Witamy ponownie w cyklu Aktualnie na słuchawkach — miejscu, gdzie dzielimy się wrażeniami z najświeższych muzycznych premier, szukając emocji, brzmień i historii, które potrafią poruszyć coś głębiej niż tylko powietrze w słuchawkach. Wracamy po przerwie, ale z małą zmianą formuły, która, mamy nadzieję, doda naszej muzycznej przygodzie jeszcze więcej energii i zdrowej rywalizacji.
Od teraz na warsztat bierzemy dwa albumy w miesiącu. Każdy z nas wybiera jedną płytę, słuchamy ich równolegle, analizujemy i… stawiamy je naprzeciw siebie. Trochę jak w ringu, choć w rękawicach z weluru. Po omówieniu, oceniamy obie i wybieramy tę, która wygrywa w danym miesiącu.
Tym razem Patryk Wolski sięgnął po „Life Is Beautiful! Life Is Beautiful! Life Is Beautiful!” The Dears, a Mateusz Cyra postawił na „Love and Fortune” Stelli Donnelly.
Na co patrzymy? Na to, co mówią nam teksty. Na emocjonalność i charyzmę wokalu. Na pomysł i odwagę aranżacyjną. I wreszcie — na to, czy album zostaje z nami po ciszy, jaka nastaje po jego zakończeniu. Bo finalnie to nie tylko dźwięk się liczy, ale i echo, które po nim zostaje.
ogólnie o płytach
„Life Is Beautiful! Life Is Beautiful! Life Is Beautiful!” – The Dears
The Dears to kanadyjski zespół, który od lat pozostaje wierny swojej misji tworzenia muzyki emocjonalnej, dramatycznej, niekiedy teatralnej, ale nigdy obojętnej. Na czele grupy niezmiennie stoi Murray A. Lightburn – charyzmatyczny lider, wokalista i autor tekstów, który nadaje ich twórczości charakterystyczny ton: balansujący gdzieś między patosem a szczerością, dekadencją a nadzieją.
Life Is Beautiful! Life Is Beautiful! Life Is Beautiful! to ich dziewiąty album studyjny i jednocześnie pierwszy wydany po czteroletniej przerwie od płyty Lovers Rock (2020). Tytuł może brzmieć jak ironiczne hasło, ale w rzeczywistości zawiera w sobie pełne spektrum emocji, które są wizytówką The Dears – od melancholii i frustracji po euforyczne, niemal ekstatyczne uniesienia. Brzmieniowo zespół pozostaje wierny swojej hybrydzie indie rocka z elementami barokowego popu, smyczków i wielowarstwowych aranży. To nie jest muzyka łatwa ani oczywista – i nigdy taka być nie miała.
Najnowszy album brzmi jak podsumowanie pewnego etapu, ale jednocześnie jak manifest: The Dears wciąż tu są, nadal emocjonalni, trochę szaleni, może bardziej pogodni niż kiedykolwiek, ale nie tracący swojej charakterystycznej dramatycznej głębi.
„Love and Fortune” – Stella Donnelly.
Stella Donnelly wraca z nowym materiałem po dwóch udanych albumach, które ugruntowały jej pozycję jednej z najciekawszych przedstawicielek australijskiej sceny indie. Jej debiutanckie Beware of the Dogs (2019) było mocnym, bezkompromisowym wejściem na muzyczny rynek – pełnym ironii, społecznego komentarza i surowego, akustycznego brzmienia. Późniejsze Flood (2022) pokazało bardziej liryczną i dojrzalszą Stellę – wrażliwszą, ale nie mniej wyrazistą.
Love and Fortune to trzeci długogrający album w jej dorobku i jednocześnie najbardziej przestrzenny brzmieniowo. Donnelly sięga tu po bogatsze aranże, ale wciąż opiera się na tekście i wokalu jako osi narracyjnej. To płyta o miłości, ale też o wyborach, przypadkach i tych dziwnych, nieprzewidywalnych zakrętach codzienności, które mieszają uczucia z rozsądkiem. Stella zachowuje swój charakterystyczny styl – lekko zadziorny, mocno emocjonalny, ale coraz częściej flirtuje z formą piosenki popowej, choć wciąż zakorzenionej w indie-folkowym rdzeniu.
Wokal i teksty
Mateusz Cyra
To moje pierwsze spotkanie z The Dears i muszę przyznać — Murray Lightburn zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Jego wokal od razu rzuca się w uszy: głęboki, emocjonalny, pełen jakiegoś wewnętrznego napięcia, które nie pozwala przejść obok obojętnie. Ma w sobie coś z dusznego, dramatycznego śpiewaka, ale nie popada w przerysowanie — balansuje gdzieś na granicy patosu, ale nie przekracza jej. I choć momentami bywa bardzo intensywnie, to właśnie dzięki temu album nabiera charakteru.
Teksty są zaskakująco otwarte — mówią o wartościach, rodzinie, miłości, codziennych próbach bycia lepszym człowiekiem. Bez cynizmu, bez taniego moralizatorstwa. W Tomorrow Is Tomorrow Lightburn wręcz podnosi na duchu, a w Dead Contacts melancholia przeplata się z jakimś cichym pogodzeniem się z losem. Co ciekawe, mimo że momentami brzmi to jak manifest szczęścia (patrz: tytuł), wcale nie czuć tu naiwności. To raczej album człowieka, który dużo przeszedł, ale chce wierzyć, że wciąż jest o co walczyć. Dla mnie — bardzo pozytywne zaskoczenie.
Patryk Wolski
Moja intuicja już parę razy mnie zawiodła, ale mam nadzieję, że tym razem się nie mylę – do najnowszej płyty The Dears będę miał ochotę od czasu do czasu wrócić. Pierwsza rzecz, na którą zwróciłem uwagę słuchając Life Is Beautiful! Life Is Beautiful! Life Is Beautiful! był właśnie wokal i to on mnie przekonał, żeby przesłuchać płytę drugi, trzeci, czwarty raz. Murray Lightburn operuje bardzo pociągającym głosem, głębokim i mocno brzmiącym. Nie jest przy tym wokalistą potrzebującym się popisywać nie wiadomo jakimi sztuczkami podczas śpiewania, stawiając raczej na wyrafinowane brzmienie. Tym bardziej doceniam momenty, gdy postanawia dać od siebie więcej i mocniej zawyć do mikrofonu.
Patrząc na tytuł płyty, można się domyślić jaka będzie jego tematyka i wcale nie jest to sarkazm. Wiodący przekaz, iż życie się piękne, pojawia się w wielu utworach i Murray Lightburn faktycznie zdaje się wierzyć w to, co śpiewa. W swoich tekstach porusza tak istotne życiowe kwestie jak miłość, rodzina i trzymanie się własnych wartości. Potrafi wręcz podnieść na duchu, jak w utworze Tomorrow Is Tomorrow. Bywa też nostalgiczny — w Dead Contacts śpiewa o starych miłościach, które czasami długo z nami zostają, niekiedy nawet nie wbrew naszej woli. Tears Of A Nation wydaje się być najbardziej społeczno-politycznym utworem, ale którym Murray śpiewa o siłach trzymających go we własnym domu, ale i tych które go z niego wyganiają. Jak na złość, tytułowy utwór, który wykonuje wespół ze swoją małżonką, jest jedynym na płycie, którego nie potrafię słuchać z przyjemnością.
Mateusz Cyra
Stella ma bez wątpienia charakterystyczny głos — czysty, nieco dziewczęcy, momentami łamiący się jak papier. I choć na poprzednich płytach to właśnie wokal był jednym z jej największych atutów, to na Love and Fortune mam z nim problem. Nie dlatego, że śpiewa źle — bo technicznie wszystko się zgadza — ale dlatego, że mam wrażenie, iż emocje zaczynają tu dominować nad muzyką. Jest zbyt wiele ozdobników, zbyt dużo przeciąganych wokaliz, które nie prowadzą mnie dalej, tylko zamykają się w sobie. Tekstowo bywa ciekawie, ale zabrakło mi konkretu — więcej jest tu impresji niż opowieści. Wiem, że Stella śpiewa z serca, ale ja potrzebowałem czegoś bardziej uchwytnego. Czegoś, co zostanie ze mną na dłużej niż jedna fraza. A tym razem… niewiele zostało.
Patryk Wolski
Love and Fortune to znacznie stonowana płyta w naszym zestawieniu. Stella Donnelly stawia na romantyczne, intymne granie, a jej głos jest pierwszoplanowym przykładem mojej śmiałej tezy. Jej wokal zwrócił na mnie swoją uwagę przede wszystkim licznymi ozdobnikami i wokalizami, czasami miałem nawet wrażenie, że trochę za dużo tego jest. Przy dłuższym słuchaniu mam niekiedy wrażenie, że wręcz zbytnio zawodzi, męczy swoim wokalem.
Instrumentarium i aranżacje
Mateusz Cyra
Od strony aranżacyjnej Life Is Beautiful! Life Is Beautiful! Life Is Beautiful! ma w sobie coś, co cenię coraz bardziej: wyczucie. Tu nie ma potrzeby popisywania się hałasem ani przesadnym natężeniem. The Dears grają z rozwagą, z dystansem, ale nie bez pasji. Brzmieniowo ta płyta jest bardzo uporządkowana, czasem wręcz elegancka, co nie znaczy, że nudna. Potrafi zaskoczyć smyczkiem, klawiszem, nagłym rytmicznym przełamaniem – ale nigdy nie robi tego bez sensu. Słuchając tego albumu, miałem wrażenie, że wszystko tu zostało przemyślane: od dramatycznego tła dla wokalu Lightburna, przez subtelne gitarowe podprowadzenia, aż po momenty, w których perkusja wchodzi idealnie tam, gdzie ma wejść. Brzmieniowo płyta kojarzy mi się trochę z filmem drogi — niby spokojnie, ale pod powierzchnią cały czas coś pracuje.
Patryk Wolski
The Dears reprezentują rodzaj indie rocka, który ostatnio bardzo mi leży – trochę brudne, trochę stonowane dźwięki. Life Is Beautiful! Life Is Beautiful! Life Is Beautiful! nie jest płytą hałaśliwą, nie męczy uszu, a to w wielu nowych zespołach bardzo mnie frustruję. The Dears to stara szkoła grania, wszak zaczynali w drugiej połowie lat 90-tych. Ich dojrzałość słychać w gitarowych riffach i harmonii wokalu z instrumentami. Nie boją się nawet romansować ze sprzętem muzyki klasycznej, chociażby w wyżej już wspomnianym kawałku Tomorrow Is Tomorrow. A jak zagrają bardziej nowocześnie, rytmiczniej (Tears Of A Nation), to też buja aż miło.
Mateusz Cyra
Instrumentalnie Love and Fortune jest… poprawna. I może właśnie w tej poprawności leży jej największy problem. Bo choć muzyka Stelli Donnelly jest przyjemna, ciepła, delikatna, to w gruncie rzeczy — dość jednostajna. Brakuje mi tutaj momentów, które by czymś zagrały – dosłownie i w przenośni. Nie zrozumcie mnie źle: aranżacje są ułożone z wyczuciem, czasem pojawi się ciekawy detal w tle, czasem dobre wyciszenie, ale cały czas mam wrażenie, że słucham tej samej piosenki w różnych wariacjach. Wszystko brzmi czysto, ładnie, nienachalnie – ale też nie zostaje ze mną na dłużej. Przy pierwszym przesłuchaniu było miło. Przy drugim – odrobinę sennie. A przy trzecim zacząłem się łapać na tym, że przestaję słuchać, a zaczynam tylko słyszeć.
Patryk Wolski
No i tu mam problem, bo muzyka Stelli Connelly mi się podoba, ale w małych dawkach. Słuchając Love and Fortune mam po prostu wrażenie, że cała płyta jest udaną sklejką jednego patentu – melancholijnej muzyki i hipnotyzującego śpiewu wokalistki. Album lepiej mi wchodzi na zmęczeniu, gdy potrzebuję odpoczynku i relaksu. Wiadomo, nie jest to płyta stworzona do imprez i chillowania ze znajomymi. Stella Connelly chce mnie zaprosić w swoją podróż po silnych emocjach, ale wcale mnie do tego nie przekonuje na dłuższą metę. Wystarczy fakt, że gdybym miał z tej płyty wskazać jakieś konkretne utwory, które mnie porwały, to przypomina mi się tylko Feel It Change. Reszta jest dla mnie na tyle podobna do siebie, że nie potrafię ich z głowy rozróżnić.
wybór zwycięzcy
Mateusz Cyra
Tym razem wybór nie był trudny. I chociaż żadna z płyt nie porwała mnie bez reszty, to The Dears z Life Is Beautiful! Life Is Beautiful! Life Is Beautiful! zwyczajnie zagrali bardziej po mojej stronie muzycznej mapy. Ich materiał okazał się spójny, emocjonalny, dobrze przemyślany i – co dla mnie szczególnie ważne – nieprzesadzony. Brzmieniowo płyta daje przestrzeń, tekstowo unika banału, a Murray Lightburn wokalnie potrafi wyciągnąć utwory ponad przeciętność. To nie jest album, który zostanie ze mną na lata, ale to zdecydowanie materiał, do którego jeszcze wrócę – choćby po to, żeby znów na chwilę poczuć ten dziwny rodzaj nadziei, który The Dears potrafią zaszczepić nawet w największym melancholiku. Dlatego tym razem wygrywa Twoja płyta, Patryk!
Stella Donnelly z kolei miała w rękach wszystkie potrzebne narzędzia, ale tym razem nie udało jej się zbudować z nich nic, co naprawdę zostawiłoby ślad. Love and Fortune jest płytą, która ładnie płynie, ale szybko się rozmywa. Słucha się jej miło, ale bez emocjonalnego zaangażowania.
Patryk Wolski
Chyba nie będzie wielkim zaskoczeniem, że w moim przypadku zwycięża ekipa The Dears. W ich muzyce czuję chemię, jakąś autentyczność, a teksty wielokrotnie do mnie przemawiają. Mam też ochotę słuchać tej płyty jeszcze więcej, żeby wyłapać nowe smaczki, które do tej pory mi umknęły. Life Is Beautiful! Life Is Beautiful! Life Is Beautiful! przyciąga mnie do siebie i nawet jeśli trzeba będzie skupić się na słuchaniu kolejnych płyt na potrzeby tego cyklu, to będę starał się znaleźć przestrzeń, żeby do The Dears wrócić. W przypadku Stelli Connelly czuję, że to był fajny eksperyment, parę ciekawych momentów, ale nie czuję do Love and Treasure żadnego przywiązania. Mam tylko jeden ogromny problem z nimi – czemu do cholery w teledyskach męczą aż tak bardzo oczy? Od tych efektów stroboskopowych można się….
Zakończenie
To tyle od nas w tym miesiącu. Dwa albumy, dwie drogi — i choć żadna z nich nie wstrząsnęła naszym muzycznym światem, jedna zdołała zostawić po sobie coś więcej niż tylko chwilowe wrażenie. Ale przecież to tylko nasze odczucia.
A Ty? Co Ty na to? Którą płytę wybierasz – stonowaną i emocjonalną opowieść The Dears, czy delikatną, intymną podróż ze Stellą Donnelly?
Daj znać w komentarzu, co kręci się u Ciebie w słuchawkach i jakie płyty powinny trafić do kolejnych odsłon cyklu.
Śledź nas dalej – bo już wkrótce kolejny muzyczny pojedynek. Może tym razem trafi się coś, co nas po prostu wgniecie w fotel.









