Kulturowe waśnie w krzywym zwierciadle – Julia Reichert, Steven Bognar – „Amerykańska fabryka” [recenzja]

Amerykańska fabryka to społeczno-kulturowy dokument Netflixa, który w tym roku walczył o Oscara w kategorii najlepszy film dokumentalny. Za reżyserię odpowiada Julia Reichert oraz Steven Bognar, a za producentami jest pewna znana światu para. Dokładniej prezydencka para – Michelle i Barack Obama. A jeszcze precyzyjniej rzecz ujmując, dokument powstał, między innymi, w założonej przez nich firmie produkcyjnej Higher Ground Productions. Już tutaj więc pojawić się może istotny dla całej produkcji czynnik polityczny. Amerykańska fabryka, choć nie przesycona tak intensywnym ładunkiem emocjonalnym jak chociażby For Sama (kolejny dokument nominowany do tegorocznych Oscarów, w którym motywem przewodnim są przeżycia 26-letniej Syryjki w trakcie wojny domowej) czy poruszająca jak Kraina miodu, to pod względem wypunktowania i nakreślenia aktualnych problemów (w szczególności gospodarczych i kulturowych), jest warta obejrzenia. Co twórcom udało się bardziej, a co mniej? I czy Amerykańska fabryka to dokument wskazujący winnych, ofiary, a przy tym ukazujący nam jednokierunkowy, spaczony punkt widzenia; czy może proponuje coś ponad to, stawiając więcej pytań, aniżeli udzielając odpowiedzi? O tym poniżej.

Historia, której część możemy prześledzić w Amerykańskiej fabryce, rozpoczyna się o wiele wcześniej. Lata temu w amerykańskim stanie Ohio była sobie pewna fabryka. Do tego największa w okolicy. Ta fabryka, traktowana przez lokalną społeczność z dużym poszanowaniem, stanowiła jedno z głównych źródeł zarobku w regionie. Należała do koncernu General Motors, który to jednak na skutek globalnego kryzysu i powikłań w postaci kolejnych, mnożących się problemów, zmuszony był fabrykę zamknąć. Jak można się domyślić, decyzja ta fatalnie odbiła się na – byłych już – pracownikach, dla których, co poniektórych, fabryka ta była jedynym możliwym źródłem utrzymania. Jednak pomocną – początkowo tak widzianą i traktowaną przez mieszkańców – rękę, wyciągnął chiński miliarder, który wykupił opuszczoną przestrzeń i na jej terenie otworzył własny zakład. Czego skutkiem było zatrudnienie ponad dwóch tysięcy amerykańskich pracowników. I w tym momencie rozpoczyna się fabuła produkcji, która jest częścią całej tej historii, a do przedstawionego świata wkraczamy my jako widzowie. Powstanie nowych ofert pracy traktowane jest przez Amerykanów jako swoisty, odrobinę ironiczny dar od losu. Obserwujemy powrót do znanego, ale jednak już innego miejsca, początkową radość z zatrudnienia powoli ustępującą uczuciu zdezorientowania w nowym środowisku czy rozdrażnieniu wynikającym z różnic kulturowych pomiędzy pracownikami chińskimi a amerykańskimi. Dwie nacje, dwie rzeczywistości, a pomiędzy tym, jak zwykle pieniądz, który dyktuje kolejne warunki.

Narracja w Amerykańskiej fabryce nie jest ukazana z perspektywy jednego czy nawet kilku bohaterów. Raczej z perspektywy mniej ograniczonego, bo zbiorowego narratora. Twórcy starają się ukazać jak najszerszy kontekst interesującej ich problematyki – przez co w trakcie seansu jesteśmy w głównej mierze współtowarzyszami większej zbiorowości; przeskakując podczas niego co jakiś czas do pojedynczych bohaterów lub ich małych grupek, które to szybko zostają zastąpione kolejnymi. Taki sposób zarysowania zjawiska pozwala uzyskać szerszą, wydawałoby się, bardziej obiektywną perspektywę. Chęć zachowania jak największej dozy obiektywizmu przez dwójkę reżyserów może być oceniona wyłącznie korzystnie. Efekt jest taki, że nie przywiązujemy się zbytnio do żadnej z występujących w dokumencie postaci, do żadnej ze stron – stając się po prostu obserwatorami następujących po sobie wydarzeń, kolejnych problemów i sposobów ich rozwiązania. A co za tym idzie i przyczyn, które prowadzą do większych lub mniejszych w konsekwencji skutków (zazwyczaj tych negatywnych i skierowanych przede wszystkim do siły roboczej, czyli grupy mającej najmniej praw i najmniej możliwości przebicia – jak się może początkowo wydawać). Jednakże pod względem formalnym Amerykańska fabryka nie zawsze potrafi zachować pełną uwagę i skupienie odbiorcy, czego przyczyną może być właśnie wyzbycie się mniejszej ilości bohaterów na poczet ogólnej zbiorowości pozwalającej na wykreowanie szerszej perspektywy. Coś za coś.

Struktura narracyjna ukazuje charyzmatyczne jednostki prezentujące przedstawicieli obu nacji – nie mamy jednak czasu, aby bliżej się z nimi zapoznać, bo akcja pędzi dalej: od jednej jednostki do kolejnej. W międzyczasie zaznajamiając nas z ogólnymi obrazami codziennej pracy w fabryce, wprowadzania innowacji technologicznych (mających pozwolić na zredukowanie niewygodnych dla władz, bo mających prawo głosu – ale i uciekając już od kwestii społecznych, po prostu nieopłacalnych w dalszej perspektywie – pracowników) oraz coraz to nowszych i bardziej absurdalnych różnic. Te wynikają między innymi ze zbyt szybkiego połączenia dwóch narodów na zamkniętej przestrzeni bez wcześniejszego poznania, chociaż ogólnych zasad, panujących w jednej i drugiej kulturze. Jednocześnie Amerykańska fabryka może zaskoczyć. W moim przypadku udało jej się to za sprawą, chwilami luźniejszego, podejścia do ciężaru poruszanego zagadnienia. Operatorzy kamer rejestrują pierwsze nieporozumienia pomiędzy nacjami, błędy we wzajemnym odbiorze, ale i pierwsze nici porozumienia, sympatie; przy tym obie kultury przedstawione są jako te, które z jednej strony pragną się czegoś nauczyć od innej, ale z drugiej są świadome i przekonane co do tego, że w ogólnym rozrachunku, to ich model kulturowy wygrywa. Zgrabnie wplecione, jasno zauważalne motywy karykaturalne, które o dziwo sprawdzają się świetnie w tej raczej prostej strukturze, dodają całości odrobinę niekonwencjonalnego szlifu, który na raczej suchy w formie dokument wpływa pozytywnie. Podnosi przy tym jego rozrywkową wartość, ale i zręcznie, i celnie punktuje przywary obu nacji, i tą wyraźną jednotorowość kulturowej narracji (odnosząc się do stereotypowych poglądów pracowników przedstawionych w produkcji). Zarówno Amerykanie, jak i Chińczycy przedstawieni są w wielu fragmentach przy użyciu ostro zakrzywionego zwierciadła. Generowanie zabawnych scen i tego egocentrycznego zapatrzenia na otaczającą nas rzeczywistość oraz inne społeczności podkreślone jest jeszcze mocniej poprzez celnie dobraną i charakterystyczną ścieżkę dźwiękową. Czuć w niej pewną dokumentalną typowość, zachowawczość, ale i na przekór zabawną unikalność.

Amerykańska fabryka, mimo dużej dozy humoru zgrabnie przechodzi z luźniejszego, całkiem pozytywnego tonu w ton przygnębiający i smutny. Ukazujący współczesne problemy kapitalizmu oraz codzienność tysięcy pracowników w świecie postępującej globalizacji. Przedstawiający miejsca pracy, w których łamane są prawa pracownika, następujące w konsekwencji bunty, powtarzające się prośby o związki zawodowe, ale i podkreślający to narastające poczucie bezsilności robotników, jak i powolne wyczerpywanie się ostatnich pokładów nadziei. Amerykańska fabryka dobrze radzi sobie w ukazaniu zderzenia dwóch tak różnych kultur. Przystosowanie, a co za tym idzie, zrozumienie siebie nawzajem jest możliwe, ale wymaga czasu. Jednocześnie ukazuje, że nie da się sprawnie i wydajnie współpracować, gdy każdy członek grupy prezentuje sobą inną filozofię pracy – potrzebne są kompromisy, jednak czy któraś ze stron jest na nie gotowa?

Negatywne skutki globalizacji jak najbardziej w dziele dwójki reżyserów są poruszane, ale Amerykańska fabryka – co bardzo ważne – nie stwierdza, nie wskazuje jednoznacznie problemu, osoby, kraju, który za trudności te odpowiada. Zadaje pytania, ukazuje pewne sytuacje, lecz nie daje jasnej odpowiedzi. Co jest jej największym atutem. Dokument o całkiem sporych możliwościach interpretacji, nie wskazuje winnych, nie wskazuje też niewinnych; nie ma w nim jednoznacznie wygranych i przegranych. Jedni coś tracą, drudzy zyskują i na odwrót – błędne koło współczesnej gospodarki. Jednak finalnie okazuje się, że jakiś szczęściarz, a przynajmniej człowiek najmniej stratny w całym tym narastającym chaosie i bałaganie się znajduje. I wychodzi z niego prawie bez szwanku. Podziw budzi również to, jak dużo materiału – szczególnie tego, wydawałoby się, wręcz niemożliwego do uzyskania – udało się zebrać twórcom. Odpowiedzialny za tak bogate pod względem treści materiały archiwalne może być – po części – przekonany o swojej nieomylności co do efektywnych metod pracy, traktowania swoich pracowników i pożądanego modelu zapatrywania się na życie, chiński zarząd.

Amerykańska fabryka dzięki zachowaniu w miarę obiektywnej, szerszej perspektywy pozwala na sprawne podkreślenie aktualnych punktów zapalnych nie tylko na obszarze współpracy międzynarodowej, ale i dwojako rozumianych praw pracowniczych czy mglistej roli, jaką pełnią amerykańskie związki zawodowe. Jako dokument może i emocjonalnie nie porywa, ale jest z pewnością przykładem sprawnie zrealizowanego kina dokumentalnego, gdzie początkowe założenia, nie rozmywają się po drodze, pozwalając odbiorcy na zachowanie w miarę czystej głowy w stosunku do tego, kto stoi po dobrej, a kto po złej stronie barykady. Rozłożenie narracyjne czynników cechujących jedną, jak i drugą nację, nie pozwala nam jasno określić, który model pracy, jaka wizja społeczności jest lepsza – bo każdy posiada w sobie i negatywy, i pozytywy. Amerykańska fabryka to dokument godny polecenia, w którym to raz jeszcze wygranym okazuje się ten, kto ma władzę i pieniądze – nie są to ani amerykańscy, ani chińscy pracownicy. Jest to dużo większa siła, której nie sposób z tak niskiego progu w ogóle dosięgnąć, nie mówiąc już o  jej zadrapaniu. Spojrzenie z ludzkiego punktu widzenia kontra spojrzenie z góry. Co ciekawe, dla jednych i dla drugich pieniądz ma podobną wartość. Pytanie więc, co by się stało, gdyby włodarzy-milionerów zamienić miejscami z „nic nieznaczącymi” robotnikami? Czy sytuacja by się zmieniła? Przybrała inny kierunek? Czy raczej po początkowym szoku, chwilowym zamieszaniu, strajkach, buntach, wszystko wróciłoby do starej, dobrej i tak znajomej normy?

Fot.: Netflix

Write a Review

Opublikowane przez

Magda Przepiórka

Psychofanka Cate Blanchett, Dario Argento, body horrorów Davida Cronenberga, Rumuńskiej Nowej Fali i australijskiego kina. Muzyka to beztroskie, ale i mocniejsze polskie brzmienia – przekrój dekad 70/80 – oraz aktualne misz-masze gatunkowe w strefie alternatywy. Literacko – wszystko, co subiektywnie dobre i warte konsumpcji, szczególnie reportaże podróżnicze. Poza popkulturą miłośniczka wojaży wszelakich.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.