Książki,Recenzje

Nie potrafimy ochronić naszych dzieci – Fredrik Backman – „Miasto niedźwiedzia” [recenzja]

miasto niedźwiedzia
miasto niedźwiedzia

Są takie książki, które zdają się nam przeznaczone. Nie wiadomo, jak do tego dochodzi ani kto lub co o tym decyduje. Ale oczywistość takiego stanu rzeczy jest niepodważalna, kiedy już się ujawni. Kiedy dotrze do nas, że szukaliśmy tej właśnie  książki bardzo długo, a więc i ona musiała szukać nas. I teraz, kiedy nawzajem się odnaleźliśmy, musimy mieć świadomość, że rozstanie będzie bolesne i niestety nieuniknione. Na szczęście książki mają to do siebie, że można do nich wracać nieskończoną ilość razy. I choć już nigdy nie przeczytamy żadnej książki drugi raz po raz pierwszy, to ten pierwszy raz zostanie w nas na zawsze. Być może nas zmieni, być może nie, ale na pewno będzie niepowtarzalny. Długo sięgałam po Miasto niedźwiedzia, choć twórczość Frederika Backmana pokochałam już od pierwszej jego książki, którą przeczytałam – Pozdrawiam i przepraszam. Uczucie umocniła lektura Britt-Marie tu była. Odwlekałam ten moment chyba podświadomie, wiedząc, że już będąc w połowie książki, będę za nią tęsknić. Odwlekałam lekturę, bo, nie wiedząc o niej wiele (starałam się unikać wszelkich recenzji i spoilerów), wiedziałam podświadomie, że będzie mocna, intensywna, cholernie ciężka emocjonalnie. I cóż – nie pomyliłam się. Miasto niedźwiedzia to najlepsza książka, jaką przeczytałam w minionym roku, ale to nie znaczy zbyt wiele, bo 2020 rok nie był dla mnie pod tym względem łaskawy, czy raczej – to ja nie byłam w tym roku łaskawa dla książek. Miasto niedźwiedzia to jednak również jedna z najlepszych książek, jakie czytałam w ogóle. I z jednej strony żałuję, że już nigdy nie przeczytam jej po raz pierwszy, z drugiej cieszę się, każdą minioną sekundą, którą jej poświęciłam. Czy też raczej – którą ona mi podarowała.

Björnstad, w którym Miasto niedźwiedzia ma swój początek i koniec, to niewielkie miasteczko położone gdzieś na prowincji Szwecji. To miasteczko, w którym z jednej strony prawie wszyscy się znają, z drugiej jednak, możesz wtopić się w zaśnieżony krajobraz, w mróz i beznadzieję tak, by nikt cię nie zauważył, by nikt nie rozpoznał. Björnstad to miasto zapomniane nawet przez samego Boga – pod warunkiem, że w niego wierzysz. Trudno powiedzieć, jak to jest z religią u mieszkańców tego miasteczka. Z wiarą natomiast sprawa jest prosta. Björnstad to bowiem miasto hokeja i właśnie w niego wierzą mieszkańcy i to on właśnie daje im wiarę. W lepsze jutro, w odmianę losu, we wszystko. Tylko dzięki niemu niektórzy budzą się z uśmiechem na ustach, tylko dzięki niemu niektórzy budzą się w ogóle. Hokej to Björnstad. Björnstad to hokej. Tutaj żyje się sukcesami i porażkami miejscowej drużyny, więc Björnstad to miasto niedźwiedzia.  I nawet ci, którzy tego nie rozumieją – przyjezdni lub wżenieni w miasteczko – muszą to prędzej czy później zaakceptować. Inaczej w Björnstad się nie da. A jeśli komuś trudno zrozumieć, że sport może zastąpić religię lub wręcz się nią stać, przytoczę cytat z książki Franklina Foera Jak futbol wyjaśnia świat, czyli nieprawdopodobna teoria globalizacji:

Żydzi wierzyli, że futbol, a bardziej ogólnie – sport, wyzwoli ich od przemocy i tyranii antysemityzmu.

W Björnstad wszystko kręci się wokół hokeja i to ten sport właśnie jest szansą miasteczka na to, by fortuna choć w minimalnym stopniu się do niego uśmiechnęła. To hokej ma być ich wybawicielem, ma wyzwolić ich od biedy i zapomnienia. Jeśli hokej nie zapewni im rozgłosu, Björnstad zostanie zapomniane jeszcze bardziej, miejsca pracy zaczną się kurczyć, a ci, którzy będą mogli – po prostu wyjadą. Reszta? Reszta będzie trwać w swoistym letargu, bo nic więcej im już nie pozostanie. Zapadnie w zimowy sen, bo przecież Björnstad to miasto niedźwiedzia. Na razie jednak mieszkańcy żyją nadzieją na to, że juniorska drużyna hokeja wygra w nadchodzącym półfinale, a wtedy wygrany finał zapewni im rozgłos i pieniądze sponsorów. Całe miasto żyje ekscytacją i nadzieją. A najlepszy z zawodników Björnstad jest niemal celebrytą tego niewielkiego miasteczka. Wydawałoby się, że to ogromna presja, ale Kevin nie wydaje się nią przytłoczony. Nastolatek doskonale wie, w jakiej jest formie i na co go stać. Wie, że jeśli tylko nic nie stanie mu na przeszkodzie, a koledzy z drużyny okażą mu wsparcie – takie jak dotychczas – wygrają. Jednak, mimo że Kevin mieszka w jednym z najbogatszych, jeśli nie najbogatszym domu w całym Björnstad i nie musi martwić się o pieniądze, jego życie tylko z pozoru jest usłane różami. Chłopak wychowuje się w zasadzie sam, bo jego rodziców wiecznie nie ma. Ojca interesują wyłącznie jego sukcesy, a wszystko, co nie jest zwycięstwem stuprocentowym, uznaje za porażkę. Matka natomiast jest bierną postacią w ich wspólnej opowieści, cieniem męża – cichym i bezwolnym.

To, jak Kevin radzi sobie na lodowisku, jest w pewnym stopniu zasługą Benjiego. Kiedy obaj byli dzieciakami, Benji uratował Kevina przed bandą wściekłych hokeistów – i tak już zostało. Od tej pory są przyjaciółmi zarówno na lodowisku, jak i poza nim. Kevin jest najlepszy, ale to Benji pilnuje, by nic mu się nie stało, to on zapewnia mu swobodę ruchów na lodowisku. Benji nie pochodzi z tak uprzywilejowanej rodziny, jak jego przyjaciel, ale ma za to starsze siostry, które – choć stanowcze i na pierwszy rzut oka surowe – zawsze służą mu radą, ciepłem i troską. Podobnie jak ich mama. Benji jest niereformowalnie przystojny, ma w sobie urok niegrzecznego chłopca, a jego oczy lśnią blaskiem tego, który chadza własnymi drogami i którego nie sposób usidlić – co oczywiście przysparza mu nieprzyzwoitą ilość adoratorek. Jedną z nich jest Ana – nastolatka, która po rozwodzie rodziców mieszka z tatą i która powoli, stając się kobietą, zatraca swoją inność, zaczynając się jej wstydzić. Kiedyś była szalona, oryginalna, nietypowa. Dziś próbuje po prostu wtopić się w tłum, chce być normalna, chce przyciągać uwagę swoją atrakcyjnością, a nie innością. Utrata tej dziecięcej pasji i oryginalności bardzo boli jej najlepszą przyjaciółkę – Maję. Maja nie pasuje do Björnstad, bo nie interesuje się zbytnio hokejem (co nie znaczy, że nie interesuje się Kevinem) – całymi godzinami mogłaby za to grać na gitarze. Czasami brzękoli razem z tatą, którego już dawno prześcignęła w tej sztuce. Peter, tata Mai, nie mógłby natomiast mieć więcej wspólnego z hokejem. To jego była gwiazda, która przez kontuzję musiała zrezygnować ze światowej sławy. Po rodzinnej tragedii wrócił wraz z żoną i dziećmi do Björnstad, by objąć posadę dyrektora klubu sportowego. I choć Peter to dorosły mężczyzna, który przeżył niejedną traumę, na samą myśl o zbliżającym się półfinale robi mu się niedobrze ze stresu. Ale taki właśnie jest hokej. Wymaga od ciebie za dużo, ale ty i tak chcesz dać mu jeszcze więcej. Przynajmniej tak jest w Björnstad. Mira, żona Petera, długo tego nie rozumiała. Nie pochodzi stąd i wszyscy wiedzą, że nigdy nie będzie złączona z tym miastem w taki sposób, jak oni. Mira nie kocha hokeja, ale kocha swojego męża. Mira musi kochać hokej, bo tak jest w Björnstad.

Amat kocha hokej. Wszyscy współczują jego matce porodu, bo przecież chłopiec urodził się z łyżwami na stopach. Choć przyszedł na świat w miejscu, gdzie nie widuje się nawet śniegu. Amat gra w drużynie młodzików, ale ma nadzieję, że za rok zostanie wybrany do składu juniorów, w którym teraz grają Kevin i Benji. I Bobo, który dręczy Amata na szkolnych korytarzach. Amat to dobry chłopak. Jego schorowana matka sprząta codziennie bałagan na trybunach i w szatniach zawodników. Amat pomaga jej, jak może, uprzątając bałagan po kolegach, choć ona chyba o tym nie wie. A przynajmniej Amat ma taką nadzieję. Amat skrycie darzy uczuciem Maję, ale my już przecież wiemy, ku czyim oczom kieruje się jej wzrok na szkolnym korytarzu. Amat mieszka w Niecce, tam zatem, gdzie żyją najubożsi mieszkańcy Björnstad. Bo choć hokej łączy ich wszystkich – to nie wystarcza. Dzieli ich to, co wszystkich innych, w każdym innym mieście. Na trybunach i na lodowisku mogą przez chwilę być równi. Ale to tylko chwila.

Większość bohaterów Miasta niedźwiedzia to bardzo młodzi ludzie, którzy dopiero wkraczają w życie, którzy muszą się nauczyć w zasadzie wszystkiego – jak działa świat, jacy są ludzie, jacy są oni – bo nawet tego jeszcze dobrze nie wiedzą, co wkrótce ujawni się z całą swoją drastyczną i niewycofywalną mocą. W opozycji do nich stoi kilku dorosłych, których poznajemy bliżej. To ojciec Mai i Leo, a także jego żona, Mira, to także Ramona – wiekowa kobieta, prowadząca miejscowy bar, która od śmierci ukochanego męża nie opuściła domu i miejsca pracy. Ramona, która w pewnym stopniu przypomina nieco bohaterów Michaela Crummeya, takich jak chociażby Moses Sweetland. Jest jeszcze Sune – trener, który kieruje się w swojej pracy i życiu zasadami, które dla wielu są już nieaktualne, przeterminowane, niezdatne. Dni Sune’a jako trenera są już policzone i jest to tajemnica poliszynela. Podobnie jak to, że to Peter, który tak wiele mu zawdzięcza, będzie musiał mu o tym powiedzieć. Czy jednak życie Sune’a, po usunięciu mu jego serca, a tym dla niego jest hokej, będzie miało jeszcze jakiekolwiek znaczenie? Dzieciaki i młodzież Björnstad popełniają błędy, ranią siebie i innych, zatracają się w sporcie, bo nie wiedzą jeszcze, że poza nim jest coś jeszcze. Ale uczyli się przecież od dorosłych. A dorośli z Björnstad robią dokładnie to samo – zatracają się w hokeju, zamarzają i liczą na to, że sukces sprawi, że ich życia odtajeją, nawet jeśli ceną mają być bolesne odmrożenia.

Miasto niedźwiedzia nie jest długą powieścią, a bohaterów wydaje się bardzo wielu, tym bardziej że nie przedstawiłam wszystkich. Od samego początku Backman dość żwawo przeskakuje z wątku jednego na kolejny, i  choć oczywiście łączą się one ze sobą, to na początku pojawia się zagrożenie, że tych postaci jest zbyt wiele. Pisarz jednak zna magiczny przepis na to, by postacie się nie myliły, by czytelnik nie czuł przesytu ani przytłoczenia, a jedyne, co towarzyszy mu od samego początku lektury, to zaangażowanie, ciekawość i empatia. Poszczególni bohaterowie od razu zapadają nam w pamięć i wiemy, który czym się charakteryzuje. Każdy jest wyjątkowy i ma powieści coś do zaoferowania. Miasto niedźwiedzia ustrzegło się pustych postaci, niewzbogacających fabuły. To właśnie jedna z nadzwyczajnych cech tej książki, o którą wcale nie tak łatwo. Przez dość długi czas nie do końca wiadomo, do czego autor nas prowadzi, co będzie punktem zwrotnym i do czego dąży powieść. O czym tak naprawdę jest ta historia. Choć oczywiście, jak to w przypadku dobrych lektur bywa, nie ma tu jednego, dwóch czy kilku wątków lub tematów, w których zamyka się opowieść. Miasto niedźwiedzia to kopalnia tematów, gigantyczna tafla lodu, której porysowania to właśnie poruszane wątki i tematy. Najlepsze jednak jest to, że wcale nie jest ich za dużo, dzięki temu, że nie są wprowadzane na siłę, lecz pojawiają się naturalnie. Backman nie wprowadza danego bohatera lub nie kreuje jakiegoś wydarzenia, by poruszyć pewien problem – to problem ów pojawia się jako konsekwencja czynu. Dzięki temu powieść cechuje naturalność, prawdziwość, a czytelnik oddaje się jej w całości, zaprzepaszcza w niej, a momentami nawet tonie pod lodem, pod którym zamknięci są także bohaterowie.

To się zdarza rzadko, ale się zdarza. Moment, kiedy tak zatracimy się w lekturze, że nie jest nas w stanie nic od niej oderwać. Moment, kiedy niemal gubimy słowa, bo tak szybko pragniemy przewrócić strony. Nieczęsto zdarza się, że uczucie to walczy z drugim – z chęcią nieczytania dalej. Z lękiem przed tym, co wydarzy się na następnej stronie lub nawet za sto – ale my wiemy już, że wydarzy się coś złego. I chcemy jak najszybciej dowiedzieć się, co się wydarzy, a jednocześnie nie chcemy. Miotamy się, ślizgamy, wstajemy szybko i znów upadamy, ale ostatecznie przecież nie opuszczamy lektury. Bo to jest silniejsze od nas. Fredrik Backman ma niesamowity dar tworzenia powieści, podczas których czytania, w pewnym momencie nie wiemy – czy to my pochłaniamy je, czy to one wchłaniają nas. Świat, który wykreował pisarz w Mieście niedźwiedzia, jest zupełnie inny od naszego, a jednocześnie jest nam bardzo bliski. Bo choć zbudował go z lasów pokrytych śniegiem, niebezpiecznie niskich temperatur, błyszczącej tafli lodu i miłości do sportu tak wielkiej, że zrozumieć ją mogą tylko nieliczni, to jednak najważniejszym budulcem, fundamentem, na którym to wszystko oparł, są ludzkie emocje, problemy, upadki i starania. Backman opisuje je w taki sposób, że przyjmowałam je na siebie całkowicie. Wydawało mi się, że to właśnie ja płaczę, wijąc się u kolan pewnej nastolatki; że to na mnie zaraz spadnie grad ciosów kolegów z drużyny, że to ja mogę w każdej chwili nacisnąć spust.

Miasto niedźwiedzia to niezwykła opowieść o ludziach. O miłości, przyjaźni i sporcie. O tej przyjaźni, która kiełkuje tam, gdzie nikt by się jej nie spodziewał. Autor kilkukrotnie podkreśla, że nigdy nie ma się takich przyjaciół jak w wieku 15 lat. Pozwolę sobie z tym nie zgodzić, czerpiąc z własnych doświadczeń, ale wydaje mi się, że wiem, o co Backmanowi chodziło. Przyjaźń w tym wieku jest jeszcze czysta, jeszcze nikt nie wystawił jej na najcięższe próby, jeszcze życie nie zweryfikowało, czy była prawdziwa i jak była silna. To powieść także o tym, jak ważni są w życiu każdego człowieka rodzice i ich wsparcie. O dumie i upokorzeniu. O ranach, które nigdy się nie goją. O zemście i wybaczeniu. O wielkiej stracie i niesamowitym zaangażowaniu. O upadkach i wygrzebywaniu się ze zgliszczy. O walce o każdy oddech pod lodem, który napiera na nas z każdej strony. To powieść równie mrożąca, co rozgrzewająca. Pełna kontrastów, ale kontrastów, które płyną głównie z emocji czytelnika. To przypowieść o tym, jak społeczność potrafi być zaślepiona, jak potrafimy zaciekle bronić tych, którzy być może na to nie zasługują; o immunitetach, które rozdawane są nierówno – zresztą samo ich istnienie zdaje się już niesprawiedliwe. Zwłaszcza w białym, surowym, umierającym Björnstad. To opowieść o odwadze i miłości do drugiego człowieka – jego praw i bólu. To historia o niesamowitej sile sportu, sile, którą pozwalają zrozumieć właśnie takie historie jak ta. Dla niektórych sport to jedynie rozrywka, inni widzą go jedynie jako sposób zarabiania na życie, dla jeszcze innych to bezsensowna rywalizacja. Ale dla niektórych sport to całe życie, to oddech pierwszy i ostatni, to wiara, nadzieja i miłość, to zarówno powód, jak i przyczyna, akcja i reakcja, koniec i początek. Sport to sposób na życie, na miłość, na zwycięstwo i na pogodzenie się z porażką. Sport nie pyta o nic i dopóki dajemy z siebie wszystko – mamy szansę. Jest nieprzewidywalny i nie zawsze sprawiedliwy – i za to go kochamy. Jest nieobliczalny i niekonsekwentny – i to w nim uwielbiamy. Wyróżnia silnych i słabych, wysokich i niskich, nieskazitelnych i tych pełnych wad. Nie spisuje na straty, kiedy inni dawno to zrobili. Daje siłę, wymagając jej od nas. Daje nieśmiertelność. Choć tylko na chwilę.

 

– […] Co nam może dać sport? Poświęcamy mu całe życie i na co możemy liczyć w najlepszym wypadku? Kilka chwil… zwycięstw, kilka sekund, dzięki którym czujemy się więksi, niż w rzeczywistości jesteśmy, kilka odosobnionych momentów, gdy łudzimy się, że jesteśmy… nieśmiertelni. A przecież to kłamstwo. Nic z tego nie jest ważne.

– Jedyne, co daje nam sport, to chwile. Ale do cholery, czym więcej jest życie, jeśli nie chwilami?

 

O czymś podobnym pisał Podsiadło w wierszu Kadra na mecz z Francją została już powołana

 

choć piłkarz, gdy klęczy i płacząc, całuje złoty puchar,

wydaje się nam awatarem, buddą i świętym w getrach.

Lecz już za tydzień strzelając rzut karny chybia o pięć i pół metra.

 

Nieśmiertelność, jaką daje sport, jest złudna, bo chwilowa. Ale czy mamy szansę na jakąkolwiek inną? Tę niesamowitą siłę sportu, zjednoczenia, jakie daje i nadzieję, jaką niesie, opisał już Backman w powieści Britt-Marie tu była, która jest swego rodzaju spin-offem książki Pozdrawiam i przepraszam. Tam również sport był dla pewnego małego, zapomnianego przez Boga miasteczka jedyną odtrutką, jedynym lekiem, wybawieniem i zapomnieniem, nadzieją i szansą. Sport jednak ma w powieści Backmana także mroczne oblicze. Z całą mocą ukazana jest jego wręcz przerażająca potęga, która potrafi być tak samo niszczycielska, jak budująca. Parafrazując tytuł książki Michała Okońskiego, trzeba powiedzieć głośno – sport jest okrutny. I piękny jednocześnie. I chyba właśnie te ambiwalentne uczucia, jakie wzbudza, sprawiają, że zawsze będzie miał nad nami jakąś władzę.

Miasto niedźwiedzia to także przerażająca opowieść o tym, że nie potrafimy ochronić naszych dzieci. Cokolwiek byśmy zrobili, cokolwiek postanowili, jakich murów byśmy wokół nich nie zbudowali, jedno jest pewne – nie potrafimy ochronić naszych dzieci.

Nie potrafimy ochronić naszych dzieci nie potrafimy ochronić naszych dzieci nie potrafimy ochronić naszych dzieci.

W powyższym cytacie nie ma kropek. Bo nie może ich tam być. Bo ta myśl, choć ma swój początek, i zazwyczaj jest on zaznaczony dość wyraźnie, bo wiemy i zapamiętujemy moment, kiedy myśl ta zakiełkowała w nas po raz pierwszy, to nigdy się ona nie kończy. Nie przestaje wybrzmiewać, skrzeczeć, piszczeć, zgrzytać, wyć. Nie ma w niej pauz, nie ma znaków przestankowych. To myśl nieskończona, zapętlona nuta, która raz wybrzmiawszy, nie opuszcza człowieka już nigdy. Nie potrafimy ochronić naszych dzieci. Przed kulą, przed złamanym sercem, przed chorobą, przed bólem, przed upadkiem, przed niezrozumieniem, przed nietolerancją, przed śmiercią. Nie potrafimy ochronić naszych dzieci. 

Fredrik Backman stworzył powieść, która żyje w czytelniku. Żyje w nim podczas lektury i długo po niej. Żyje trochę własnym życiem, a trochę łączy się z naszym własnym. Akcja jest wartka, bohaterowie niesamowicie realni i ważni, nawet jeśli nie mają znacznego wpływu na fabułę, bo każdy jest wykreowany w niesamowity sposób, każdy jest zadbany, dopieszczony, każdy coś znaczy i coś do lektury wnosi. Dlaczego tak się dzieje? Bo Backman naprawdę stworzył Björnstad i jego społeczność. Nie tylko wykreował w wyobraźni i przelał na papier, ale stworzył ich niemal namacalnych, z krwi i kości. A w Björnstad każdy jest ważny, każdy (nawet jeśli o tym nie wie) ma swoją rolę do odegrania. Dlatego tak dobrze odczuwa to także czytelnik. Jednak najważniejsze nie są wydarzenia (choć są szalenie ważne!), nie dialogi bohaterów (choć zasługują na uznanie), ale przemyślenia i refleksje poszczególnych postaci. Ich potok myśli, który nierzadko robi się niepokojący, bo łudząco podobny do naszego – niekiedy po prostu stapiając się z nim w jedno. Dlatego też bardzo obawiałam się tego, jak wypadnie serial będący  adaptacją powieści Backmana. Produkcja miała swoją premierę 18 października 2020 roku na HBO, a ja zwlekałam z seansem, bo nie wyobrażałam sobie, by najpierw nie przeczytać książki. Obecnie jestem po pierwszym odcinku i niestety jestem zawiedziona. Serial sam w sobie jest dobry, ale zostało w nim tak wiele zmienione, że zdaje się jedynie luźno inspirować powieścią. Być może jednak kolejne epizody sprawią, że dołączę do grona tych, którzy serialowi wystawiają całkiem wysokie oceny.

Backman zostawia czytelnika ze słodko-gorzkim zakończeniem. Otwartym w takim stopniu, w jakim otwarte jest życie. W jakim otwarta i nieprzewidziana, choć zmierzająca w jednym kierunku  jest przyszłość. Po niesamowitym napięciu nie dał mi oczyszczającej, uspokajającej, wyciszającej ulgi. Dał wytchnienie, ale tylko chwilowe. Bo chwilę po opuszczeniu Miasta niedźwiedzia zaczęłam od początku przeżywać to, co spotkało jego bohaterów. Zastanawiać się i rozważać. Björnstad wrosło we mnie, podobnie jak pozostałe książki Backmana, ale jednak wrosło w szczególny sposób. Za dużo w nim emocji, by nie targały mną na nowo. Za dużo ludzkich dramatów i w sposób niesamowicie naturalny i szczery przedstawionych, by mnie nie dotknęły, bym nie współodczuwała z bohaterami. Przejęłam ich ból i tęsknotę, choć nie wiem dokładnie, kiedy to się stało. Utknęłam pod taflą lodu – nie wiem, na jak długo. To zwyczajna książka – nie łudźcie się, że traficie na odkrywczy traktat o życiu, na rozważania, które odmienią Wasze życie. Ale Miasto niedźwiedzia ma w sobie coś  takiego, że nie potrzebuje być ani oryginalne, ani wyjątkowe. Choć wyjątkowe jest – przynajmniej dla mnie. To opowieść o Björnstad i tylko o nim. To opowieść o nas i tylko o nas. O tym, że nie potrafimy ochronić naszych dzieci. A skoro wszyscy jesteśmy czyimiś dziećmi, to wszyscy jesteśmy wystawieni na ostrzał. Ale taki jest właśnie sport i takie jest życie. Przed którym nie potrafimy ochronić siebie. Ani naszych dzieci.

Fot.: Sonia Draga


 

Podobne wpisy:

Avatar

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *