Pośmiertny hymn – Sydney Pollack, Alan Elliott – „Amazing Grace: Aretha Franklin” [recenzja]

Już sama historia powstania tego niezwykłego dokumentu popełnionego przez jednego z gigantów kina amerykańskiego, nieżyjącego już niestety Sidneya Pollacka (aczkolwiek obraz jest sygnowany także przez Alana Elliotta) zasługuje na osobny film. Rzadko bowiem zdarza się, aby do regularnej dystrybucji kinowej trafiał obraz, który powstał w tak zamierzchłych czasach, kiedy to nawet technologia realizacji filmów była diametralnie inna, co swoją drogą widać już od pierwszych kadrów Amazing Grace: Aretha Franklin. Wyraża się to w chropowatej fakturze zdjęć powstałych na tradycyjnej taśmie celuloidowej. Obraz wprowadza do placówek w całej Polsce firma MusiCine w ramach projektu KinoJazz. Do tej pory, w ograniczonym zakresie, widzowie mogli zapoznać się z dokumentami poświęconymi Milesowi Daviesowi, Johnowi Coltrane’owi i legendarnej wytwórni Blue Note.

Ów niesamowity film powstał w 1972 r., jednakże ze względu na ograniczenia techniczne (brak możliwości synchronizacji dźwięku z obrazem) musiał czekać na swoją premierę w trakcie festiwalu w Nowym Jorku 46 lat, poprzedzony nadto długą batalią prawną, albowiem przez długi czas twórca (na tym etapie już sam producent – Alan Elliott) nie legitymował się zgodą Arethy Franklin na rozpowszechnianie jej wizerunku, mimo że ona sama nie miała zastrzeżeń do merytorycznej zawartości dzieła. Muszę jednak w tym miejscu poczynić pewne zastrzeżenie, gdyż być może niektórzy po seansie mogą być mocno rozczarowani. To nie jest biopic w stylu niedawnych spektakularnych dokumentów o Whitney Houston i Amy Winehouse. Amazing Grace: Aretha Franklin to tylko i aż rejestracja dwóch upalnych wieczorów 1972 roku w kościele położonym w Los Angeles, gdzie królowa soulu rejestrowała materiał na swój album poświęcony temu, co ukształtowało ją u korzeni, a mianowicie muzyce gospel, czyli specyficznym sakralnym melodiom, które mają na celu sławienie Boga. Tylko tyle i aż tyle. W tym kontekście dzieło Pollacka przypomina kultowy Woodstock.

To dokument stricte koncertowy, nawet jeśli przyjmiemy, że okoliczności występu były niecodzienne. Oczywiście w tym wszystkim najważniejsza jest sama muzyka podawana w ekstatycznej frenetycznej oprawie, niemniej warto zwrócić uwagę na pewne celne obserwacje, które mógł uchwycić tylko reżyser tej klasy, co Sydney Pollack. Bystrzejsze oko wypatrzy drobny smaczek – obecność na widowni samego młodego Micka Jaggera, niemniej jednak są to akurat ciekawe, ale mniej istotne didaskalia. Paradoksalnie, tym, co zapada w pamięci, przynajmniej w warstwie strite filmowej i pozamuzycznej, jest osoba pastora Jamesa Clevelanda, który akompaniując piosenkarce ze względu na swoją charyzmatyczną energię, kradnie jej show. Samą gwiazdę widzimy w punkcie zwrotnym swojej kariery muzycznej, kiedy to jest co prawda postacią dalece rozpoznawalną, ale jeszcze nie ikoną popkultury, z czego być może wynika jeszcze pewna zauważalna trema. Daje się ona zaobserwować zwłaszcza wtedy, gdy na scenę wkracza jej ojciec – patriarcha i demiurg Arethy Franklin jako piosenkarki, przy czym nie bez znaczenia jest także fakt, że on sam był pastorem. To rzecz jasna celne obserwacje, ale także bez nich muzyka broni się samodzielnie, a całość półtoragodzinnego, zmontowanego materiału urasta do rangi hymnu złożonego Bogu (będąc także materiałem poglądowym w wymiarze etnograficznym odnośnie do społeczności Afroamerykanów, która w tamtym czasie była daleka jeszcze od jakichkolwiek form integracji), ale też z uwagi na moment premiery samego filmu, także samej nieżyjącej już Arethcie Franklin.

Fot.: MusiCine

Write a Review

Opublikowane przez

Michał Mielnik

Radca prawny i politolog, hobbystycznie kinofil - miłośnik stołecznych kin studyjnych, w których ma swoje ulubione miejsca. Admirator festiwali filmowych, ze szczególnym uwzględnieniem Millenium Docs Against Gravity, 5 Smaków, Afrykamery, Ukrainy. Festiwalu Filmowego.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *