Filmy,Recenzje

Bitwa wszystkich bitew – Anthony i Joe Russo – “Avengers: Koniec gry” [recenzja]

avengers: koniec gry
avengers: koniec gry

Najnowsza produkcja ze stajni Marvel Studios (czyt. Disney), Avengers: Koniec gry, jest godnym zwieńczeniem całego dotychczasowego superbohaterskiego uniwersum i jako takie doskonale pełni swoją funkcję, dopinając wątki eksploatowane w ponad 20 tytułach cyklu. Jest też osiągnięciem monumentalnym, także w wymiarze czasowym, zważywszy na ponad trzygodzinny metraż, aczkolwiek tym, którzy zżymają się na ów rozmiar, polecam seans któregokolwiek z ośmiogodzinnych eposów filipińskiego twórcy Lava Diaza. Przed nami jeszcze premiera filmu Spiderman: Far from home, niemniej jednak druga odsłona dyptyku braci Russo jest autentycznym finałem przynajmniej tej fazy uniwersum, o czym twórcy dość powszechnie anonsowali w wywiadach. Oczywiście trudno sobie wyobrazić, aby potężne hollywoodzkie studio eliminowało ze swojego portfolio produkt, który generuje tak ogromne zyski, więc zapewne odpowiedni decydenci właśnie w tej chwili projektują kształt przyszłej franczyzy. Póki co jednak na horyzoncie nie widać klarownych perspektyw na realizację kolejnych indywidualnych produkcji poświęconych poszczególnym bohaterom, więc zapewne będziemy musieli uzbroić się w cierpliwość.

Pisanie o jakimkolwiek obrazie z tej sfery jest wyjątkowo trudne, albowiem na każdym kroku można spotkać się z zarzutem spoilerowania fabuły, co dotyczy nawet takich kwestii, jak szczególna konstrukcja tego typu filmów na czele z rytualnym wręcz motywem, jakim jest „scena po napisach”. Z ostrożności zatem umieszczę w tym miejscu zwrot: SPOILER ALERT.

Avengers: Koniec gry

Czwarta część sagi o drużynie Avengers (z uwagi na ścisłe powiązanie – także marketingowe – tego filmu z zeszłoroczną premierą często zapomina się o dwóch poprzednich filmach) może wydać się zaskakująca na wielu polach, w tym w szczególności dotyczyć to będzie samej przyjętej tutaj stylistyki i dynamiki narracji. Sam leitmotiv organizujący opowieść na tym tle jest jednak względnie spodziewany. Enuncjacje oraz supozycje odnośnie takiego rozwiązania  pojawiały się w sferze fanowskich spekulacji dość licznie. Jeśli chodzi o ulokowanie w obszarze gatunków, Avengers: Koniec gry jest jednocześnie dramatem psychologicznym, heist movie, batalistycznym widowiskiem, a ociera się miejscami także o schemat kina postapokaliptycznego. Konwencje te jednak nie mieszają się ze sobą, albowiem każdy z aktów fabuły definiowany jest właśnie poprzez wspomniany gatunek.

Jest to zabieg bardziej czysty i metodologiczny niż w poprzedniej produkcji, co powoduje jednak, że przez niemal połowę filmu Avengers: Koniec gry jest mało dynamiczną, a wręcz rozwlekłą rozprawką o przepracowaniu traumy i straty. Trzeba przy tym dodać, że nie jest to analiza jakoś szczególnie odkrywcza, zaś dialogi nużą banałem i wtórnością fraz, które niewiele wnoszą do rysunku psychologicznego protagonistów. Dla fanów przyzwyczajonych do nieprzerwanego tempa Wojny bez granic, która była jednym wielkim pościgiem, takie tempo może być negatywną niespodzianką. W jakiejś mierze jest to determinowane cliffhangerem, który wieńczył opowieść w ubiegłym roku. Ja sam nie odbieram zresztą takiego uspokojenia akcji ewidentnie źle jako środka samego w sobie. Siłą rzeczy też, po tym, jak anihilacji uległa połowa wszechświata, w tym też szereg superbohaterów, spektrum postaci jest dużo węższe, niż miało to miejsce w poprzedniej odsłonie.  Jest to w mojej ocenie miła odmiana po tym, co zwykle tego typu widowiska nam proponują, a jednocześnie preludium do tego, co twórcy zaoferowali widzom w drugiej połowie dramatu.

Avengers: Koniec gry

W kontekście tejże rozbudowanej sekwencji pojawił się tytuł mojej recenzji. Sama poetyka, w jakiej zainscenizowana została finałowa rozgrywka, przypomina wręcz batalistykę Tolkienowskich ekranizacji. Jednocześnie w porównaniu z Wojną bez granic sposób aranżacji kluczowej bitwy jest wręcz wtórny, stając się po prostu jej bardziej imponującą inkarnacją z pewnymi silniej zaakcentowanymi feministycznymi wtrętami.

Na tym tle wmontowanie do fabuły figury Kapitan Marvel, nieprzypadkowo eksponowanej przez wytwórnię na krótko przed premierą Końca gry, nie zmienia biegu wydarzeń tak diametralnie, jak można się było tego pierwotnie spodziewać. Dużo zgrabniejsze wydaje się wprowadzenie do opowieści dwóch postaci, które nie były obecne w Wojnie bez granic. Jedna z nich, notabene moja ulubiona, doczekała się już zresztą dwóch osobnych filmów, a jej obecność w tej realizacji wprowadza też dużo zawadiackiego humoru. Spodobało mi się również kreatywne potraktowanie dwójki bardziej kanonicznych Marvelowskich herosów. W odniesieniu do jednego bracia Russo posłużyli się wręcz kulturowo utrwalonym cytatem dotyczącym filmu Big Lebowski.

Całość tego gigantycznego widowiska z całą pewnością sprawi dużą przyjemność zaprzysięgłym fanom Marvela, aczkolwiek wrażenia z seansu nie będą jakoś szczególnie odkrywcze. Pytanie, czy obraz, który jest już tylko kolejnym trybikiem w dobrze naoliwionej maszynie, może być jeszcze choć trochę kreatywny i czy w ogóle twórcy mają takie aspiracje.

Avengers: Koniec gry

Film obejrzeliśmy dzięki Cinema City


Przeczytaj także:

Wielogłos o filmie Avengers: Wojna bez granic

Tekst publicystyczny: Kim właściwie są ci nowi w Avengers?

Recenzja książki Stan Lee. Człowiek-Marvel

Piątkowa ciekawostka o…: Marvel przed MCU

 

Podobne wpisy:

Gra aktorska 6.5
Scenariusz 6.5
Reżyseria 7
Strona wizualna 7
Muzyka 6
Emocje 7.5
6.8Ocena ogólna

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *