Testując apokalipsę

Architektura niepokoju – Tom Kaczynski – „Testując apokalipsę” [recenzja]

Porażający blaskiem, hukiem i przepełniony trwogą koniec to nie jedyna wizualizacja słowa “apokalipsa”. Niewielkie i całkowicie prywatne, czasem dostępne wyłącznie jednemu człowiekowi przeżywamy raz po raz, w dodatku dzień po dniu. Katastroficzna wizja świata nie ma monopolu na apokalipsę, choć zazwyczaj jest ona utożsamiana z wielkimi wojnami, chaosem i zbiorową paniką. Tom Kaczynski w nietypowym zbiorze Testując Apokalipsę przypomina nie tylko o pierwotnym znaczeniu tego słowa, ale także o tym, że małe apokalipsy dzieją się cały czas, pochłaniając kolejne wiary i kolejne nadzieje, ale także otwierając oczy i umysły na coś, co do tej pory mogło nam umykać, skryte za zasłoną ignorancji lub po prostu nie miało szansy wyniknąć z biegu zdarzeń.

Kaczynski zaprasza nas do swojego architektonicznego świata wtłoczonego w ramy komiksu za sprawą ośmiu historii i czterech jednostronicowych refleksji, które wtłoczone są pomiędzy opowieści. Wszystkie te nowele mają swój wspólny punkt zaczepienia, spokojnie można odnaleźć ich wspólną płaszczyznę, ale jednocześnie każda z nich jest wyjątkowa, a my, przesuwając uważny wzrok po kolejnych kadrach, nie odczuwamy powtarzalności, choć cały czas towarzyszy nam jeszcze nie do końca wypowiedziana, przez co w nie w pełni zrozumiana, myśl przewodnia tego zbioru. Nie da się jej jednak streścić, bo odpowiada za nią przede wszystkim to, co nieuchwytne, co wciąż tkwi w zawieszeniu pomiędzy już niemal wyłapanym, ale nadal pozostającym w ruchu. Jeszcze gorzej sprawa wygląda, jeśli chodzi o lakoniczne opisanie poszczególnych historii składających się na Testując Apokalipsę. Tych dziwnych, ale fascynujących opowieści nie tyle nie da się komuś w skrócie przedłożyć, co po prostu nie powinno się tego robić. Nie wyróżniają się one bowiem wartką akcją czy powalającą fabułą; nawet rysunki nie są tu raczej istotne. To, co w nich najważniejsze, to właśnie to, o czym opowiadają, a o tym każdy powinien przekonać się na własnej skórze, bo i interpretacje mogą się od siebie nieznacznie różnić. Każda jednak z historii dotyka przede wszystkim egzystencji człowieka i strumienia myśli, jakiemu daje się porwać, kiedy o niej rozmyśla. Niekiedy są to refleksje dotyczące przeszłości, innym razem skupiają się na “tu i teraz”, by w następnym opowiadaniu przytłoczyć nas pełnymi lęku i niedookreśleń wybieganiami w przyszłość. Różnorodność i jednocześnie wspólny ich mianownik sprytnie zostały przez autora podkreślone konkretnymi barwami. Każda opowieść to bowiem czarno-biały świat, bardziej lub mniej muśnięty jednym tylko, dodatkowym kolorem.

apokalipsa-1

Zbiór otwiera opowiadanie zielone, pod tytułem 100 tysięcy mil. Jego głównym bohaterem jest człowiek zagubiony i przytłoczony – posiadający więc te same cechy, co każdy kolejny, ale jednocześnie będący zupełnie odrębnym bytem – mężczyzna bez imienia tkwiący w korku w drodze do pracy. Ludzie są tutaj ściśnięci w tłoku zarówno dosłownym, jak i przenośnym, ograniczeni przez własne lęki, obowiązki, na które sami się zgodzili, i pragnienia, których nie będą w stanie spełnić. Historia czerwona, czyli 10 tysięcy lat opowiada o – a jakże – mężczyźnie, który daje się namówić reklamom na wizytę u terapeutki, ze względu na sen, który nie daje mu spokoju, a w którym okazuje się, że nasz bohater przespał 10 tysięcy lat, a świat zmienił się nie do poznania… głównie jednak ze względu na nowe technologie – lęki pozostały bowiem te same. 90 M2 to opowiadanie różowe, w którym choć głównym bohaterem znów jest mężczyzna, tym razem towarzyszy mu niemal równoprawna dla fabuły kobieta. Jest to historia osiedla, które z dnia na dzień zdominowane zostaje przez budowę ekskluzywnego wieżowca. Dominacja ta obejmuje wkrótce nie tylko teren, ale także umysły i dusze wielu mieszkańców znajdujących się w okolicy wieżowca. To opowiadanie od niemal pierwszych kadrów przypominało mi film High-Rise (powieści nie czytałam) i jak się okazuje, skojarzenie to jest całkowicie na miejscu – utrzymuje się zresztą również w trakcie lektury innych historii – ponieważ Kaczynski nie ukrywa tego, że inspiruje się twórczością Jamesa Grahama Ballarda. Żółta, króciutka opowiastka Zmiana fazy to historia człowieka, który w końcu postanowił wyjść z domu i zmierzyć się ze światem na zewnątrz. Następne dzieło wyłamuje się z rytmu nadawanego przez różne kolory, ponieważ jest żółte, podobnie jak poprzednie. Milion lat możliwości za głównego bohatera ma człowieka, który przyjmuje pracę w tajemniczej korporacji i w związku z tym wyjeżdża do “posiadłości na odludziu”, gdzie powoli zaczyna orientować się, do czego dąży firma, w której się zatrudnił, a o której wiedział jedynie, że ma coś wspólnego z ekologią i “zieloną gospodarką”. Kolor żółty przechodzi w pomarańczowy, a tym samym w historię zatytułowaną Błoga apokalipsa. To chyba najmniej skomplikowana historia, która choć jej znaczenia są złożone, nie sprawia takich trudności w lekturze i zrozumieniu, jak poprzednie. Opowiada o małżeństwie, które przeprowadziło się na przedmieścia, by uchronić swój związek przed rozpadem. Tymczasem okazuje się, że ich mały koniec świata jeszcze nigdy nie był tak blisko. Szary kolor zdominował natomiast opowiadanie Muzyka dla Neandertalczyków – historię muzyka i aktora, który wcielając się w człowieka prehistorycznego, powoli zaczyna się z nim utożsamiać. I znów pomarańczowy kolor – ten sam, ale jakby zupełnie nowy. Dosłownie, bo właśnie tak brzmi tytuł ostatniej opowieści – Nowy. Mamy tutaj połączenie nowego ze starym, przyszłości i przeszłości, dawnych wierzeń i nowoczesnej myśli. Nowy to w ogóle jedyne opowiadanie, które do tej pory nie było nigdzie publikowane, wszystkie wcześniejsze bowiem drukowane były w różnych latach w “MOME”.

apokalipsa-2

Wszystkie opowiadania zawarte w tomie Testując apokalipsę przede wszystkim połączone są dojmującym uczuciem narastającego niepokoju. Na czwartej stronie okładki, sporymi drukowanymi literami umieszczona została parafraza słów z pierwszej historii, która brzmi: Umiejscowienie punktu początkowego ma charakter dowolny. Miasto rozrasta się we wszystkich kierunkach. I dokładnie to samo można powiedzieć o lęku, który towarzyszy nam podczas zagłębiania się w fabułę i sens poszczególnych opowiadań. Niepokój, lęk, niesprecyzowany strach rozrastają się we wszystkich kierunkach, bo nie wiemy, dokąd zmierzają. Czujemy, że coś się dzieje, że coś narasta, że coś jest niszczone i coś się tworzy – wyczuwamy ten lęk u siebie i u wszystkich bohaterów. Nawet zwykły korek na drodze do pracy i towarzyszące temu myśli okazują się pętlą, w której gonimy własny ogon, nie wiedząc, czego się boimy i czy na pewno to my powinniśmy uciekać. Egzystencjalny lęk to w zasadzie fundament każdej z opowieści. Strach i jednoczesną fascynację wzbudzają tutaj: powrót do korzeni przodków i zakopanie się w przeszłości, a więc ograniczenie możliwości wypracowywanych przez lata; szaleńcze zatracanie się w dążeniu do czegoś wciąż nowego, lepszego, udoskonalonego i przyszłościowego, porzucając tradycję i wspomnienia; luksus i bieda, których obydwa bieguny zarówno przyciągają, jak i odpychają; hałas i cisza nie do wytrzymania; poczucie kresu i brak jego cienia w zasięgu ręki, a wiec nieświadomość własnej śmiertelności; miasto, masa, maszyna – cytując manifest Tadeusza Peipera; a w końcu pytanie, dokąd zmierza świat i co tam czeka człowieka.

Rysunki, które wypełniają kolejne kadry, nie mogą ubiegać się o miano majstersztyku czy nawet przyciągającej oko pracy artystycznej. Ale też nie taka jest ich rola. Owszem, w przedbiegach odpadają w wyścigu z przepięknymi obrazami z Azymutu czy równie fatastycznymi dziełami z Równonocy, ale ich konstrukcja odpowiada treści i temu, co ona wyraża, nawet tam, gdzie nie zostało to wypowiedziane wprost. Na pierwszy rzut oka widać, że Kaczynski studiował architekturę – plansze wypełniają proste konstrukcje, składające się z prowadzonych konsekwentnie linii i uwzględnionych perspektyw, ale próżno szukać tu jakichś detali, szczegółowo zarysowanych, choć nieważnych drobiazgów w tle. Wyszczególnione jest przez twórcę tylko to, co ważne i niezbędne, czyli przede wszystkim ludzie i budynki. Postaci często są do siebie bardzo podobne – zwłaszcza główni bohaterowie poszczególnych opowiadań – ale taki zabieg sprawia, że domyślamy się, iż Tom Kaczynski najprawdopodobniej nie chciał opowiedzieć nam historii konkretnych ludzi, tylko przedstawić kilka przypowieści o człowieku w ogóle, o kondycji ludzkości i lękach człowieczeństwa. I udało mu się to bardzo dobrze, bo choć nie każdy lęk jesteśmy w stanie uzasadnić, sprecyzować i nadać mu nazwę, zachowane jest to, co najistotniejsze – odczuwamy go. Nie bez znaczenia jest także nietypowy spis treści i indeks zmieszczony na końcu komiksu. Ten pierwszy przedstawia tytuły poszczególnych historii, które zawierają się w wykresie, uwzględniającym dystans i czas, ten drugi natomiast jest już zwyczajny, o ile indeks  pojęć i podejmowanych tematow zawarty w komiksie może w ogóle być „zwyczajny”. Sprawia to, że dzieło Kaczynskiego jest jeszcze bardziej nowoczesne i przez to niepokojące na kolejnym poziomie.

apokalipsa-6

Testując apokalipsę to zbiór niezwykle konsekwentny i zaskakujący zwłaszcza, jeśli uświadomimy sobie, że poszczególne utwory powstawały w różnych latach. Kaczynski testuje w nim nie tylko apokalipsę, ale ludzi i świat. Co istotne, niepotrzebne jest mu do tego widmo końca świata – wystarcza mu parę codziennych spraw, zwykłych z pozoru zjawisk, bohaterowie, z którymi możemy się utożsamić i architektoniczny zmysł. Zmysł, który nie dotyczy jednak wyłącznie zdolności przestrzennego przedstawiania budynków. Ta umiejętność pozwala Kaczynskiemu na wyjątkowe budowanie niepokoju – tak w bohaterach, jak i w czytelnikach. Rysuje jego szkic, stawia fundamenty, wznosi ściany i projektuje dach, a radzi sobie z tym wszystkim tak dobrze, że możemy domyślać się, iż większość lęków sam także doświadczył. Lęków o świat, ludzi, przyszłość i przeszłość. Lęków o istnienie i jego koniec. Najważniejsze jest jednak stanąć oko w oko z lękiem, a wtedy może będziemy świadkami apokalipsy, czyli po prostu objawienia, które pozwoli nam zacząć rozumieć. Bo pierwszy niepokój i pierwsza refleksja to to, od czego zaczyna się chyba każda opowieść w Testując apokalipsę – zbiór, po który warto sięgnąć i warto się zaniepokoić.

Fot.: Wydawnictwo Komiksowe

Testując apokalipsę

Write a Review

Opublikowane przez

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.