of monsters and men

Aktualnie na słuchawkach #34: Ron Gallo / Of Monsters and Men

Witamy ponownie w cyklu Aktualnie na słuchawkach — miejscu, gdzie dzielimy się wrażeniami z najświeższych muzycznych premier, szukając emocji, brzmień i historii, które potrafią poruszyć coś głębiej niż tylko powietrze w słuchawkach. Wracamy po przerwie, ale z małą zmianą formuły, która, mamy nadzieję, doda naszej muzycznej przygodzie jeszcze więcej energii i zdrowej rywalizacji.

Od teraz na warsztat bierzemy dwa albumy w miesiącu. Każdy z nas wybiera jedną płytę, słuchamy ich równolegle, analizujemy i… stawiamy je naprzeciw siebie. Trochę jak w ringu, choć w rękawicach z weluru. Po omówieniu, oceniamy obie i wybieramy tę, która wygrywa w danym miesiącu.

Tym razem Patryk Wolski sięgnął po „Checkmate” Rona Gallo, a Mateusz Cyra postawił na „All is Love and Pain in the Mouse Parade” Of Monsters and Men.

Na co patrzymy? Na to, co mówią nam teksty. Na emocjonalność i charyzmę wokalu. Na pomysł i odwagę aranżacyjną. I wreszcie — na to, czy album zostaje z nami po ciszy, jaka nastaje po jego zakończeniu. Bo finalnie to nie tylko dźwięk się liczy, ale i echo, które po nim zostaje.

ogólnie o płytach

„Checkmate” — Ron Gallo

Ron Gallo to artysta, który przez ostatnie lata konsekwentnie wymykał się łatwym klasyfikacjom. Od garażowego, hałaśliwego rocka, przez post-punkowe zacięcia i ironię, aż po bardziej liryczne, introspekcyjne tony — jego droga to nieustanny dialog z własną tożsamością twórczą i chęć przecierania nowych ścieżek. „Checkmate” pojawia się jako kolejny etap tej ewolucji. Tym razem Gallo wyhamowuje, jakby świadomie spuszczał powietrze z balonu szaleństwa i nerwowej energii.

To album nastrojowy, bardziej skupiony na emocjach niż na zgrywie, którą wcześniej potrafił wrzucać w pierwszej linii ognia. Tylko że… ta szczerość i minimalizm nie zawsze niosą za sobą odpowiednią siłę rażenia. Słychać ambitną próbę uproszczenia formy, spokoju, docierania do sedna — ale słychać też, że Gallo wciąż szuka tej idealnej równowagi i momentami gubi charakter, który wcześniej był jego największym atutem. W dorobku artysty to nie rewolucja, raczej oddech — choć niekoniecznie taki, który na długo zapamiętamy.

„All is Love and Pain in the Mouse Parade” — Of Monsters and Men

Islandczycy z Of Monsters and Men kojarzą się wielu z najbardziej urokliwym indie-folkiem ubiegłej dekady — muzyką, która jednocześnie była baśniowa, intymna i stadionowa, zdolna unosić słuchacza w przestrzeń pełną światła, metafor i melancholii. Po latach przerwy grupa wraca z albumem „All is Love and Pain in the Mouse Parade”, który jest ich najbardziej stonowanym, introwertycznym i emocjonalnie wyciszonym projektem.

To płyta zbudowana na miękkim pulsie, subtelności i refleksji. Bardziej szept niż krzyk, bardziej nocna lampka niż neonowa scena festiwalowa. W dorobku zespołu wypada jako płyta dojrzalsza — świadoma, zanurzona w tematyce codzienności, kruchości relacji i wewnętrznych rozterek. Jednocześnie brakuje tu nieco dawnych iskier: tej bajkowej drapieżności i magnetyzmu, które kiedyś wynosiły ich melodie ponad indie-standard. To nie zły album — ale bardziej „list z serca” niż „moment przełomu”.

Wokal i teksty

Ron Gallo
Checkmate
Patryk Wolski

Patryk Wolski

Ron Gallo to już nie jest ten zbuntowany chłopak z albumu Heavy Meta, lecz dojrzały mężczyzna. Checkmate to płyta ogołocona z drapieżności i bezkompromisowości, z czym ten artysta mi się głównie kojarzył, chociaż już wcześniej potrafił ładnie pomruczeć do mikrofonu. Wokal Rona Gallo wciąż mnie hipnotyzuje; szkoda tylko, że tym razem nie wybudza mnie od czasu do czasu z transu podnosząc głos. Wychodzi z tego album, który jest bardzo monotonny i słuchany bez odpowiedniego skupienia, może przemknąć niezauważony. Gdy już udało mi się przebić przez podobne do siebie kawałki, zauważyłem motyw przewodni, który niesie artystę na tym krążku – jest to miłość do tej jednej, konkretnej osoby, o której najwyraźniej Ron Gallo chciałby wiele opowiedzieć. Podoba mi się przesłanie piosenki One Catch Of The Eye, podoba mi się szachowa alegoria w tytułowym Checkmate. To jednak za mało, żeby ta płyta mogła pozostać ze mną na dłużej.

Ocena
6/10
Mateusz Cyra

Mateusz Cyra

Wokal Rona Gallo od lat kojarzył mi się z nerwowością, lekkim absurdem i tym osobliwym sposobem śpiewu-mówienia, który nadawał jego muzyce charakteru. Na „Checkmate” ten pierwiastek zostaje wyciszony — i choć rozumiem, że to świadomy wybór kierunku, mam poczucie, że razem z tym wyciszeniem ulotniła się część jego tożsamości. Gallo próbuje być bardziej intymny, bardziej bezpośredni, ale ta bezpośredniość nie zawsze dociera do mnie emocjonalnie. Teksty — mimo szczerości i kilku ciekawych obserwacji — często brzmią jak szkice do czegoś większego, jakby nie miały odwagi wejść w pełną konfrontację z tym, o czym mówią. To album, który chce być listem z wnętrza, ale czyta się go jak zapis luźnych myśli, których znaczenie znika chwilę po wybrzmieniu ostatniej nuty. Odczuwam dość srogi zawód, bo Heavy meta przyzwyczaiła mnie do zupełnie innych standardów, a osiem lat po premierze tego debiutanckiego albumu Gallo jawi mi się jako wokalista zaledwie poprawny i do tego kompletnie nijaki.

Ocena
5/10
Of Monsters and Men
All is Love and Pain in the Mouse Parade
Mateusz Cyra

Mateusz Cyra

Od strony wokalnej zespół pozostaje wierny swojemu DNA – duet Nanny Bryndís Hilmarsdóttir i Ragnara Þórhallssona wciąż stanowi serce brzmienia Of Monsters and Men. Ich głosy doskonale się uzupełniają: delikatny, pełen emocji śpiew Nanny harmonizuje z cieplejszą barwą Ragnara. Na All Is Love and Pain in the Mouse Parade oboje dzielą się partiami wokalnymi, opowiadając historie w duecie i budując między sobą dialogi. Jeśli chodzi o warstwę liryczną, All Is Love and Pain in the Mouse Parade przynosi opowieści znacznie bliższe codziennemu życiu niż baśniowym metaforom znanym z wcześniejszych płyt zespołu. Może to zabrzmieć zaskakująco, biorąc pod uwagę poetycki tytuł albumu, ale teksty naprawdę trafiają „bliżej domu”. To swoista mozaika historii, chwil i rozmów, w których OMAM badają, jak miłość i ból splatają się ze sobą w zwyczajnych sytuacjach. To już nie opowieści o potworach czy mitycznych krainach, ale o nas samych – o drobnych radościach, smutkach i paradoksach życia, które w ujęciu zespołu urastają do rangi małych epickich narracji.

Ocena
7/10
Patryk Wolski

Patryk Wolski

Nie byłem szczęśliwy gdy dowiedziałem się, że wybierasz właśnie ten zespół. Kojarzą mi się ze swoim wielkim hitem sprzed paru lat, który w pewnym momencie leciał dosłownie wszędzie i nabawiłem się chorobliwego wstępu, gdy tylko słyszę ich brzmienie. Na szczęście, na najnowszej płycie odeszli od swojego skocznego grania i postawili na kameralność, intymność i melancholię. Takie klimaty są mi znacznie bliższe i wraz z każdym kolejnym przesłuchaniem płyty O Zdecydowanie Zbyt Długiej Nazwie musiałem pogodzić się z faktem, że ich bieżąca twórczość mi się podoba. Zwłaszcza kobiecy wokal mnie tu zachwyca, u Nanny słyszę wylewający się z niej ból i rozczarowanie, czego dopełniają fatalistyczne teksty. I nawet jeśli cały album jest smętny, to przynajmniej w odróżnieniu od płyty Rona Gallo, dzieje się tu trochę więcej.

Ocena
6,5/10

Instrumentarium i aranżacje

Ron Gallo
Checkmate
Mateusz Cyra

Mateusz Cyra

 Gallo zdecydował się tu na minimalizm — i robi to z pełną świadomością, ale nie zawsze z pełnym efektem. Słychać, że chce dać przestrzeń swoim emocjom, tylko że w moim odczuciu ta przestrzeń bywa zbyt pusta. Gitara prowadzi narrację, perkusja trzyma puls, ale niewiele tu zaskoczeń. Wszystko jest poprawne, ale rzadko kiedy naprawdę angażujące. Aranżacje często brzmią jak szkic, jak zalążek czegoś, co mogłoby nabrać życia, gdyby artysta pozwolił sobie na odrobinę szaleństwa, które przecież tak dobrze potrafił wykorzystać na wcześniejszych płytach. Brakuje mi momentów zaskoczenia, jakiegoś muzycznego „oderwania się”, które przypomniałoby mi, dlaczego polubiłem jego poprzednie wydawnictwa. „Checkmate” brzmi jak próba odnalezienia równowagi, ale ta równowaga przechyla się w stronę zachowawczości oraz wspomnianej już przeze mnie nijakości.

Ocena
4,5/10
Patryk Wolski

Patryk Wolski

No nie ma co tu owijać w bawełnę: Checkmate to album, w którym bardzo mało się dzieje i jeśli w czasie słuchania gdzieś odlecimy, nie zauważymy czy cokolwiek nam umknęło. Rozumiem koncepcję albumu skupionego na wyrażaniu głębokich emocji, ale jednak brakuje mi tego zadziornego Rona Gallo, który szarpnąłby mocniej gitarą czy po prostu głośniej zamanifestował swoje uczucia. To płyta, którą będzie bardzo łatwo zapomnieć i niestety nie mam na niej nawet żadnego utworu, który chciałbym sobie zachować na później. Album tak średni, że nie ma za co pochwalić, a znęcać się też nie mam ochoty.

Ocena
5/10
Of Monsters and Men
All is Love and Pain in the Mouse Parade
Mateusz Cyra

Mateusz Cyra

Pod względem brzmienia All Is Love and Pain in the Mouse Parade pokazuje, że Of Monsters and Men potrafią się rozwijać, jednocześnie nie tracąc swojej muzycznej tożsamości. Album wciąż niesie rozpoznawalne elementy stylu OMAM – bogate harmonie wokalne, rozmarzone melodie i rozbuchane refreny – ale całość jest bardziej stonowana, dojrzała i spójna niż wcześniejsze dokonania. OMAM zgrabnie balansują tu swoje folkowe korzenie z popową przebojowością: pojawiają się subtelne elektroniczne tła i syntezatorowe smaczki, ale zostały one wplecione z wyczuciem, tak by nie zagłuszyć folk-rockowego rdzenia grupy. Dzięki temu płyta zyskuje nowoczesny sznyt, lecz wciąż brzmi prawdziwie – jak opowieść snuta przy ognisku, tylko oprawiona w nieco bogatsze barwy. Instrumentarium na tej płycie jest bogate, choć użyte w sposób oszczędny i smakowity. Dominują oczywiście gitary – akustyczne brzdąkanie przeplata się z subtelnymi riffami gitary elektrycznej – oraz pianino, które w wielu momentach wysuwa się na pierwszy plan, nadając utworom melancholijnego posmaku (świetnie słychać to np. w moim ulubionym, długaśnym, ponad ośmiominutowym “Fruit Bat” – które budzi moje skojarzenia z Weather Systems Anathemy –  gdzie klawisze prowadzą narrację muzyczną, zwłaszcza w rozbudowanej instrumentalnej kodzie utworu). Całość materiału płynie bardzo płynnie; piosenki zostały ułożone w przemyślany sposób, przez co album ma wyraźny początek, rozwinięcie i emocjonalny finał. Klimat nagrań jest generalnie stonowany, introspektywny, ale na szczęście nie monotonny (chociaż po pierwszym przesłuchaniu miałem uwagę właśnie o monotonność). OMAM zadbali o to, by raz na jakiś czas zaskoczyć słuchacza dynamicznym zwrotem. Przykładowo, mniej więcej w połowie tracklisty dostajemy “Ordinary Creature”, które niespodziewanie podkręca tempo i energię. Ten utwór, ze swoją żywszą perkusją i gitarowym rozmachem, działa jak otrzeźwiający powiew w spokojnym oceanie dźwięków – nadaje albumowi potrzebnej różnorodności, nie burząc jednocześnie jego spójności. Na pochwałę zasługuje też fakt, że zespół nie próbuje tutaj na siłę powtórzyć brzmieniowych patentów dawnych przebojów. Nie znajdziemy może na tej płycie oczywistego singla pokroju “Little Talks” – nie taki był cel. Of Monsters and Men postawili raczej na budowanie atmosfery niż radiowej chwytliwości i wyszło im to na dobre. All Is Love and Pain in the Mouse Parade to album, który odkrywa swoje walory stopniowo. Przy pierwszym odsłuchu uderza nas jego spokój i piękno melodii, przy kolejnych zaczynamy doceniać aranżacyjne niuanse i emocjonalne napięcia pod skórą piosenek. To brzmieniowo najbardziej dojrzałe dzieło w dorobku Islandczyków – słychać tu pewność siebie w operowaniu zarówno ciszą, jak i głośnością, przestrzenią i gęstym aranżem. Efekt finalny jest hipnotyzujący: płyta zabiera nas w podróż po emocjach i obrazach, brzmi przy tym świeżo, a jednocześnie kojąco znajomo.

Ocena
8/10
Patryk Wolski

Patryk Wolski

Nie zgodzę się z tym, że na płycie O Zdecydowanie Zbyt Długiej Nazwie zespół Of Monsters Of Men wciąż zachowuje swój znany styl grania, jak chociażby rozbuchane refreny. Ja tu właśnie nie widzę tego jarmarcznego, skocznego grania, z którym tak niedobrze kojarzy mi się ta grupa. Dla mnie to zdecydowanie na plus, bo dzięki temu udało mi się przebić przez grubą ścianę negatywnego nastawienia do nich. Dużo kompozycji wpadło mi w ucho i to dość solidnie, jak chociażby Fruit Bat. Gdy już wydawałoby się, że utwór zmierza ku końcowi, to jednak muzycy popuścili wodze fantazji, tworząc bardzo nostalgiczny klimat. Cała płyta jednak nie zachwyciła mnie na tyle, abym miał potrzebę słuchać jej od deski do deski

Ocena
7/10

wybór zwycięzcy

Mateusz Cyra

Mateusz Cyra

Of Monsters and Men
All is Love and Pain in the Mouse Parade

Nie ukrywam – czekałem na powrót Of Monsters and Men z dużymi oczekiwaniami i pierwsze przesłuchanie płyty przyniosło mi raczej posmak rozczarowania. Sześć lat przerwy od poprzedniego krążka (Fever Dream z 2019 roku) to sporo czasu, w trakcie którego muzyczny pejzaż zdążył się zmienić, a słuchacze mogli nieco zapomnieć o islandzkim zespole. All Is Love and Pain in the Mouse Parade okazało się jednak dokładnie tym, czego potrzebowałem tej jesieni. Już od pierwszych dźwięków poczułem znajome ciepło ich muzyki, połączone z nowymi elementami, które przykuły moją uwagę. W ostatnich tygodniach wpadło mi w ucho kilka ciekawych nowości płytowych, ale to właśnie ten album nie schodzi z moich słuchawek – im więcej go słucham, tym bardziej mnie do siebie przekonuje.

Dlaczego więc to All Is Love and Pain in the Mouse Parade zostaje moim osobistym albumem miesiąca? Przede wszystkim ze względu na szczerość i autentyczność, która bije z każdego utworu. OMAM nagrali płytę bez kalkulacji pod listy przebojów – słychać, że stworzyli muzykę płynącą prosto z serca, pełną refleksji nad własnymi przeżyciami i otaczającym światem. Ta prawda przekazu jest dla mnie bezcenna. Po drugie, album urzeka spójnością artystyczną: od warstwy lirycznej, przez wokale, po instrumentarium – wszystkie elementy do siebie pasują jak elementy układanki, tworząc wyjątkowy klimat. Słuchając tej płyty jako całości, czuję się, jakbym czytał poruszający zbiór opowiadań z jednym motywem przewodnim, którym jest przenikanie się miłości i bólu w naszym życiu. Po trzecie wreszcie, All Is Love and Pain in the Mouse Parade to album, który rośnie z każdym kolejnym przesłuchaniem. Za każdym razem odkrywam w nim coś nowego – a to jakiś ukryty dźwięk w aranżacji, a to nowy sens w metaforycznym tekście, który wcześniej mi umknął. Taka głębokość artystyczna sprawia, że mam ochotę wracać do tych kompozycji w różnych nastrojach i okolicznościach, i za każdym razem czuję, że dają mi one coś innego, wartościowego.

Ocena
7,5/10
Patryk Wolski

Patryk Wolski

Of Monsters and Men
All is Love and Pain in the Mouse Parade

Ja z kolei liczyłem na miłe zaskoczenie ze strony Rona Gallo, którego poprzedni krążek był znowuż ogromnym zawodem. Checkmate to i tak poprawa, ale nie będę czarować, że płyta mnie urzekła i zostanie ze mną na dłużej. W związku z tym, chociaż ciężko przechodzi mi to przez gardło, wolę już Of Monsters and Men. Ich najnowsza produkcja ma dobre momenty. Są 2-3 piosenki, do których lubię wracać i jest szansa, że chociażby Fruit Bat będę chciał słuchać częściej. Możliwe nawet, że trochę odczarowałeś mi tym wyborem tę ekipę i nie będę już na nich patrzeć nieprzychylnym okiem.

Ocena
6,5/10

Zakończenie

To tyle od nas w tym miesiącu. Dwa albumy, dwie drogi — i choć żadna z nich nie porwała nas bez reszty, jedna jednak okazała się bliższa sercu. Ale przecież nie tylko nasze zdanie się liczy.

A Ty? Co Ty na to? Którą płytę wybierasz – bardziej wyciszone i poetyckie Of Monsters and Men czy surowego, minimalistycznego Rona Gallo?
Daj znać w komentarzu, co u Ciebie gra w słuchawkach i co powinno trafić do kolejnych odsłon cyklu.

Śledź nas dalej – bo już niebawem kolejna runda muzycznego pojedynku. A może tym razem trafi się coś, co rozłoży nas na łopatki?

of monsters and men

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *