Amityville

Orkiestra zimna – Jay Anson – „Amityville Horror” [recenzja]

Jeśli mówimy o kulturze grozy, ostatnie lata zdecydowanie należały do małżeństwa Warrenów. Oczywiście, ktoś zaraz krzyknie: Przecież oni nie byli pisarzami!!! Jasne, że nie byli. OCZYWIŚCIE, że nie byli. Znamy ich głównie jako Pana Egzorcystę i Panią Medium. Jednak, jeśli zastanowię się nad horrorowymi fenomenami ostatnich lat, pierwsze, o czym pomyślę, to właśnie Warrenowie. Nie Warrenowie twórcy, ale Warrenowie bohaterzy książek, filmów czy przedziwnych teorii spiskowych. Chociaż, Stephen King dalej trzyma się w dobrej formie, o czym świadczy kolejna wydana książka Instytut, to jednak jedyną rzeczą, która sprawia, że włosy stają dęba, a skóra bieleje, są wydarzenia z udziałem najsłynniejszej pary demonologów. Jednym z incydentów z ich udziałem jest sprawa domu w Amityville, którą opisuje Jay Anson w swojej książce Amityville Horror. Historia, która przydarzyła się zwyczajnym ludziom, a w stosunku do istnienia sił nadprzyrodzonych byli oni tak samo sceptyczni, jak większość z nas na wieść o teorii, jakoby Ziemia była płaska. Małżeństwo Lutzów, które na własnej skórze doświadczyli, jak bardzo prawdziwe jest to, czego nie widać. I kto wie? Może Ziemia faktycznie jest płaska?

George i Kathleen Lutz kupili duży dom po bardzo okazyjnej cenie w okolicy Long Island. Dwa piętra, kilka sypialni, pokój do szycia, bawialnia, wielka garderoba i ogromna piwnica, która miała zostać przekształcona w pracownię George’a. Wydawało się, że oto nadchodzi spełnienie ich American Dream, jednak to amerykańskie marzenie przerodziło się w 28-dniowy koszmar, z nadprzyrodzonymi „gośćmi” w roli głównej. Ale od początku! Cena za wspomniany dom marzeń była mocno zaniżona, co wzbudziło w Lutzach pewne podejrzenie. Okazało się, że poprzedni lokator zamordował całą swoją rodzinę, twierdząc, że kazały mu to zrobić pewne głosy. Ale co tam. Bierzemy! W końcu duchy nie istnieją, a sam „zabójczo” szalony mieszkaniec był, jak najbardziej, z krwi i kości. George i Kathy określali siebie jako ludzi dość sceptycznych, a ich życiową przesłanką było: Nie zobaczę, nie uwierzę, która, wobec następnych kolejnych wydarzeń, niekoniecznie grzeszyła datą ważności. Historia ludzi, którzy nie zobaczyli, a uwierzyli. Strach i niepokój przerodziły się w zbiorową psychozę z demonicznymi siłami w roli głównej. Zimno, niewyjaśniona gorączka, przemieszczające się samoistnie przedmioty. Otwarte drzwi, dźwięki orkiestry i telefoniczne zakłócenia. Czasem straszniejsza może być już tylko cisza.

Nie jest to stosunkowo nowa książka, lecz możemy nadać jej miano odświeżonej. Jay Anson napisał Amityville Horror  w 1977 roku. Mimo że upłynęło ponad czterdzieści lat, dalej stanowi zapis jednej z najmroczniejszych historii tego świata. Sprawa, do której zaangażowano małżeństwo Warrenów, wzbudza wiele kontrowersji. Jedni uznają ją za wymysł rodziny, panikującej na dźwięk lekko skrzypiących drzwi, inni zaś traktują ją jako dokumentację jednego z najstraszniejszych nawiedzeń w historii. Nieważne, jaki będzie nasz stosunek do opisanych zdarzeń, Amityville Horror jest (niepokojąco) wciągającą historią, od której nie można się oderwać, pomimo tego, że towarzyszy nam obłędny strach, a wizja nocnego wyjścia do toalety przybiera formę niebezpiecznej podróży do wnętrza samego piekła.

Sprawa nawiedzenia domu na Long Island odbiła się szerokim echem nie tylko wśród mieszkańców, ale i w całej amerykańskiej prasie. George i Kathy byli zapraszani na liczne wywiady i wykłady, gdzie opisywali wydarzenia z punktu widzenia ofiary, nie tylko obserwatora. Jednak ich „showbiznesowa kariera” nie trwała zbyt długo, a wszystko dlatego, że większość dziennikarzy przeinaczała zeznania domowników z Amityville, co skutkowało tym, że Lutzowie zakończyli wszelką formę współpracy z mediami. Nie można się im dziwić. Dwadzieścia osiem dni piekła, które przeżyli, powinno być nagłośnione (w formie przestrogi), jednak musi zachować w sobie jak najwięcej autentyczności, o której media często zapominają. Jay Anson podjął się zadania nagłośnienia przypadku tej rodziny tak, aby przekazać jak najwięcej prawdy o Amityville. Bez koloryzacji, bez upiększeń. Tak, jak było, i tak, jakby mogło być. Autor wymienia wszystko, czego doświadczyli Lutzowie wraz ze swoimi dziećmi. Od spadającej temperatury, plagi much w środku zimy, po niewyjaśnione przemieszczanie się przedmiotów, lewitowanie w trakcie snu czy dźwięk orkiestry marszowej, którą słyszy tylko George. Nie ma tu mowy o demonicznym opętaniu czy innej formie fizycznego znęcania się nad rodziną, przynajmniej na początku książki. Wszystko, co tak naprawdę przeraża ludzi, to niewyjaśniona… prostota. Chłód, zakłócenia linii telefonicznych, porcelanowy, który lew zmienił swoją pozycję, czy (nie)wymyślony przyjaciel pięcioletniej córeczki. Coś, co wydaje się na co dzień umykać naszej świadomości, stanowiło źródło nieszczęścia całej rodziny. Z czasem demoniczna moc przybierała na sile, najwidoczniej zmęczona obecnością Lutzów w swoim domu, prowadząc do kulminacyjnego momentu, gdzie z pozoru niewinne „podchody” stały się fizycznym, jak i psychicznym dręczeniem, gdzie ucieczka stanowiła jedyną opcję ratowania swojego życia. A duch nie chciał im po prostu dać uciec. Zabawa dopiero się zaczęła.

Książkę czyta się naprawdę ekspresowo, a potęguje to pragnienie odkrycia tajemnicy jednego z najsłynniejszych nawiedzeń w historii. Amityville Horror napisane jest w narracji trzecioosobowej, dzięki czemu mamy wrażenie, że czytamy dobrze napisaną powieść, a nie dokumentację historii opartej na faktach. Jest to idealna pozycja dla każdego pożeracza literatury grozy, a jeśli współczesne horrory nie napawają już nas szczególnym lękiem, to może tym razem warto sięgnąć po słowo pisane? Pokój skąpany w mroku, ciemność rozproszona jedną małą lampką, egzemplarz Amityville Horror i godzina trzecia w nocy na zegarku. Czy nie jest to idealny zestaw, aby poczuć demonicznie przyjemny dreszcz na plecach? Prawdziwy, fenomenalny horror z krwi i kości. Groza prostoty i stopniowa jej ewolucja w walkę między człowiekiem a siłą nadprzyrodzoną. Chociaż, w tym przypadku, nie ma tu miejsca na walkę, która dla człowieka skończyłaby się sromotną klęską. Jedyną nadzieją dla bohaterów była ucieczka. A demon snów mieszka sam.

Fot.: Vesper


Przeczytaj także:

Wielogłos o książce Nawiedzenia. Historie prawdziwe

Amityville

Write a Review

Opublikowane przez

Natalia Trzeja

Piszę, więc jestem. I straszę w horrorach. Bu.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.