Nowy świt

Bezpieczna książka dla każdego – John Jackson Miller – „Star Wars. Nowy świt” [recenzja]

W 2016 roku wydawnictwo Uroboros zwolniło nieco tempo wypuszczania kolejnych historii z uniwersum Gwiezdnych wojen. Nowy świt jest pierwszą książką, jaka ukazała się w tym roku, ale ogólnie już piątą powieścią wydaną w Polsce. Jest to też książka, która w oryginale miała dwa podstawowe zadania – otworzyć nowy kanon i wprowadzić przyszłych widzów w nadchodzący serial Rebelianci. Polski czytelnik podchodzi zatem do tej opowieści z zupełnie innymi oczekiwaniami. Aktualnie serial Rebelianci ma już dwa sezony, nowy kanon Gwiezdnych wojen poznaliśmy dość dobrze. Czy w związku z tym książka ma coś do zaoferowania rodzimym czytelnikom? Jako rozbudowa serialu wypada umiarkowanie dobrze, ale pozbawiona presji nowego startu, bardzo ciekawie sprawdza się w roli zwykłej, małej cegiełki budującej ten wielki świat.

Nowy świt napisał John Jackson Miller, autor z bardzo dużym bagażem w starym, rozszerzonym uniwersum Gwiezdnych wojen. Miller odpowiadał m.in. za komiksy Rycerze Starej Republiki Knight Errant oraz książki Zaginione plemię Sithów, Błędny rycerzKenobi. Miałem przyjemność czytać większość z jego gwiezdnowojennego dorobku i wszystko trafiało w mój gust. Jest to autor, który pisze dość prosto, bez zbędnych komplikacji, potrafi przedstawić ciekawą historię, jednocześnie dobrze budując świat, w którym się ona rozgrywa. Jest to też pisarz obyty w tym uniwersum i moim zdaniem to był bardzo dobry wybór na nowy start.

Zresztą, jak widać po lekturze, ludzie odpowiedzialni za budowanie nowego kanonu wystartowali bardzo bezpiecznie. W przypadku książek miała miejsce sytuacja analogiczna do kinowego Przebudzenia Mocy. Nowy świt serwuje nam szybką, pełną akcji przygodówkę, niemieszającą wiele w całym uniwersum, bazującą na znanych i ogranych chwytach z niskim progiem wejścia dla nowych czytelników – książkę dla każdego; powieść, którą można przeczytać, dobrze się przy tym bawiąc, odłożyć na półkę i już nigdy nie wracać do tego świata.

Głównymi bohaterami są Kanan Jarrus i Hera Syndulla. Ten pierwszy to niedoszły rycerz Jedi. Dawny padawan, który na skutek rozkazu 66 nie ukończył szkolenia. Od tego czasu ukrywa się i spędza czas na tułaczce po galaktyce. Ima się różnych zajęć. Jest stałym bywalcem lokalnych barów. Nie stroni od mocnych trunków i pięknych kobiet. Kreuje się na awanturnika, któremu na niczym i nikim nie zależy, ale jego czyny pokazują, że w rzeczywistości jest nieco inaczej. Kanana nie sposób nie polubić. To typowy bohater tego rodzaju przygodowych historii. Jest skrzyżowaniem Hana Solo z młodym Obi-Wanem (przy proporcjach na korzyść tego pierwszego, gdyż samej Mocy i sztuczek Jedi jest tutaj tyle co nic). Na przestrzeni kolejnych rozdziałów rozrzucono nam kilka strzępków składających się na lekki zarys genezy tego bohatera. Cofamy się zatem do okresu schyłku Starej Republiki, do świątyni Jedi i nauk ówczesnych mistrzów. Natomiast Hera Syndula, buntownicza Twi’lekanka, córka znanego m.in. z wydanej już u nas książki Lordowie Sithów, Chama Syndulli, to znacznie bardziej tajemnicza postać. Jej historia nie zostaje odkryta przed czytelnikiem, a i z bieżących wydarzeń nie dowiadujemy się wiele na jej temat. Relacje między tymi bohaterami, na tym etapie są zupełnie inne, niż kiedy poznajemy ich (czy też wracamy do nich, w zależności od tego, w jakiej kolejności zabieramy się za te opowieści) w serialu Rebelianci. Jest to ponownie typowa relacja, jaką znamy choćby ze związku Han-Leia czy dziesiątek innych awanturników poznających wojowniczą kobietę w opałach. Sztampowe, oklepane, ale gra, jak należy i sprawdza się w danej historii.

Akcja książki rozgrywa się w jednym układzie, na górniczej planecie Gorse i jej księżycu Cyndzie. Lokalni robotnicy zajmują się wydobyciem surowca niezbędnego do budowy imperialnych krążowników i aktualnie Kanan jest jednym z takich pracowników. Niespodziewanie do układu przybywa imperialna inspekcja, co zgrywa się z przylotem Hery. Kanan postanawia zniknąć z radarów, ale kolejne wydarzenia następują po sobie tak szybko i niespodziewanie, że zamiast ponownie ukryć się gdzieś, błyskawicznie trafia on w samo centrum konfliktu. Po stronie „tych dobrych” zawiązuje się nieformalna grupa, złożona według klasycznych reguł – niepasujący do siebie bohaterowie na skutek kilku zbiegów okoliczności zaczynają współpracować ze sobą. Po stronie „tych złych” mamy imperialną oficer – kapitan Rae Sloane – której starszą wersję polski czytelnik zna już z rozgrywającej się chronologicznie dużo później książki Koniec i początek oraz głównego antagonistę – hrabiego Denetriusa Vidiana – który jest napakowaną wersją Generała Grievousa z małą domieszką Dartha Vadera. A co najważniejsze – jest to postać ciekawa, mimo wszystko oryginalna, niejednoznaczna, z mocno zarysowaną historią, działająca głównie w ramach własnego interesu, nielojalna wobec nikogo i szalenie brutalna. Kiedy nasi bohaterowie znajdują się w jednym pomieszczeniu albo nawet na tym samym okręcie, na którym przebywa właśnie Vidian, to czuć, że nie będzie wesoło. I to wszystko składa się na naprawdę przyjemną w odbiorze historię, która czyta się w zasadzie sama. Dużo akcji, dużo fajerwerków, trochę humoru, trochę dramatu, bardzo ciekawi bohaterowie, oparci i działający na najprostszych i podstawowych schematach obowiązujących w takich opowieściach, ale przedstawieni tak, że nie sposób nie polubić tych, którym mamy kibicować i nie znienawidzić ich przeciwników. Do tego dochodzi ciekawie zarysowany opis funkcjonowania Imperium. Niejednoznaczna w naszym odbiorze kapitan Sloane i zakończenie, które jest małym sukcesem grupki buntowników, a jednocześnie wielkim, i w większej perspektywie miażdżącym, zwycięstwem Imperialnych.

Jak natomiast ma się to wszystko do serialu Rebelianci? Otóż… nijak. Główny czarny charakter nie odegra już żadnej roli. Sam konflikt był raczej lokalny, w skali mikro, i nie będzie miał wpływu na dalsze wydarzenia. Drużyna, która uformowała się podczas tego zadania była jednorazowa. Tak na dobrą sprawę ta książka ma nam tylko pokazać, jak na tle tych wszystkich wydarzeń doszło do spotkania dwóch głównych bohaterów, ale akcja Nowego świtu rozgrywa się 6 lat przed serialem Rebelianci i to, o czym czytamy w książce, ma zerowy wpływ na resztę historii. Wiadomo było, że kiedyś ci bohaterowie musieli się poznać. Oglądając serial, widać, że spośród załogi Ducha tę dwójkę wiąże najwięcej i mają za sobą najdłuższą przeszłość. John Jackson Miller po prostu pokazał nam, że doszło do tego w takich a nie innych okolicznościach.

Co ciekawe książka zawiera przedmowę Dave’a Filoniego – twórcy serialu Wojny klonów, a następnie Rebelianci – napisaną oczywiście przed startem nowej telewizyjnej produkcji, zapowiadającą nam nadchodzące wydarzenia, ale też trochę poruszającą temat skasowania tego, co do tej pory było oficjalnym kanonem. Jeśli chodzi o mnie, to serial oglądam na bieżąco. Czytając Nowy świt, miałem już ten komfort, że znałem prawie całe dwa sezony Rebeliantów. Od początku jestem fanem tej produkcji. Zdaję sobie sprawę z wielu ułomności, które są bolączką tego serialu, nie przepadam za toporną, maksymalnie uproszczoną (szczególnie w porównaniu z poprzednikiem) stroną graficzną, ale lubię ten serial za klimat starej trylogii i inne podejście do opowieści, właśnie na prostych zasadach – mała drużyna i jej wesołe przygody. Z przyjemnością przeczytałbym Nowy świt przed serialem. Pewnie wtedy jeszcze bardziej nakręciłby mnie na tę animację, ale nie uważam, byśmy stracili cokolwiek, dostając tę książkę dopiero teraz. Tak jak już kilka razy zaznaczyłem, to jest po prostu dodatkowa historia, która wcale nie musiała się wydarzyć, a równie dobrze mogła się potoczyć zupełnie inaczej. Nie trzeba znać serialu, by zrozumieć książkę, nie trzeba znać książki, by zrozumieć serial. To jest tylko dodatek do Rebeliantów, a jednocześnie w pełni autonomiczny twór, czyli tak jak już to podkreśliłem we wstępie, bardzo bezpiecznie napisana książka dla każdego. I chwała im właśnie za tak neutralny start nowego kanonu. Polecam.

Fot.: Uroboros

Nowy świt

Write a Review

Opublikowane przez

Hubert Spandowski

Fanatyk Stephena Kinga. Współautor polskiego serwisu Kinga. Miłośnik filmu (głównie fantastyki i B-klasowych horrorów), nałogowy pochłaniacz seriali, książek i komiksów. Nieuleczalny kolekcjoner. Bywalec konwentów lubiący integrację miedzyfandomową. Wielki fan Star Wars w każdej postaci.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *