogardzi dobrą muzyką, grami komputerowymi oraz wszelkiego rodzaju grami planszowymi. Kontakt: redakcja@gloskultury.pl lub czarnepioro@gmail.com