Jak każdy urodzony jeszcze w XX wieku, mam sentyment do przygód walecznych Galów. W bibliotece wypożyczałem kolejne komiksy, a gdy w ramówce telewizji ukazywała się zapowiedź jednego z filmów o Asteriksie, czekałem z wypiekami na twarzy. Wydawnictwo Egmont postanowiło wznowić publikację komiksów René Goscinnego i Alberta Uderzo, a ja mogłem na chwilę wrócić do lat dzieciństwa. Asteriks na Korsyce okazał się wspaniałą podróżą w przeszłość.
Pierwszym, co rzuca się w oczy, gdy trzymamy w ręku Asteriks na Korsyce, jest fakt, że album nie został wydany tanim kosztem. Twarda okładka i wysokiej jakości papier przyjemnie leżą w dłoni. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to sam format komiksu, który nawet dla mnie jest nieco za duży. A jestem z tych, którym nie przeszkadzało wożenie w plecaku i czytanie w pociągu Kobiet z Ravensbrück czy powieści Dana Simmonsa. Od razu nasunęła mi się myśl, że Asteriks na Korsyce jest przeznaczony głównie dla dorosłych. Nie wyobrażam sobie dziecka z komiksem wielkości łopaty. Sprawdzałem — nie pytajcie, dlaczego.
Przygoda rozpoczyna się dość nietypowo, jak na serię, bowiem od uczty, która zwykle pojawiała się na końcu albumów. Przyjaciele z zakątków cesarstwa zjeżdżają się do wioski z wizytą, a aby uświetnić zabawę, Galowie dla rozrywki atakują rzymski obóz. Uwięziony jest tam Okatarinetabellaczikcziks (sic!), pochodzący z Korsyki wódz wioski, którego imię nawiązuje do piosenkarza Tino Rossiego. Gdy Asteriks i Obeliks dowiadują się, że Korsyka również jest oblegana przez Rzymian, postanawiają pomóc nowemu przyjacielowi i ruszają razem z nim na wyspę. Czeka ich, jak zwykle, masa przygód — i nie tylko. Nie zabraknie ciętego humoru sytuacyjnego, bitew z Rzymianami oraz naszych ulubionych piratów, którzy i tym razem wyjdą na swojej profesji jak Zabłocki na mydle.
Niestety, młodsi czytelnicy raczej nie wyłapią wszystkich żartów, ponieważ Asteriks na Korsyce ma już na karku pięćdziesiąt trzy lata. Sama akcja i tempo opowieści nijak mają się do dzisiejszych standardów. Całość bardziej przypomina zbiór gagów opartych na humorze sytuacyjnym, a fabuła nie ma zbyt wiele do zaoferowania współczesnemu czytelnikowi.
Autorzy zawsze starali się w humorystyczny sposób przedstawiać odwiedzane regiony, a Korsyka nie jest wyjątkiem. Przyznam szczerze, że sam kojarzyłem to miejsce głównie z zesłaniem Napoleona. Okazało się jednak, że region ten słynie również z jadalnych kasztanów, aromatycznych (czasem aż za bardzo) serów oraz twardych, małomównych ludzi, których ulubionym zajęciem jest… sjesta. Asteriks na Korsyce stał się więc nie tylko przednią rozrywką, lecz także swoistą wycieczką edukacyjną, wypychając Korsykę na podium moich zagranicznych planów podróżniczych. Plansze są piękne, pomalowane wspaniałą paletą kolorów, które chętnie zobaczyłbym na żywo na tej cudownej wyspie.
Styl graficzny, którym charakteryzuje się Asteriks na Korsyce, jest specyficzny i niepodrabialny. Można go lubić bądź nie, ale dla mnie stanowi on fragment dzieciństwa — czasu, gdy byłem szczęśliwym dzieciakiem z komiksem w ręku. Z racji sentymentu oprawa graficzna bardzo przypadła mi do gustu. Tym bardziej poczułem się mile połechtany, gdy otworzyłem pierwsze strony i okazało się, że album pełen jest dodatków: historii powstania komiksu, zdjęć notatek twórców, ciekawostek tłumaczeniowych, a nawet… tła politycznego.
Gdy byłem dzieckiem, zupełnie się tym nie interesowałem — dziś jaram się nimi niczym Marilyn Manson na chrzcie świętym. Dzięki dodatkom przed i po właściwej historii mogłem wyłapać wszystkie żarty, zwłaszcza że komiks powstał w 1973 roku. Wydarzenia tamtych lat zdążyły się już zatrzeć, a bez objaśnień wiele odniesień pozostałoby dla mnie niezrozumiałych.
Podsumowując, Asteriks na Korsyce okazał się bardzo udanym powrotem w przeszłość. Nawet dość wysoka cena albumu (59,99 zł, choć można znaleźć taniej) jest warta zapłacenia — zwłaszcza z myślą o kolekcjonowaniu całej serii i świetnych dodatkach. Możliwość przeniesienia się do lat młodości sprawiła, że już zamówiłem kolejne tomy opowieści Asteriksa i spółki. Jest to jednak pozycja skierowana głównie do fanów i starszych czytelników, dlatego przed zakupem warto dobrze przemyśleć decyzję.
Fot.: Własne oraz Wydawnictwo Egmont






![Scooby-Doo i powrót do lat dzieciństwa – Hannah Barbera – „Scooby-Doo i... zgadnij kto” [recenzja] Scooby-Doo](https://www.gloskultury.pl/wp-content/webp-express/webp-images/uploads/2021/05/scooby-doo-i-zgadnij-kto-sezon-1-czesc-1-dvd-b-iext68115925.jpg.webp)

![Na Trygława i Swaroga! – Janusz Christa – „Kajko i Kokosz. Złota kolekcja, tom 1” [recenzja] kajko i kokosz złota kolekcja](https://www.gloskultury.pl/wp-content/webp-express/webp-images/uploads/2021/10/kajko-i-kokosz-zlota-kolekcja-tom-1.jpg.webp)




