Muzyka,Recenzje

Bardziej czyściec aniżeli piekło – Betrayer – “Infernum In Terra” [recenzja]

To nie tak miało być. To miał być triumfalny powrót w glorii i chwale jednego z prekursorów polskiej muzyki ekstremalnej. Jednak to co było modne w metalowym podziemiu dwadzieścia lat temu, dzisiaj jest lekko zaśniedziałe i rozsiewa dookoła woń, nomen omen, trupią. Reaktywowany Betrayer na Infernum In Terra pokazuje 35 minut solidnego, oldschoolowego death metalu. Niestety, współczesna polska scena ekstremalna uciekła im o lata świetlne.

Materiał mocno osadzony został w latach dziewięćdziesiątych. Charakterystyczne brzmienie, riffy, no i nawiązania stylistyczne do Morbid Angel. Nawet, skądinąd sympatyczna, okładka jest jakby wyjęta z ostatniej dekady XX wieku. Niestety sama produkcja albumu mocno kuleje. Bębny brzmią płasko, a gitary i bas sucho; są po prostu pozbawione mocy, tego mięsa, które powodowałoby szarpanie za przegub. Szkoda, bo tracą przez to same kompozycje.

Kawałki zgromadzone na Infernum In Terra nie są same w sobie najgorsze. Ba! To całkiem solidne death metalowe ciosy między oczy. Bez fajerwerków, ale taki Evil Divine, to konkretny wyziew z mocnym growlem Beriala, z wszechobecnymi blastami i pewną ilością… melodii. Tak, tak, nie przejęzyczyłem się, bo coś w tym jest. No i zwolnienia, które wgniatałyby w fotel, gdyby nie paskudne, płaskie brzmienie. Szkoda.

Strike The Earth na pewno spowoduje uśmiech na twarzy zwolenników starej szkoły grania death metalu. Zmiany tempa, zabójcze rytmy i doskonały refren. Zostaje długo w pamięci. Demonrise mógłby znowu zachwycić zwolnieniami, lecz już wiemy, dlaczego tego nie zrobi. Ten kawałek za to przynosi riffy, których Krzysztof „Tubaya” Tubaja bynajmniej nie będzie się wstydzić. Pokazują one, że gitarzysta Betrayer to konkretny metalowy rzemieślnik.

Niestety, im dalej w głąb płyty, tym zaczyna się robić mniej ciekawie. Blasphemous Me to pięć minut bez większej historii. No, może szaleńcze solówki gitarowe mogą się spodobać. Eternal Oblivion jako akustyczny przerywnik jest moim zdaniem kompletnie niepasujący i w tym miejscu płyty niepotrzebny. Repent to dwie i pół minuty jazdy na złamanie karku. Z tego krajobrazu może się podobać zachowany w wolniejszym tempie Burn With Me (Fire), w którym muzycy konkretnie kombinują ze zmianami tempa i klimatu. Robi się nagle ciekawie, nieprzewidywalnie i cały, ponad sześciominutowy kawałek po prostu przykuwa do głośników. Beware z perkusją niczym z AK 47 wydaje się, że będzie koncertowym killerem, a Touch of Azazel daje się zapamiętać dzięki wokalnym partiom Beriala. Czyli koniec płyty okazał się całkiem niezły w porównaniu do miernego środka.

Betrayer – Evil Divine (official single)

Mam nadzieje, że Betrayer nie skończy jak Hazael i nie zawiesi działalności po pierwszej, jakże chłodno i z rezerwą przyjętej przez metalową brać, wydanej przez nich sztuce, jakim był fatalny singiel zatytułowany Dying Sky (chociaż tłumaczenia zespołu o powodach zawieszeniu działalności były zgoła odmienne). Bo Infernum In Terra daje nadzieje, że zespół się odnajdzie w nowej rzeczywistości i przyciągnie do siebie nowych zwolenników, nie tylko tych zakochanych w latach dziewięćdziesiątych. Bo jeśli na kolejnym krążku zespół pójdzie w stylistycznym kierunku kawałków, jak Burn With Me (Fire), to muzycy spokojnie będą mogli się ponownie poczuć częścią polskiej ekstraklasy w ekstremalnym metalu. Dobrze, że marka Betrayer powróciła do obiegu.

Fot.: Mystic Production.

Na Głosie Kultury odpowiedzialny za pisanie o muzyce. Kontakt: redakcja@gloskultury.pl lub pozar.j@gmail.com