Filmy,Recenzje

Gacie se zmieńcie – Barbara Białowąs, Tomasz Mandes – „365 dni” [recenzja]

365 dni
365 dni

My, kobiety w Polsce, nie mamy łatwo. Jesteśmy bowiem zbyt nieśmiałe i zahukane, by jasno wyrażać swoje seksualne preferencje, a co za tym idzie – by dostawać taką przyjemność, na jaką po pierwsze (według nas samych) zasługujemy, a po drugie – jaka nas zaspokoi i będzie spełnieniem naszych fantazji. Problem w tym, że jesteśmy zniewolone przez pruderię i nijakie życie kur domowych, nie wiemy więc nawet za bardzo, o czym fantazjować. Na szczęście z pomocą przychodzi nam literatura i Blanka Lipińska, która doskonale wie, czego potrzebują polskie i zapewne nie tylko polskie, kobiety. Na drugie szczęście powieść 365 dni (recenzję znajdziecie tutaj) autorstwa wspomnianej wyżej feministki XXI wieku (jak sama Lipińska się określa, np. w tym wywiadzie) sprzedała się tak dobrze, że nie musieliśmy (nie musiałyśmy – w końcu to nam, uciśnionym przez brak porządnego seksu kobietom Lipińska ruszyła na ratunek) czekać długo, by porywająca, mafijno-erotyczna historia Laury i Massima została przeniesiona na wielki ekran. Teraz z niecierpliwością czekając na przyznanie polskiej produkcji soczystej nagrody w postaci Złotych Malin, do których film 365 dni został nominowany w aż sześciu kategoriach, można na spokojnie podyskutować o niniejszym dziele. Nagrody zostaną przyznane już jutro, 24 kwietnia.

Skąd padły strzały?

Zanim film wszedł do kin, a potem szturmem podbił Netflixa, wszyscy zainteresowani zastanawiali się, jak wypadnie dziecko Lipińskiej na srebrnym ekranie. Czy będzie polskim Greyem? Czy będzie może naiwne, ale podniecające i ożywi nasze skołatane domowymi sprawami serca? Jak sprawdzą się aktorzy? Jak mocne będą sceny seksu? Czy będziemy się wstydzić tej produkcji? A potem 365 dni miało premierę i większość widzów, nawet tych, którzy nie dotrwali do końca seansu, zaczęło gorączkowo zadawać sobie pytanie: skąd padły strzały? Bo film zaczyna się sceną mafijnych spraw Massima, którego ciało wyrzeźbione przez samego boga (słowa Laury), miało przyciągnąć nas przed ekrany. I podczas tej sceny widzimy, że zabawa w mafię ma miejsce na Lampedusie, a dokładnie w miejscu, które kamera objeżdża dookoła, dając nam doskonały widok na to, że nie ma dookoła nie tyle żywego ducha, ile miejsca na owego, bo niemal wszędzie jest woda. A przecież strzały padają, bo ojciec Massima umiera, a jego pogrążony w rozpaczy syn również zostaje raniony. Skąd? Jak? Musimy zostawić to naszej wyobraźni. Na szczęście my, polskie kury domowe, mamy jej pod dostatkiem. Cóż innego bowiem nam pozostaje? 

Tacy sami

Następna scena to „oryginalne” zestawienie mające na celu pokazać, jak podobni do siebie są główni bohaterowie. Dzięki temu wiemy o tym, jeszcze zanim oni się poznają. Widzimy więc Włocha, który nie cofnie się przed niczym w sprawach rodzinnego biznesu i Laurę, która ma jaja i wykorzystuje je w swojej pracy. Potem widzimy Massima, który gwałci oralnie stewardesę, a także Laurę, która niezaspokojona przez swojego Sebę o imieniu Martin, sięga po rekwizyt, który daje jej oczekiwaną przyjemność. To zestawienie wypada faktycznie idealnie, bo podkreśla fakt, że obydwoje się poniekąd masturbują. O ile Laura robi to świadomie, o tyle jej przyszły kochanek pewnie zdziwiłby się na takie określenie, bo przecież nie robi sobie dobrze sam, tylko robi mu to kobieta. No tak, ale jest ona dla niego w takim samym stopniu przedmiotem, jak dla Laury jej zabawka. Pytanie tylko, czy zostało to zestawione ze sobą właśnie po to, by nam to uświadomić? Szczerze wątpię. Raczej mieliśmy zobaczyć, jak temperamenty seksualne tych dwojga są do siebie podobne.

365 dni

Taka rola magika

Kiedy w końcu główni bohaterowie się spotykają, jest to moment magiczny. I to dosłownie. Ona spędza we Włoszech wakacje i obchodzi urodziny. Ale nagle musi skorzystać z toalety. Traf chce, że ta znajduje się za jakimś labiryntem pałacowych ogrodów. Wokół nie ma żywego ducha. I nagle Laura odwraca się  na pięcie i potyka się o umięśnioną klatę Massimo. Znów ten sam schemat. Nikogo wokół, ale strzały amora padły z niewiadomego kierunku. Massimo pojawia się i znika jeszcze kilka razy. No po prostu magia. Ona nie wie, kim on jest. On jednak doskonale ją zna, bo kiedy został raniony wtedy, na Lampedusie, zobaczył jej twarz. I od tamtej pory wszędzie wiszą portrety Laury. Mafijne fantasy jak się patrzy.

Boję się, ale dyszę z pożądania

Laura kłóci się z Martinem, bo ten nie uczcił w odpowiedni sposób jej urodzin. I ogólnie jej nie szanuje i nie zaspokaja. Ucieka, a po drodze porywa ją Massimo, który daje jej 365 dni na to, aby się w nim zakochała. Jeśli ona tego nie zrobi, jak przystało na gangstera – zwróci jej wolność. Laura na początku trochę się złości, ale szybko ulega czarowi Massima, do czego w dużym stopniu przyczynia się wspólny prysznic, pod którym nie może oderwać wzroku od penisa swojego porywacza. Zresztą, nawet jak Laura jest zła na Massima i boi się, to – jak przystało na ofiarę – dyszy z pożądania, gdy tylko Włoch zbliża się ciałem do jej ciała. Bo ich dusze zbliżyły się rzecz jasna wtedy, na Lampedusie – wbrew woli Laury, ale taki już jest ten nasz Włoch. Ach, typowy Massimo! Uroczy łajdak. Komuż z nas nie zdarzyło się prawie udusić kochanki swoim przyrodzeniem? Będzie co wnukom opowiadać, zamiast na starość żałować, że się nie szalało!

365 dni

Zepchnij, uratuj – jestem twoja

W międzyczasie Massimo zabiera wystraszoną, odciętą z dnia na dzień od rodziny i uwięzioną w innym kraju Laurę na zakupy, a ta, jak przystało na przerażoną, porwaną kobietę – przymierza z uśmiechem kolejne kiecki, buty, erotyczną bieliznę. Ochrona Massima nie ma już rąk na kolejne torby z ciuchami, ale przecież sami wybrali gangsterskie życie, więc czego się spodziewali? Laura szybko odnajduje się w roli ofiary. Nie zamierza leżeć przerażona w łóżku i czekać aż minie 365 dni. Zamiast tego woli robić się na bóstwo i kusić uzbrojonego Włocha i wyprowadzać go z równowagi. Ale w końcu kto by się biednej kobiecie dziwił. Nie od dziś wiadomo, że najlepszą obroną jest atak. Pewnie każda z nas tak właśnie by zrobiła, gdyby została porwana – prowokowała porywacza na każdy możliwy sposób. Nie wiem, ile mija dni – 5, 10, 15? W każdym razie po kolejnej prowokacji Laura i Massimo znowu się kłócą, a że są akurat na jachcie, kobieta nie ma dokąd uciec i biegnie prosto na reling. Massimo chyba nie wie, że otacza ich woda, a jacht właśnie się skończył, bo pyta się Laury trzy razy: „Dokąd idziesz?”. Potem się szarpią i Laura wpada do wody. Massimo skacze za nią, a potem uprawiają namiętny seks, bo Laura musi się odwdzięczyć za to, że Włoch uratował jej życie. 

O mój rozmarynie…

Potem jest kilka scen seksu, zawsze przy akompaniamencie jakiejś głośnej piosenki. Takiej wiecie, pasującej do obopólnego orgazmu. Ale sielankę przerywają problemy. Bo nie dość, że pojawia się była kochanka Massima, to jeszcze nagle rodzina mafijna, którą zdążyła wkurzyć Laura, chce wyrównać rachunki. Laura zostaje więc odesłana do Warszawy i bardzo się złości, bo przecież nie minęło jeszcze 365 dni, więc co ten Massimo jej insynuuje? Nie taka była umowa. Potem Massimo wraca z raną wojenną, a Lura wyznaje mu miłość. Ale to nie koniec kłopotów. Twórcy zostawiają na koniec dwa smaczki, które mają trzymać nas w podnieceniu w oczekiwaniu na ekranizację drugiej części. 

365 dni

Chuj z Massimami, Martinami i innymi mozzarellami

365 dni to zły film, który źle się ogląda. Nie sprawdza się nawet jako wieczorna rozrywka, nie sprawdza się nawet jako guilty pleasure, nie sprawdza się nawet jako film obejrzany dla tak zwanej beki. Jest chaotyczny i nie posiada w zasadzie żadnego wyrazu. Stanowi zlepek scen, które być może ktoś za coś doceni. Np. za zdjęcia. Ja nie potrafię. Dialogi są fatalne, co najlepiej obrazują sceny, podczas których Laura rozmawia ze swoją przyjaciółką Olgą. Olga to postać żywcem wyjęta z filmów Patryka Vegi i mówię to, będąc pewna prawdziwości tych słów, a nie widziałam nigdy w całości żadnego filmu tego reżysera. To ona wypowiada również słowa, które posłużyły mi za tytuł tego akapitu. I cóż, trzeba przyznać jedno – akurat tutaj się z nią zgadzam. Fabuła filmu, podobnie jak i książki, jest po prostu absurdalna. W dodatku nie brakuje w niej dziur logicznych i skakania po scenach. Tu trochę seksu, tam zakupy, tu trochę złości, tu ujęcie na jakiś ładny widoczek, tu klata Massimo, tu cycek Laury. Scenariusz cuchnie banałem, a każda scena zdaje się ograna już po tysiąckroć. Scena zakupów Laury? Błagam – widziałam to już tyle razy… Wpadająca w ucho muzyka, ona przymierza, on się nudzi, ona w kolejnych kreacjach, obraca się, ogląda w lustrze, jest wesoło i kolorowo. Ziewam, zamiast się podniecić.

Rewolucja seksualna

Jeśli chodzi o sceny seksu, czyli to, na co pewnie część widowni poszła w głównej mierze, to nie widzę w nich nic odkrywczego, nic, co by mnie w jakiś sposób zaskoczyło lub zniesmaczyło (a już to byłoby jakimś urozmaiceniem), nic, co by mnie – zmierzając do sedna – podnieciło. A czy nie o to powinno chodzić? Skoro już fabuła jest do kitu, skoro postaci są płaskie do bólu, a dialogi przyprawiają o dreszcze, to niech chociaż film spełni swoje zadanie jako erotyk i niech rozbudzi we mnie trochę pożądania! Ale gdzie tam. Nawet nie wiem dlaczego, ale oglądałam te wygibasy Massima i Laury z totalną obojętnością. Gdzie więc ta seksualna rewolucja, którą zapowiedziała Blanka Lipińska? Nie wiem, ale błagam, nie każcie mi jej kolejny raz szukać. Ja już swoje wycierpiałam.

Ja to wybrałem i ja zdecyduję, kiedy będę to oglądać

Powyższe słowa wypowiada Massimo po tym, kiedy Laura ubrana w bieliznę od niego grozi, że mężczyzna już nigdy tego kompletu nie zobaczy. Na szczęście te słowa może wypowiedzieć również każdy widz, który dobrowolnie odpalił ten tytuł na Netflixie – bo jego jedyną zaletą jest to, że to my decydujemy, kiedy będziemy go oglądać, a więc również – kiedy przestaniemy. Wszystko w tym filmie jest jakieś takie… infantylne. Paradoksalnie i wbrew słowom autorki literackiego pierwowzoru, 365 dni jawi się nie jako fantazja kur domowych, które tylko czekają, aż ktoś je weźmie na zlewozmywaku, tylko samej Blanki, która zdaje się marzyć po prostu o bogatym, silnym mężczyźnie, który owszem – weźmie ją siłą, ale ostatecznie zapłaci za wszystkie zakupy i poprosi o rękę. Brakuje tylko białego konia. 

Taki z niego ogier

A skoro już przy koniach jesteśmy… Jeśli chodzi o sam dobór aktorów, to tu oczywiście wszystko zależy od osobistych gustów i preferencji. Mnie cieszy, że do roli Laury Biel nie została wybrana jakaś biuściasta blondynka, tylko na pierwszy rzut oka niepozorna, ale przecież piękna Anna-Maria Sieklucka, której nie można odmówić seksapilu, który łączy się w jej urodzie z eterycznością i delikatnością, a takie zestawienie podobno na mężczyzn działa najbardziej (stąd u Marylin Monroe czerwone usta – seksapil – i makijaż oczu, który miał podkreślać jej dziecięcą niewinność). Co do gry Siekluckiej nie jestem w stanie powiedzieć ani nic dobrego, ani nic wyjątkowo negatywnego. Na pewno niektóre sceny wymagały od niej odwagi, ale to żadna nowość, biorąc pod uwagę gatunek filmu. Były sceny, w których moja opinia o jej grze była neutralna, były również takie, w których wydawała się bardzo sztuczna (histeryczna scena, kiedy Laura nie chce wsiąść do samolotu). A Massimo? Michele Morrone nie wpisuje się akurat w mój gust, jeśli chodzi o mężczyzn, a jego ogromne nozdrza czasami wyprowadzały mnie z równowagi (w negatywnym – uściślijmy – sensie), ale być może chodziło to, by podkreślić, jaki z niego ogier. Oczywiście nie można mu odmówić tego, że jest umięśniony i pod tym względem na pewno atrakcyjny, więc jeśli dla kogo twarz Włocha była równie seksowna, to na pewno miał na czym oko zawiesić. Co do reszty obsady 365 dni… Nikt więcej tutaj nie wybija się na pierwszy plan, więc trudno cokolwiek powiedzieć o innych aktorach. No, może poza wspomnianą już Olgą, czyli Magdaleną Lamparską. Jej rola wybitnie działała mi na nerwy. Nie wiem, w jakim stopniu to jej gra, a w jakim po prostu takie wskazówki i scenariusz dostała, ale każdorazowo jej pojawienie się na ekranie przyprawiało mnie o mdłości. A że Laura i Olo to w zasadzie jedyne kobiety, które pojawiają się na dłużej na ekranie, obraz płci pięknej nie rysuje się w filmie Barbary Białowąs zbyt optymistycznie. 

365 dni

Gacie se zmień

Te słowa wypowiada Olga, kiedy zrozpaczona Laura informuje przyjaciółkę, że musi coś w swoim życiu zmienić. Ostatecznie jednak wybierają złoty środek – coś pomiędzy stylem życia a gaciami – i jadą do fryzjera. Bo każda współczesna kobieta feministka, kiedy chce coś zmienić w życiu, musi zmienić fryzurę. Lata ewolucji, nic już na to nie poradzimy. I już samo to nie byłoby nawet tak żałosne, gdyby nie to, że Laura wychodzi z tej przemiany wystylizowana na…  tak, Blankę Lipińską. Zaraz… To czyją w końcu fantazję oglądamy? 

Massimo prawie cały film ma ten sam wyraz twarzy. Laura w wielu scenach też. Być może sama Lipińską również. I działa to chyba podobnie jak ziewanie, bo i ja miałam przez cały seans tę samą minę – znudzoną. Po prostu. Czasami zdarzył mi się jakiś facepalm, ale zazwyczaj nawet na to nie chciało mi się tracić czasu. 365 dni to brzydki film. Ale nie w taki sposób, w jaki brzydkie mogą być erotyki i to jest dobre. Bo TO nie jest dobre. TO film nieładny, który trudno się ogląda. Infantylny, banalny do bólu i przewidywalny. Nie zrewolucjonizuje niczyjego życia ani niczyjego seksu. Technicznie nie jest zły i widać, że poszło na jego realizację trochę pieniędzy, ale to go nijak nie ratuje. To w gruncie rzeczy naiwna opowieść o miłości, stworzona na tej samej bazie, co Śpiąca Królewna czy Kopciuszek. To marzenie o księciu na białym koniu. Jedyna różnica polega na tym, że książę jest nagi, a koń ma inne przeznaczenie. 

365 dni

Jeśli więc pragniecie zmienić coś w swoim seksie i liczycie, że seans 365 dni Wam to ułatwi lub wręcz Was w tym wyręczy – zawiedziecie się. To już lepiej – cytując Olo – gacie se zmieńcie. Będzie z tego więcej pożytku.

PS Na koniec słowo odnośnie do Złotych Malin i ogólnoświatowego sukcesu omawianego filmu. Myślę, że „dzieło” Białowąs i Mandesa ma spore szanse na zgarnięcie większości malinek, do których jest nominowane. Najgorszy scenariusz? Jestem za! Najgorszy film? Chętnie przyklasnę. Najgorszy reżyser? Nie mam nic przeciwko. Najgorszy sequel lub zrzynka? Zwycięstwo gwarantowane. Ale, ale! Zarówno Lipińska, jak i Sieklucka ogłaszały, że nie tylko nie wstydzą się owych nominacji, ale wręcz zachwycił je fakt, że polski film startuje w tym prestiżowym konkursie (po raz pierwszy w historii – dodajmy). Autorka literackiego pierwowzoru powiedziała nawet:

Moim marzeniem było dostać tę nagrodę. Trzymajcie mocno kciuki, by chociaż jedna trafiła w moje ręce. W moim odczuciu to żaden obciach, a wręcz przywilej stać na równi z produkcjami z Hollywood. Miki rywalizuje z De Niro, Ama z Drew Barrymore czy Katie Holmes. No to gdzie powód do smutku?

Jeśli dla Blanki Lipińskiej o prestiżu i sukcesie świadczy to, w jakim towarzystwie i obok jakich nazwisk się pojawiamy, to ja wiem już o tej pani bardzo wiele. Na pewno na osobie wysokiego sądu również spore wrażenie robi fakt, że nazwisko oskarżonego może od teraz pojawiać się obok wybitnego Polańskiego. No to gdzie powód do smutku?

Można 365 dni wyśmiewać, można nazwać go najgorszym szlamem. Jednak żaden nasz grymas ani gromki śmiech nie zmieni jednego – film okazał się sukcesem finansowym, a zarówno aktorzy, jak i Lipińska zyskali i popularność i forsę. Można się więc śmiać z samego filmu i z Malin. Ale tych pieniędzy już im nikt nie odbierze.

Fot.: Next Film


365 dni – trzymamy kciuki! Te maliny się należą.

Podobne wpisy:

Pomysł:0
Problematyka:0.5
Scenariusz:0.5
Aktorstwo:3.5
Emocje:0.5
Przyjemność z oglądania:0
0.8Ocena ogólna

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *