heima

Aktualnie na słuchawkach #21: Spoon, Heima, Gang of Youths, Gregor Barnett

Witamy w kolejnej odsłonie cyklu Aktualnie na słuchawkach. Dziś podzielimy się z Wami najnowszymi płytami Spoon, Heimy, Gang of Youths oraz Gregora Barnetta. Wszystkie płyty miały premiery w lutym 2022 roku.

Nasz zespół redakcyjny odpowiedzialny za Aktualnie na słuchawkach to Patryk Wolski i Mateusz Cyra. Patryk jest miłośnikiem rocka, głównie pociągają go odłamy hard i stoner. Mateusz z kolei to niepoprawny Stan Eminema, miłośnik lirycznego rapu oraz amator jazzu i muzyki filmowej. Naszym wspólnym mianownikiem jest naprawdę szeroko pojęty indie rock oraz muzyka folk. Możecie spodziewać się zatem sporej różnorodności muzycznej.  

Pamiętajcie też, że na samym dole przypinamy playlistę Aktualnie na słuchawkach 02/22 dostępną na Spotify, na której umieściliśmy naszym zdaniem najfajniejsze piosenki z lutego 2022 roku.

Gang of Youths
angel in realtime

Data premiery: 25 lutego 2022
Najsilniejszy punkt: you in everything, in the wake of your leave, returner, the kingdom is within you, brothers
Najsłabszy punkt: unison
Gatunek: alternative rock
Kojarzy mi się z: The Editors
Ocena 9/10

Patryk Wolski

Patryk Wolski

W końcu jakiś album koncepcyjny, który przykuł moją uwagę na dłużej! I, jak to już w tym cyklu często bywa, jest to jednocześnie moje pierwsze zetknięcie z prezentowanym wykonawcą – tym razem mowa o australijskim zespole Gang of Youths, który na scenie muzyki alternatywnej jest aktywny już od ponad dziesięciu lat. Grupa odniosła już pewne regionalne sukcesy za pomocą dwóch pierwszych albumów, a patrząc na jakość najnowszego krążka zatytułowanego angel in realtime, można stwierdzić, że są gotowi na konkurowanie ze śmietanką światowej klasy muzyków. Zachwyciła mnie dojrzałość w twórczości zespołu – zarówno w warstwie muzycznej, jak i lirycznej. Gang of Youths ciężko jednoznacznie zakwalifikować do konkretnego nurtu, poza tym, że ciekawie eksperymentują z muzyką. Kompozycje zaskoczyły mnie swoją skalą, często wykraczając poza podstawowe instrumenty w muzyce rockowej jak gitara czy pianino – możemy nie raz usłyszeć partie instrumentów smyczkowych czy dętych. Album brzmi jak spektakl, a nie jak zbiór piosenek upchanych na jeden krążek, bo akurat udało się coś fajnego nagrać w studiu. Rozmachu dodaje również nieposkromiony wokal Davida, który często brzmi jak improwizacja, odbywając się gdzieś poza główną linią melodyczną. Ten albumów to spektakl, który zachwyca również opowiadaną historią, chociaż nie jest ona zbyt wesoła. angel in realtime to pomnik ku pamięci ojca wokalisty i lidera zespołu Davida Le’aupepe’a, o czym zespół oficjalnie poinformował na swoim Twitterze. Po zapoznaniu się z treścią tekstów śmiało można uznać, że zespół wykonał swoje zadanie wyśmienicie. Utwory takie jak you in everything czy in the wake of your leave mieszczą się gdzieś pomiędzy żałobą a miłością względem zmarłej osoby, kulminacją zaś jest dla mnie brothers, moim zdaniem najbardziej intymna część tej płyty, jaką popełnił David. Album tworzy solidną całość, której świetnie się słucha w całości i pozwala wczuć się w emocje narratora – domyślam się, że dla autora tekstów było to trudne, ale jednocześnie oczyszczające przeżycie. Wiele osób w tej płycie może odnaleźć swoją historię i zagłębić się w emocje, które towarzyszą stracie ukochanej osoby.

Spoon
Lucifer on the Sofa

Data premiery: 11 lutego 2022
Najsilniejszy punkt: The Devil & Mr Jones, The Hardest Cut
Najsłabszy punkt: Astral Jacket
Gatunek: indie rock, art rock
Kojarzy mi się z: Wilco, The War on Drugs
Ocena 8/10

Mateusz Cyra

Mateusz Cyra

Czas na wyznanie: pochodząca z Teksasu grupa Spoon pierwszą płytę nagrała w 1996 roku, Lucifer on the Sofa to ich dziesiąty album, a ja odkryłem ich dopiero teraz, właśnie przy okazji eksplorowania lutowych nowości muzycznych. Wiem zatem zdecydowanie zbyt mało o ich dorobku, talencie, tekstach i brzmieniu z poprzednich lat i moja opinia będzie bazować tylko i wyłącznie na tym, co wyciągnąłem właśnie z tego najnowszego wydawnictwa. I jeśli ktoś kazałby mi określić tę płytę jednym, najtrafniejszym zdaniem, powiedziałbym tak: Spoon robią muzykę indie rockową klasycznie, bez fikuśnych eksperymentów i udziwniaczy. Jeśli zatem tęsknicie za czystym, prostym i dobrze brzmiącym indie rockiem – Lucifer on the Sofa będzie dla Was czymś niezwykle przyjemnym. W kwestii dźwiękowej nie można się do niczego przyczepić – wokal świetnie współistnieje z instrumentami, a każdy instrument zdaje się na miejscu, w trakcie słuchania nie mamy wrażenia, że czegoś jest za dużo lub odwrotnie – że czegoś brakuje albo że jakiś element został na siłę dorzucony “aby lepiej grało”. I prawdę mówiąc – każdy kolejny odsłuch tej płyty sprawia, że moja ocena ewoluuje i rośnie, a to każe mi sądzić, że chyba mamy do czynienia z albumem, który spokojnie może zyskać status ponadczasowego. I o ile niektóre piosenki już mi się lekko osłuchały, o tyle na ich miejsce wskoczyły nowe, które wcześniej nie zyskały mego uznania. 

Gregor Barnett
Don't Go Throwing Roses In My Grave

Data premiery: 18 lutego 2022
Najsilniejszy punkt: Driving Through The Night, The First Dead Body I Ever Saw, Hurry Me Down To Hades
Najsłabszy punkt: No Peace Of Mind To Rest
Gatunek: folk rock, pop rock
Kojarzy mi się z: Ronan Keating, Biffy Clyro
Ocena 7/10

Patryk Wolski

Patryk Wolski

Tu miałem srogi dylemat – postawić na Eddiego Veddera, czyli starego wygę sceny muzycznej, czy debiutującego Gregora Barnetta. Wokalista Pearl Jam nagrał w końcu płytę przyzwoitą, z kilkoma wpadającymi w ucho numerami, pokazując zarówno swą rock’n’rollową duszę, jak i melancholijną wersję siebie. Jego płyta ma jednak jeden główny mankament – nic nie przebija się do świadomości słuchacza na dłużej. A że debiutancki album Gregora Barnetta spełnia ten wymóg to, mimo wszystko – oczywiście tylko i wyłącznie w mojej ocenie – wygrał ten pojedynek. I tu uwaga: niech użyte wcześniej określenie debiutanta Was nie zmyli, ponieważ Barnett do tej pory był znany na scenie muzycznej jako członek zespołu The Menzingers, więc jakieś doświadczenie już ma. I również nie może się powstydzić swej rockowej duszy, chociaż postanowił ją połączyć z amerykańskim folkiem. Z racji, że oba te style lubią się ze sobą łączyć, to potrzeba było zdolnego artysty i Gregor Barnett to zapewnił. Mocarnie brzmiące kawałki The First Dead Body I Ever Saw, Hurry Me Down To Hades wryły mi się w pamięć, a że Barnett ma tendencję do śpiewania wpadających w ucho wokaliz, mimowolnie nucę je sobie pod nosem. Co prawda niektóre kawałki brzmią dla mnie zbyt popowo i zbyt kliszowo, ale na szczęście nie jest ich na niniejszym albumie zbyt dużo. Don’t Go Throwing Roses In My Grave to płyta, której przyjemnie się słucha szczególnie w tle, na przykład podczas podróży: daje dobrego kopa. Wychodzi więc na to, że solowa twórczość Gregora Barnetta zdała pierwszy test i można prosić o więcej. 

Heima
W domu

Data premiery: 16 lutego 2022
Najsilniejszy punkt: Sen, Nie spotkamy się, Echo, Milion głupich min
Najsłabszy punkt: nie potrafię wskazać 
Gatunek: indie pop, shoegaze
Kojarzy mi się z: Kaśka Sochacka, Of Monsters and Man
Ocena 8/10

Mateusz Cyra

Mateusz Cyra

Czas na wyznanie: zeszłoroczny debiut Rozen uświadomił mi, że absolutnie nie wolno mi zamykać się na polską muzykę, zwłaszcza debiutancką i niezależną. Bo to są po prostu często kopalnie niesamowitych pomysłów, ogromnej pasji i serducha włożonych w każdy utwór, a artyści stojący za tymi projektami to ludzie niebanalni i intrygujący, mający do opowiedzenia mnóstwo ciekawych historii, a ja lubię poznawać nowe historie. Idąc tym tropem, postanowiłem dać szansę łódzkiej grupie debiutantów, zwących się Heima i po prostu przepadłem. Już w zasadzie po pierwszym przesłuchaniu płyty wiedziałem, że to właśnie o tym debiucie zamierzam pisać. Bo to muzyka bardzo mądra, niesłychanie delikatna i działająca niczym dźwiękowy opatrunek na zranione lub zwichnięte wnętrze. W momencie pisania tego tekstu przesłuchałem tej płyty dziesięć razy i nie będę ukrywał – zdominowali mój muzyczny marzec, a mnie z tym bardzo dobrze, przyjemnie i zdecydowanie jestem gotowy na więcej. Bardzo cenię Olgę Stolarek za jej umiejętności wokalne. Chciałbym uniknąć banałów, dlatego nie będę wymieniał kolejnych przymiotników określających, jaki to głos – po prostu umówmy się tak, że odpalicie teledysk pod tym tekstem i przekonacie się sami, ok? Na poziomie instrumentalnym też dzieje się tutaj naprawdę wiele, bo muzyka ta wypełnia (przynajmniej moje) uszy nawet po jej wyłączeniu. Dominują oczywiście spokojne brzmienia (jedynym wyjątkiem jest chyba Nasz koniec) i całość jest właśnie takim cieplutkim, nastrojowym i emocjonalnym zbiorem, którego można i chce się słuchać raz po raz. Teksty nie są może przesadnie zawiłe, ale dają możliwość mnogich interpretacji i zostawiają człowieka z przemyśleniami, a to zawsze dodatkowa wartość w muzyce. Aż chciałoby się, żeby takich albumów powstawało więcej! 

heima

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.