Aktualnie na słuchawkach,Muzyka

Aktualnie na słuchawkach #15: Halsey, deafheaven, Jade Bird oraz The Joy Formidable

halsey
halsey

Witamy w kolejnej odsłonie cyklu Aktualnie na słuchawkach, w którym będziemy dzielić się przemyśleniami na temat czterech płyt, wystawimy im oceny, wskażemy naszym zdaniem najmocniejsze oraz najsłabsze utwory i podzielimy się z Wami teledyskiem (jeśli będzie dostępny). Słuchanie kolejnych płyt na potrzeby tego cyklu to dla nas poszerzenie horyzontów, wyjście ze strefy komfortu, eksploracja nieznanych muzycznie terytoriów i przede wszystkim dobra zabawa. W nowej odsłonie Aktualnie na słuchawkach omawiamy wyłącznie nowości muzyczne z poprzedniego miesiąca. Dlatego też dziś przeczytacie (i, miejmy nadzieję, posłuchacie) o nowościach sierpnia, za miesiąc o nowościach września, później października itd. Nasze teksty będą się ukazywać raz w miesiącu, zwykle w pierwszym tygodniu nowego miesiąca. Da nam to łącznie 48 recenzji płyt rocznie. W każdym miesiącu postaramy się umieścić w zestawieniu przynajmniej jedną płytę mainstreamową oraz wyłuskać takie albumy, po które naszym zdaniem warto sięgnąć, mimo niskiej lub nawet znikomej rozpoznawalności muzyków, którzy je stworzyli. Dodatkowo postaramy się napisać, z jakim artystą bądź albumem kojarzy nam się omawiany wykonawca lub jego płyta. W tym miesiącu przedstawimy Wam między innymi artystkę Halsey.

Nasz zespół redakcyjny odpowiedzialny za Aktualnie na słuchawkach to Patryk Wolski i Mateusz Cyra. Patryk jest miłośnikiem rocka, głównie pociągają go odłamy hard i stoner. Mateusz z kolei to niepoprawny Stan Eminema, miłośnik lirycznego rapu oraz amator jazzu i  muzyki filmowej. Naszym wspólnym mianownikiem jest naprawdę szeroko pojęty indie rock oraz muzyka folk. Możecie spodziewać się zatem sporej różnorodności muzycznej.  

Pamiętajcie też, że na samym dole przypinamy playlistę Aktualnie na słuchawkach 08/21 dostępną na Spotify, na której umieściliśmy naszym zdaniem najfajniejsze piosenki z sierpnia 2021 roku. 


Patryk Wolski:

Wykonawca: Jade Bird

Tytuł: Different Kinds of Light

Data premiery: 13 sierpnia 2021

Najsilniejszy punkt: Honeymoon, Rely On, Headstart

Najsłabszy punkt: Open up the Heavens, Red White and Blue

Gatunek: indie rock, country

Ocena: 7/10

Jade Bird szybko zyskuje popularność wśród muzyki indie i nie jest to przypadkowe. Jej muzyka przyciąga uwagę słuchaczy i mediów – wystąpiła już w takich programach jak Later with Jools Holland, The Late Show with Stephen ColbertThe Tonight Show Starring Jimmy Fallon. Mnie osobiście urzekło w niej to, że pomimo młodego wieku i sporego szumu wokół siebie jest osobą dojrzałą i skromną, co najlepiej widać po dostępnych w serwisie YouTube materiałach i występach. Jade Bird najlepiej się czuje w rozciągniętym swetrze, z klasyczną gitarą, wykonując swoje utwory i bawiąc się przy tym wyśmienicie. Z jej wokalu bije ciepło, nawet jeśli utwór, na przykład tytułowy Different Kinds of Light, jest minorową balladą. Wydaje mi si, że właśnie dlatego nie mogłem się oderwać od drugiego albumu Jade Bird – niesie światło nawet, jeśli jest ponuro, a tak się składa, że płyty słuchałem w momencie nagłego załamania pogody i nieustannego deszczu. Co do stylu muzycznego, Jade Bird poza muzyką alternatywną łączona jest również z gatunkiem country i faktycznie w wielu utworach można wyczuć typowe bujanie klasycznej gitary. Wokalistka do tego stosuje wiele wokaliz, które szybko podłapałem i mimowolnie nuciłem pod nosem, a tym samym mogłem się przekonać o szerokiej i elastycznej skali głosu Jade Bird. Different Kinds of Light dobrze się sprawdza zarówno do słuchania rano i wieczorem, jak i do słuchania podczas spotkania ze znajomymi. Nie jest to album idealny, bo przyznać muszę, że niektóre utwory zaczęły mnie irytować po pewnym czasie – jak na przykład Open up the Heavens. Na szczęście jednocześnie zwróciłem większą uwagę na inne utwory i w ten sposób pokochałem Rely On. Nieprzebraną miłością darzę jednak żywiołowy kawałek Headstart, który z niewiadomych dla mnie przyczyn znalazł się na końcu albumu, co jest według mnie ogromną pomyłką – on powinien być na samym początku, dlatego też z Mateuszem naprawiliśmy ten błąd i na naszej playliście ten właśnie utwór usłyszycie jako pierwszy.

Jade Bird - Headstart (Official Audio)


Wykonawca: The Joy Formidable

Tytuł: Into the Light

Data premiery: 20 sierpnia 2021

Najsilniejszy punkt: Into the Blue, Chimes, Farrago, Left Too Soon

Najsłabszy punkt: Somewhere New

Gatunek: indie rock, shoegaze

Ocena: 8,5/10

W tym miejscu miał się pojawić tekst o najnowszym albumie The Ugly Kings, ale z przyczyn technicznych będzie niedostępny. A tak na serio – na płytę Strange, Strange Times czekałem, ponieważ już od pewnego czasu śledzę karierę The Ugly Kings. I już byłem gotowy umieścić ich w niniejszym zestawieniu, kiedy to tuż przed napisaniem tekstu trafiłem na najnowszy krążek grupy The Joy Formidable. No i popłynąłem. To doświadczony już zespół (aktywny od 2007 roku), a Into the Blue jest ich piątą płytą. Jeśli lubicie oniryczne żeńskie wokale w stylu grup Slowdive czy Paatos, to koniecznie musicie zwrócić uwagę na The Joy Formidable, ponieważ ich wokalistka Rhiannon „Ritzy” Bryan robi świetną robotę w tym klimacie. Do tego dochodzi fantastycznie skomponowana warstwa instrumentalna – świetne gitarowe riffy, energiczna perkusja, sensownie używane klawisze. Długo się zastanawiałem, czego w tym albumie można nie kochać. Dające kopa Chimes urywa tyłek, ale absolutnym mistrzostwem jest końcowy utwór Left Too Soon. Od niepokojącej gitary klasycznej utwór przeradza się w potężną, energiczną ścianę dźwięków, które za pierwszym razem pozostawiły mnie ze szczęką na podłodze. Pierwsze skojarzenie miałem z genialnym Vicious Traditions grupy The Veils, który również rozwijał się nieśmiało z cichego utworu do potężnej bomby emocji. Dlatego też album The Ugly Kings – pomimo że jest dobrym przedstawicielem hard rocka – musiał ustąpić najnowszemu wydawnictwu The Joy Formidable. Porównałem obie płyty, biorąc pod uwagę utwory, które na dłużej (a może i na zawsze) ze mną pozostaną. Left Too Soon już trafiło na moją listę ukochanych utworów. Płyta Strange, Strange Times nie zaoferowała mi żadnej piosenki, która wymuszała na mnie duszenie przycisku „odtwórz ponownie”. Sprawa jest więc jasna – album Into the Blue trzeba poznać, jeśli jesteście fanami intrygującego rocka z nieco nieobecnym wokalem.

The Joy Formidable - Chimes (Official Music Video)


Mateusz Cyra:

halseyWykonawca: Halsey

Tytuł: If I Can’t Have Love, I Want Power

Data premiery: 27 sierpnia 2021

Najsilniejszy punkt: Lighthouse, Whispers, Lilith, Easier Than Lying

Najsłabszy punkt: I am not a woman, I’m a god

Gatunek: art pop, rock alternatywny, 

Kojarzy mi się z: Taylor Swift, Avril Lavigne, Skylar Grey

Ocena: 9/10

Tradycyjnie już, pora na wyznanie: uwielbiam Halsey. Chociaż muzycznie dziewczyna ta znajduje się skrajnie daleko poza moją orbitą codziennych zainteresowań, to coś jest w jej głosie, w charyzmie wokalnej, co sprawia, że miesiącami zasłuchiwałem się w Badlands, a potem w Manic. Gdy tylko usłyszałem, że Halsey pracuje nad nowym materiałem, czekałem na to jak dziecko na prezent pod choinką. Dziś z ręką na sercu stwierdzam, że warto było czekać. Halsey stworzyła najmocniejszy i najbardziej świadomy album w swoim dorobku i jest bardziej sobą niż kiedykolwiek wcześniej. Dostałem to, czego się spodziewałem – albumu petardy. Ten album to kandydat do miana najlepszej płyty 2021 roku. A jednocześnie to coś, co jest mocno odmienne od tego, co dotąd zaprezentowała. Z pewnością ogromny wpływ ma na to  osoba Trenta Reznora z Nine Inch Nails, który zajął się produkcją If I Can’t Have Love, I Want Power. Czuć tu rockowy pazur, ale wszystko pięknie wypełnia artystyczna wizja amerykańskiej wokalistki, nadając całości pewnej przyjemnej miękkości. Pomyślicie sobie, że to dziwne, że facet tak pieje z zachwytu nad albumem feministycznym, mocno skupiającym się na doświadczeniach związanych z ciążą i macierzyństwem, ale ja naprawdę nie widzę w tym niczego dziwnego. To świetnie zagrany i zaśpiewany album, wypełniony pięknie i mądrze napisanymi tekstami, dlatego bardzo duża w tym zasługa Halsey, że płyta ta broni się sama, a tekstowo dociera także do męskich serc. Chciałbym poświęcić jeszcze chwilkę różnorodności muzycznej, którą niezwykle zręcznie spięła Halsey w tym wydawnictwie. Mamy tutaj piosenki, które spokojnie mogłyby być soundtrackiem z gry lub filmu (The Lighthouse), dźwięki synthpopowe (I am not a woman, I’m a god), ballady (Bells in Santa Fe, Ya’aburnee), budzący skojarzenia z początkiem XXI wieku industrial (Easier than Lying) czy też nieco agresywniejsze brzmienia (Girl is a Gun). Dzieje się tu naprawdę dużo, a mimo to wszystko trzyma spójne ramy. To pyszny, zdecydowanie warty nieustannego odtwarzania album. 

Halsey - I am not a woman, I'm a god


Wykonawca: Deafheaven

Tytuł: Infinite Granite

Data premiery: 20 sierpnia 2021

Najsilniejszy punkt: Great Mass of Colour, In Blur, Villain

Najsłabszy punkt: The Gnashing

Gatunek: shoegaze, post-rock, blackgaze 

Kojarzy mi się z: dawną Anathemą 

Ocena: 7/10

Lecimy z kolejnym wyznaniem: to jeden z tych albumów-nasionek, które potrzebują czasu i uwagi, żeby wykiełkowały i wyrosły w naszych umysłach na coś znaczącego. Początkowo miałem spore problemy z oswojeniem się z dość nijakim, rozmytym w moim mniemaniu wokalem George’a Clarke’a. Pamiętam, jak wymienialiśmy się z Patrykiem uwagami na temat tego, jacy artyści mają największe szanse na pojawienie się w tekstowej formie „Aktualnie na słuchawkach” i non stop narzekałem mu, że muzycznie ta płyta jest super, ale wszystko burzy mi wokalista. Przez to bardzo długo nie potrafiłem zdecydować, czy album ten przejdzie z listy rezerwowej na przód miesięcznego zestawienia, ale ostatnie dni września utwierdziły mnie jednak w przekonaniu, że mam do czynienia z naprawdę czystym, potężnie pięknym kawałkiem muzyki. Przy okazji odkryłem nieznany mi dotąd gatunek muzyczny, jakim jest blackgaze – to połączenie shoegaze’u z black metalem. Gdybym miał opisać brzmienie tej płyty, to większość utworów Infinite Granite brzmi niczym epickie suity, które płyną między momentami zadumy i kulminacji, wywołując emocje poprzez ewoluujące i wciągające warstwy dźwiękowe. W ShellstarLament for Wasps gitary dźwięczą, wirują i wytwarzają ryczące zniekształcenia wokół energicznych bębnów. Wokal Clarke’a jest najładniejszy w Villain, po czym prowadzi do jednego z najwspanialszych refrenów na albumie, na który niektórzy prawdopodobnie czekają, gdy potężne gitary wystrzeliwują w niebo i przebijają się przez black metalowe krzyki. Naprawdę zaskoczył mnie ten album, a jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to, że najzwyczajniej w świecie lubię do niego wracać. 

Deafheaven - In Blur (Official Video)

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *