Ale to już było – John Lutz – „Szał” [recenzja]

Uznany na całym świecie laureat wielu prestiżowych nagród, w tym za całokształt twórczości, w Polsce- niestety – niezbyt popularny. John Lutz, bo o nim mowa, to autor prawie pięćdziesięciu powieści kryminalnych, w tym cyklu o detektywie Franku Quinnie. I to właśnie perypetie tego nowojorskiego gliny przybliża nam wydawnictwo Prószyński i S-ka, dzięki Zabójczej serii, w skład której wchodzi Szał. Jest to ósma książka z cyklu Quinna i – przyznam szczerze – zaledwie druga z którą miałem okazję się zapoznać. Fakt, że jest to jedna z dalszych części przygód detektywa, nie przeszkadza w odbiorze lektury, bo jest to zupełnie nowa historia. Przeszkadza natomiast powtarzalność, gdyż Szał to powieść bliźniaczo podobna do chociażby Bez śladu (trzeciej z serii, pierwszej którą czytałem), dodatkowo – (ponownie) niestety – o wiele słabsza.

D.O.A. to litery, które swoim ofiarom wycinał na czole, uznany za zmarłego, psychopatyczny morderca, jedyny, któremu kilka lat wcześniej udało się przechytrzyć Quinna. Jak się jednak okazuje, D.O.A. wcale nie zginął, ma się całkiem nieźle i wrócił, by po latach dokończyć „grę” z najlepszym detektywem w mieście. Kiedy więc Nowym Jorkiem wstrząsa fala brutalnych morderstw dokonywanych na młodych kobietach, którym wycinany jest znajomy Quinnowi napis, wie on, że wyzwanie zostało rzucone. Mało tego, wszystko zbiega się w czasie z historią pewnej nietypowej rodziny, której obsesją jest odnalezienie zaginionego w czasie wojny dzieła Michała Anioła, popiersia zwanego Bellezzą. Co łączy nieuchwytnego mordercę z wiekowym arcydziełem? To główne pytanie, na które odpowiedź musi znaleźć detektyw. Nie będzie to jednak proste, biorąc pod uwagę, że wspomniana rodzinka okłamuje stróżów prawa na każdym kroku, a liczba ofiar wciąż rośnie.

Jak napisałem wcześniej, Szał to moje drugie podejście do twórczości pana Lutza, z przykrością muszę jednak przyznać, że zdecydowanie mniej udane, a to za sprawą, po pierwsze – powtarzalności, po drugie – naprawdę fatalnego zakończenia. Nie mnie oceniać, czy we wszystkich (około pięćdziesięciu) powieściach autora powtarza się ten sam schemat, z całą pewnością jednak wiele łączy omawiany Szał z powieścią Bez śladu, którą miałem przyjemność czytać kilka miesięcy temu. Ponownie mamy tu do czynienia z morderstwami kobiet, ponownie także wszystko kręci się wokół randek z nieznajomym, znów tożsamość mordercy poznajemy mniej więcej w połowie książki. Są, rzecz jasna, pewne różnice, jednak śmiało można nazwać obie powieści bliźniakami, żeby nie powiedzieć „kalką”. Do różnic zaliczyć można inny sposób przedstawienia „tego złego”, którego historię poznajemy już od jego najmłodszych lat i tu akurat autorowi należą się brawa, ponieważ rozdziały–retrospekcje z udziałem D.O.A. to zdecydowanie najmocniejszy punkt powieści. Lutz naprawdę umiejętnie ukazuje czytelnikowi, co spowodowało, co było momentem przełomowym w życiu zwykłego chłopaka z małego miasta, że wyrósł na jednego z najbardziej poszukiwanych psychopatów w Stanach Zjednoczonych. No i w zasadzie tutaj różnice się kończą, zaczynają się za to minusy.

Z jednej strony ciężko zarzucić autorowi, że słabo wykreował bohaterów, ponieważ teoretycznie czytelnik powinien znać większość z poprzednich tomów serii, nie da się jednak ukryć, że poza mordercą wszystkie inne postaci są po prostu nijakie. Pearl, partnerka Quinna, która zachwyciła mnie w Bez śladu, tutaj jest w zasadzie niezauważalna, to samo tyczy się reszty ekipy wspomagającej detektywa. Jednak wcale nie postaci są tym, co najbardziej razi w powieści Johna Lutza; jest nim to, co poprzednim razem zawyżało ocenę, czyli zakończenie. Podczas lektury Bez śladu, przewracając ostatnie strony, można było przyklasnąć, gdyż na jaw wychodziły zupełnie nowe wątki, rzucające nowe światło na całą sprawę; w przypadku Szału czytelnik może poczuć się najzwyczajniej oszukany. Cała finałowa scena poprowadzona jest zbyt szybko, okazuje się, że niektóre wątki były zbyteczne i na dobrą sprawę nie wiadomo, po co w ogóle znalazły się w książce, a szczytem wszystkiego jest to, jak autor potraktował na koniec najciekawszą z postaci, czyli mordercę. Aż szkoda męczyć klawiaturę i marnować czas, by bardziej się nad tym rozwodzić.

Podsumowując, moje drugie spotkanie spotkanie z twórczością Johna Lutza okazało się zdecydowanie mniej udane. Mało wyraziści bohaterowie, powtarzalność i przewidywalność „okraszone” dodatkowo fatalnym zakończeniem to grzechy główne Szału. Nie jest jednak tak, że nie warto po tę pozycję sięgnąć, ponieważ na swój sposób lektura wciąga, jednak najlepszym, co można o niej powiedzieć to stwierdzić, że jest to powieść niczym się nie wyróżniająca, ot, po prostu jedna z wielu podobnych w gatunku, w którym specjalizuje się autor. Po naprawdę bardzo dobrym Bez śladu, Szał zniechęcił mnie do autora, jednak nie na tyle, by jeszcze kiedyś nie dać mu kolejnej szansy.

Fot.: Prószyński i S-ka

Write a Review

Opublikowane przez
Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.