Aktualnie na słuchawkach,Muzyka

Aktualnie na słuchawkach #13: Tigercub, iris, Halley Neal, Crowded House

iris
iris

Witamy w kolejnej odsłonie cyklu Aktualnie na słuchawkach, w którym będziemy dzielić się przemyśleniami na temat czterech płyt, wystawimy im oceny, wskażemy naszym zdaniem najmocniejsze oraz najsłabsze utwory i podzielimy się z Wami teledyskiem (jeśli będzie dostępny). Słuchanie kolejnych płyt na potrzeby tego cyklu to dla nas poszerzenie horyzontów, wyjście ze strefy komfortu, eksploracja nieznanych muzycznie terytoriów i przede wszystkim dobra zabawa. W nowej odsłonie Aktualnie na słuchawkach omawiamy wyłącznie nowości muzyczne z poprzedniego miesiąca. Dlatego też dziś przeczytacie (i, miejmy nadzieję, posłuchacie) o nowościach czerwca, za miesiąc o nowościach lipca, później sierpnia itd. Nasze teksty będą się ukazywać za każdym razem w ostatnim tygodniu miesiąca (niestety dzisiejsza odsłona zaliczyła niekontrolowane opóźnienie i ukazuje się o tydzień później). Da nam to łącznie 48 recenzji płyt rocznie. W każdym miesiącu postaramy się umieścić w zestawieniu przynajmniej jedną płytę mainstreamową oraz wyłuskać takie albumy, po które naszym zdaniem warto sięgnąć, mimo niskiej lub nawet znikomej rozpoznawalności muzyków, którzy je stworzyli. Dodatkowo postaramy się napisać, z jakim artystą bądź albumem kojarzy nam się omawiany wykonawca lub jego płyta. W tym miesiącu przedstawimy Wam między innymi artystkę iris.

Nasz zespół redakcyjny odpowiedzialny za Aktualnie na słuchawkach to Patryk Wolski i Mateusz Cyra. Patryk jest miłośnikiem rocka, głównie pociągają go odłamy hard i stoner. Mateusz z kolei to niepoprawny Stan Eminema, miłośnik lirycznego rapu oraz amator jazzu i  muzyki filmowej. Naszym wspólnym mianownikiem jest naprawdę szeroko pojęty indie rock oraz muzyka folk. Możecie spodziewać się zatem sporej różnorodności muzycznej.  

Pamiętajcie też, że na samym dole przypinamy playlistę Aktualnie na słuchawkach 06/21 dostępną na Spotify, na której umieściliśmy naszym zdaniem najfajniejsze piosenki z czerwca 2021 roku. 

Patryk Wolski:

Wykonawca: Tigercub

Tytuł: As Blue As Indigo

Data premiery: 18 czerwca 2021

Najsilniejszy punkt: Stop Beating on My Heart (Like a Bass Drum), Funeral, As Long As You’re Next to Me, Beauty

Najsłabszy punkt: Built to Fail

Gatunek: hard rock

Ocena: 8,5/10

 Nie od razu wsiąkłem w klimat zespołu Tigercub, ale z każdym kolejnym odsłuchem ich najnowszej, drugiej już płyty, zapałałem do ich muzyki szczerą sympatią. Przyznam również, że od pewnego czasu brakowało mi dobrego zespołu hard rockowego, który zaciekawiłby mnie na dłużej. Moje życzenie się spełniło – album As Blue As Indigo okazał się być zagadką stopniowo odkrywającą przede mną swe tajemnice. Może nie w warstwie tekstowej, bo tam nie wyłapałem niczego niezwykłego poza paroma wyjątkami. Osobiście preferuję, gdy rockowy album jest skomponowany w formie sinusoidy – ostre, gitarowe dźwięki ustępują wolniejszemu, spokojniejszemu graniu (stąd moja fascynacja grupą Queen, byli fenomenalni w balansowaniu natężeniem dźwięków na swoich płytach). Tigercub nie dość, że robi to między utworami, to nawet takie płynne przejścia występują w trakcie utworów. Przykład? Tytułowe As Blue As Indigo czy Stop Beating on My Heart (Like a Bass Drum) rozpoczynają się sennie, ale to tylko zmyłka – po chwili zaczyna się porządne, rockowe nawijanie instrumentów i wokalu. Co do wokalisty, miałem do jego głosu na początku ambiwalentny stosunek. To nie jest głos rasowego rockmana, który drze się do mikrofonu, jest bardzo… hmm, gładki – to chyba najlepsze określenie. Ale może właśnie dzięki temu najnowszy album Tigercub miał szansę na osiągnięcie tego zróżnicowania, które tak bardzo mi przypasowało. Ostatnio unikam zbyt głośnych, agresywnych wokali, więc w tym wypadku zaakceptowałem wokalistę. Z ciekawych kawałków mogę jeszcze wyróżnić balladę Funeral, która ma cudowny teledysk live nagrywany w kościele – efekt jest piorunujący, zachęcam zobaczyć. A z mocniejszych utworów zdecydowanie wyróżnia się Beauty, w którym można wyczuć wyraźną inspirację Queens of The Stone Age. Ogólnie rzecz biorąc, do Tigercub musiałem stopniowo się przekonywać, ale jako rockowy album As Blue As Indigo, podobnie jak opisywana niedawno przeze mnie grupę Citizen, zostanie ze mną na dłużej, gdy będzie chciał posłuchać ciekawego hard rocka.

Tigercub - Stop Beating on My Heart (Like a Bass Drum)


Wykonawca: Halley Neal

Tytuł: Halley Neal

Data premiery: 4 czerwca 2021

Najsilniejszy punkt: So Damn Perfect, Birthday, Top Three Things, Heart That Won’t Break, Lover

Najsłabszy punkt: brak

Gatunek: folk pop

Ocena: 10/10

Chociaż to ekipa z Tigercub gra mocniejszą muzykę, to jednak debiut Halley Neal okazał się dynamitem, który rozsadził moje słuchawki. W moment pojąłem, że mam do czynienia z muzyką wyjątkową, która chce przekazać coś konkretnego. A nie jest to trudne do uchwycenia, bo teksty Halley Neal są proste – ale nie prostackie, jak to mówi oklepane już powiedzenie. I takich kompozycji jestem fanem, mówmy wprost o co nam chodzi, co nas boli i co czujemy. Halley Neal właśnie to robi. Jej płyta w głównej mierze opowiada o skomplikowanych relacjach międzyludzkich, gdy znajomość między przyjaciółmi czy partnerami życiowymi zaczyna się sypać czy wręcz się rozpada. Po nieudanym związku często padają niekomfortowe słowa z jednej strony „możemy przecież zostać przyjaciółmi, prawda?”. Nie wiem jak Wy, ale z mojego doświadczenia to nigdy nie działa i zawsze dochodzi wtedy do krępujących sytuacji, gdy jedna ze stron nas unika, ignoruje nasze próby kontaktu. Halley Neal w sposób dobitny opowiada o tym w swoich piosenkach, gdy dochodzi właśnie do takich sytuacji. Najbardziej rozwalającym mnie utworem jest na ten moment Birthday, który zaczyna się banalnie, ale za to z jakim ładunkiem emocjonalnym: „Nie zadzwoniłeś w moje urodziny, więc ja nie zadzwonię w twoje”. Kompozytorka w genialny sposób ujęła drobny z pozoru moment, który często powoduje zapadnięcie się relacji między dwójką osób. Halley Neal wielokrotnie porusza również tematykę pozwiązkową, czyli co się dzieje z ludźmi po rozstaniu. Nie oszukujmy się, niekiedy zdarza nam się myśleć, czy nasz były partner bądź partnerka już się z kimś spotyka, czy mieszka w tym samym miejscu itd. I znowu wchodzi tu bezpardonowy język wokalistki: „Słyszałam że z kimś się spotykasz, ciekawe czy to ta koleżanka, o której mi mówiłeś?”. Tekstowo ona rozwala mnie na drobne kawałki i jeszcze do tej pory wyłapuję sobie drobne smaczki z poszczególnych utworów. Zwłaszcza, że muzyki słucha się równie przyjemnie – Halley Neal posiada niesamowity głos z ogromną skalą możliwości i jej twórczość jest rozkoszą zarówno dla umysłu, jak i uszu. Ja w jej twórczości zakochałem się bez reszty i na pewno będę obserwował jej dalsze poczynania, bo zdecydowanie można po jej debiucie zauważyć, że ma coś ciekawego do powiedzenia.

PS Jeśli już zaczniecie słuchać jej płyty, zacznijcie od razu od wersji Deluxe – rozszerza ona podstawowy album o dwa nowe, cudowne utwory i dorzuca wersję live piosenki Birthday.

Heart That Won't Break


Mateusz Cyra:

Wykonawca: iris

Tytuł: love and other disasters 

Data premiery: 4 czerwca 2021

Najsilniejszy punkt: april, the end of the world, your mind the universe (ingrid), crawl for me, ROBOTLOVER

Najsłabszy punkt: voodoo voodoo

Gatunek: indie pop, synth pop

Kojarzy mi się z: nie mam skojarzeń

Ocena: 8,5/10

Tradycyjnie już – pora na wyznanie: piosenki od 10 do 15 to dla mnie istny majstersztyk. Uwielbiam pławić się w tych dźwiękach, są dla tej części mnie, która lubi czasem zatopić się w smutku i odrętwieniu niczym balsam. Jednocześnie dają mi spełnienie tej pojawiającej się co jakiś czas potrzeby na muzyczną dawkę cierpienia, ale też paradoksalnie dają mi wewnętrzne ukojenie. Iris to norweska artystka, dla której love and other disasters to debiut płytowy. I jestem pewny, że przylgnie ta płyta do mnie na dłużej, bo jest to płyta przemyślana, dobrze ułożona i zróżnicowana na tyle, że każdy słuchacz ma możliwość zakochać się w innym aspekcie twórczości iris. Znajdziemy utwory mocno popowe, z dużą dozą elektroniki, okraszone auto-tunem, którego szczerze nienawidzę, ale w przypadku iris rozumiem zamysł i potrzebę użycia – to bardziej środek wyrazu, niż polepszenie brzmienia głosu, bo ten Norweżka ma naprawdę śliczny (co najlepiej widać chyba w the end of the world, które swojego czasu było moją obsesją). I przyznam, że takie push, don’t push oraz ROBOTLOVER brzmią świetnie i zaskakująco dla mnie często wracam do tych piosenek. To chyba jakiś wewnętrzny czar, który roztacza nad swoimi piosenkami iris. Bo wiele z utworów to dla mnie takie malutkie listy miłosne. Czasem do samej siebie, czasem do swoich niespokojnych myśli, czasem do swoich największych obaw, czasem do byłego kochanka, czasem do tego, na którego dopiero czekamy. Niby banał, ale ubrany w odpowiednią formę. Co tu dużo mówić – dziewczyna tworzy taki rodzaj poezji, że mnie to po prostu łapie za serce. Są tu także numery bardziej melancholijne, brzmiące niepokojąco boleśnie i niesamowicie emocjonalne i moim zdaniem to one stanowią o sile całego albumu. Gorąco liczę, że artystka dopiero stawia swoje pierwsze kroki w przemyśle muzycznym i kolejne albumy przyniosą tyle przyjemnych dźwięków, co jej debiut. Chyba w tym momencie jest to dla mnie muzyczne zaskoczenie roku. Prawdopodobnie duży wpływ na mój osąd ma fakt, że na co dzień nie słucham takiej muzyki, a iris bez większych problemów przebiła ponad 100 odsłuchań i liczba ta stale rośnie. 

iris — "lavender and heaven" (official video)


Wykonawca: Crowded House 

Tytuł: Dreamers Are Waiting

Data premiery: 4 czerwca 2021

Najsilniejszy punkt: Bad times good, To the island 

Najsłabszy punkt: Real life woman

Gatunek: Pop rock, art pop

Kojarzy mi się z: Brian Adams, Rod Stewart, R.E.M.

Ocena: 7/10

Lecimy z kolejnym wyznaniem: jak zobaczyłem nazwę zespołu, to byłem pewny, że to najnowsza płyta zupełnie innej grupy. Mianowicie Counting Crows. Nie pytajcie mnie, dlaczego się tak okrutnie pomyliłem. Tym bardziej, że do wron mam jakiś sentyment ze względu na wczesne lata 2000, a Crowded House to jeden z tych zespołów, którego dotąd nie znałem, mimo ich przebogatej dyskografii oraz wielu lat istnienia na rynku. Australijski zespół, którego najnowszą płytę właśnie Wam przybliżam, powstał w 1985 roku, ma na koncie siedem albumów studyjnych. Poprzedni krążek grupy powstał w 2010 roku a wokalista i założyciel – Neil Finn ma w tym momencie 63 lata. Nie spodziewajcie się po moim wpisie jakichś porównań z ich wcześniejszym dokonaniem, ponieważ niestety nie miałem na tyle czasu, by prześledzić ich cały dorobek. Dlatego też będzie to z mojej strony czysta, wolna od jakichkolwiek porównań, opinia dotycząca brzmienia tylko tego najnowszego dzieła Australijczyków. Powiem krótko: lubię ten album. Dobrze mi się go słucha i Crowded House niemalże zdominowali moje słuchawki w lipcu. Dreamers are waiting to jedna z tych płyt, które można określić mianem plasterka na złe emocje. Po przesłuchaniu kilku piosenek nie sposób nie wskoczyć w pozytywny nastrój, głównie za sprawą delikatnego, uspokajającego wręcz tonu wielu z nich. Ta płyta jest także niesamowicie melodyjna, a żadna z piosenek nie trwa dłużej, niż cztery minuty. I chociaż w warstwie lirycznej Finn i ekipa skręcają czasem w rozważania na temat samotności, trudno nazwać tę płytę melancholijną. Dreamers are waiting to cudowny kawałek popu i wiem, że będę sięgał po nich za każdym razem, gdy zapragnę takiego muzycznego odprężenia. To z pewnością nie jest kandydat na album roku 2021, ale znajdą się osoby, które pokochają twórców za te dźwięki. 

PS Okazuje się, że Counting Crows również wydało nowy album, ale w maju 2021 i premierę tę przegapiłem. Ale pewnie nadrobię z sentymentu.  

Crowded House - To The Island (Official Video)


Playlista Aktualnie na słuchawkach 06/21

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *