Artykuły tego autora:


predator 0

Co jest grane #144

Pierwsze narzekania na temat tego, jak krótkie były wakacje i urlop, już za nami, w szkolnych dziennikach pojawiły się pierwsze piątki oraz jedynki, a zgodnie z jesienną tradycją dystrybutorzy zalewają kinowe sale nowościami. Zgadza się prawie wszystko. Prawie, ponieważ – o dziwo – zawodzą dystrybutorzy, gdyż trzeci weekend września to zaledwie pięć premier. Potencjalnie największym powodzeniem wśród widzów będzie cieszyła się nowa odsłona kultowego już  dzieła, jakim jest Predator, jednak ci, którzy do swoich pasji nie zaliczają oglądania śmiercionośnych istot pozaziemskich, również powinni znaleźć coś dla siebie. Na wielki ekran z biograficzną opowieścią o infiltracji Ku Klux Klanu powróci kontrowersyjny Spike Lee, poznamy także historię handlującego kokainą psiego fryzjera rodem z ziemi włoskiej. Serca Polaków po raz kolejny spróbują podbić twórcy Planety singli, a znana chociażby z Juno Jennifer Garner przestanie się cackać i wymierzy sprawiedliwość narkotykowemu kartelowi! Być może ilość premier tym razem nie powala na kolana, jednak nie znaczy to wcale, że nie będzie w czym wybierać. Pozostaje nam zatem życzyć wszystkim wyborów trafnych i zachęcić do zapoznania się z kinowym rozkładem jazdy na najbliższy weekend, który jak co tydzień znajdziecie w kolejnej odsłonie Co jest grane!

Sierpień 0

Ulubieńcy miesiąca: sierpień 2018

Gdzie one są? Gdzie się podziały? Kto porwał wakacje? Były i puf – zniknęły. Jednak ostatni miesiąc wakacji był dla nas czasem udanym i obfitym tak w wydarzenia kulturowe, jak w świetne produkcje popkulturowe, którymi zachwycaliśmy się cały sierpień. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu dni wśród naszych redaktorów królowało HBO i seriale Ostre przedmioty oraz Castle Rock, ale nie zabrakło miejsca także dla innych seriali (wymieniamy ich łącznie jedenaście!) dominowały też koncerty i festiwale (jak to w wakacje bywa), ale nie zabrakło miejsca także dla gry komputerowej, płyt muzycznych i filmów.

Bez zbędnego słowotoku – zapraszamy Was do naszego comiesięcznego przeglądu ulubionych produkcji minionego miesiąca. A co zdominowało Wasz sierpień? Czy coś z naszej listy podoba się także Wam? 

0

Nie tylko dla cukrzyków – Ariana Grande – “Sweetener” [recenzja]

Potrafi wydobyć z siebie dźwięki, których ludzkie ucho nie jest nawet w stanie zarejestrować, dzięki czemu bez dwóch zdań można ją określić mianem jednej z “najpotężniejszych” wokalnie artystek młodego pokolenia. Wszystko czego dotknie, zamienia się w złoto (a dokładniej rzecz ujmując w platynę). Pomimo gigantycznej popularności i nieprzerwanego pasma sukcesów, ubiegły rok z całą pewnością nie był tym, który Ariana Grande wspominać będzie szczególnie ciepło. Dwudziestego drugiego maja 2017 na terenie Manchester Arena w Wielkiej Brytanii, podczas koncertu wokalistki, dokonano samobójczego zamachu terrorystycznego. Kilka minut po zakończeniu występu Amerykanki, w okolicach wejścia na stadion, nastąpiła eksplozja, w wyniku której śmierć poniosły 22 osoby (23 wliczając sprawcę), a ponad 800 zostało rannych. I choć już dwa tygodnie później Grande ściągnęła do Wielkiej Brytanii całą plejadę gwiazd, by w ramach charytatywnego koncertu pomóc poszkodowanym oraz rodzinom zmarłych, nie trzeba posiadać doktoratu z psychologii, by domyślić się, jak tego typu sytuacja mogła wpłynąć na psychikę 24-letniej dziewczyny. Dlatego też ponad rok od wydarzeń w Manchesterze (a dwa od poprzedniego albumu, Dangerous Woman) przyszło czekać fanom artystki na kolejną płytę. Spotify oszalało, gdy 17 sierpnia bieżącego roku światło dzienne ujrzał Sweetener – najnowszy krążek Ariany Grande, który z miejsca zadebiutował zarazem na pierwszej pozycji notowania listy “Billboardu”. Czy po genialnej poprzedniej płycie oraz traumatycznych przeżyciach dziewczynie z Florydy po raz kolejny udało się wznieść na wyższy poziom? Czy ilość cukru zaserwowana na Słodziku jest wyważona, czy też nieprzyjemnie trzeszczy między zębami?

0

Jak pięść do nosa – Joan Lindsay – “Piknik pod Wiszącą Skałą” [recenzja]

Urodzona w 1896 roku, w St Kilda East, Victoria (Australia), Joan à Beckett Weigall, pierwszą (o dziwo – patrząc przez pryzmat omawianej właśnie pozycji – satyryczną) powieść wydała w wieku lat czterdziestu. Prawie drugie tyle musiało minąć, zanim światło dzienne ujrzało najpopularniejsze po dziś dzień dzieło autorki – Piknik pod Wiszącą Skałą. Wydany w 1967 roku dramat z miejsca zyskał światowy rozgłos, który to pogłębiła ekranizacja w reżyserii Petera Weira, zaliczana przez wielu do klasyki kinematografii. Pomimo upływu lat popularność tytułu nie słabnie, o czym świadczyć może chociażby tegoroczny miniserial z Natalie Dormer (Margaery Tyrell z Gry o tron) w jednej z głównych ról. Czy literacki pierwowzór rzeczywiście zasługuje na aż tak wielkie zachwyty? Co sprawia, że Piknik pod Wiszącą Skałą się nie starzeje? Czy autor niniejszego tekstu, zachwycony filmową adaptacją, a zarazem bijący się w trakcie lektury z pokusą, by rzucić książką o ścianę, jest w stanie udzielić jakichkolwiek odpowiedzi?

0

Diabeł ubiera się w Salinas – John Steinbeck – “Na wschód od Edenu” [recenzja]

Dobra, profesjonalna recenzja powinna odznaczać się kilkoma cechami, wśród których najważniejszą jest podobno obiektywne podejście jej autora do tematu. Z góry można już więc założyć, że niniejszemu tekstowi daleko będzie do profesjonalizmu. Zmuszony jestem bowiem wylać z siebie wszystkie emocje, ponieważ tak moje podejście, jak i sam odbiór jednego z najwybitniejszych dzieł Johna Steinbecka (oraz amerykańskiej literatury w ogóle), były nieporównywalne z jakąkolwiek inną książką, po którą do tej pory sięgnąłem. Zatopienie się w świecie wykreowanym w Na wschód od Edenu planowałem od ładnych kilku lat, odwlekając zarazem samą lekturę raz za razem. Dlaczego? Powód jest banalny – ze „strachu” związanego z oczekiwaniami, jakie narzucili poprzedni czytelnicy, i jakie narzuciłem sobie sam. Po przeczytaniu dwóch powieści autora (Myszy i ludzie oraz Zagubiony autobus) miałem już absolutną pewność, że jest on geniuszem. Jak zatem nastawić się do lektury czegoś nazywanego przez wielu magnum opus Amerykanina? Nawet tytuł, a przyznam, że rzadko zwracam uwagę na tytuł sam w sobie, jest… kuszący? Przyciągający uwagę? Tajemniczy? Pomyślcie sami – Na wschód od Edenu. Jest w tych czterech wyrazach jakaś magia. Jednak czy udało się pisarzowi oczarować czytelnika na – bagatela – niemal dziewięciuset stronach? Czy powieść ta rzeczywiście zasługuje na miano literackiego klasyka? Czy książka, po którą „bałem się” sięgnąć, spełniła oczekiwania?