Recenzje,Seriale

Pogoda dla bogaczy? – Mike White – „Biały lotos” [recenzja]

Biały lotos
Biały lotos
To, że ktoś umiera, i to w szokujących okolicznościach, widz wie od samego początku. Biały lotos – autorski serial Marka White’a, który jest zarówno jego reżyserem, jak i scenarzystą – nie jest jednak klasycznym kryminałem. Nie jest też lekką wakacyjną komedią. Ani mydlaną operą opowiadającą o bogaczach w pięknych okolicznościach przyrody. To groteskowa, a zarazem zjadliwa i okrutna satyra na klasy wyższe, które pokazane są bez taniego sentymentalizmu, bez uniżoności i bez krzty nawet podziwu dla uprzywilejowanej pozycji i statusu królów życia. Biały Lotos pod płaszczykiem czarnej komedii o bogaczach na wakacjach w ziemskim raju oferuje mroczną opowieść o ludzkiej naturze. Naturze zbudowanej z takich części składowych jak absurdalna chęć posiadania absolutnie wszystkiego, obojętność na drugiego człowieka granicząca z okrucieństwem i wielopiętrowa hipokryzja. Dodajmy to tego przegięty, doprowadzony do granic absurdu, montypytchonowski humor, ostrą jak brzytwa – choć zgrabnie zawoalowaną – krytykę konsumpcjonizmu, kolonializmu i klasizmu (3XK), obezwładniające pięknem kadry, błyskotliwy scenariusz i wybitne, zniuansowane aktorstwo, a dostaniemy dzieło nieoczywiste, zaskakujące i dające do myślenia. 

Preludium do katastrofy

Grupa zblazowanych bogaczy przyjeżdża do ekskluzywnego kurortu o poetyckiej nazwie „Biały lotos” celem zregenerowania się po wyczerpującym i pełnym napięć życiu „na szczycie”. Kurort ów znajduje się w istnym raju na ziemi, czyli na Hawajach. Czego zresztą nasi bohaterowie zdają się nie dostrzegać. Zajęci są bowiem podtrzymywaniem status quo, okazywaniem obsłudze na zmianę wyższości i łaskawej tolerancji tudzież podkreślaniem swojego statusu czy absurdalną walką o najlepsze hotelowe apartamenty.

Mamy tu całą galerię, hmm, specyficznych osobistości. Mocno niedobranych nowożeńców w podróży poślubnej. Podstarzałą nimfę, dzierżącą w objęciach urnę z prochami mamusi. Dysfunkcyjną rodzinkę z kobietą sukcesu na czele, mentalnie wykastrowanym ojcem rodu, wredną, zmanierowaną córunią i poniewieranym przez całą familię synem oraz zagadkową przyjaciółką córki. Wreszcie, mamy ekscentrycznego, nieprzewidywalnego menadżera. Który zblazowanymi gości szczerze gardzi, mimo że okazuje im wylewną serdeczność.

Goście uważają się za półbogów i takiego też traktowania oczekują od hotelowej obsługi. Pozornie są uprzejmi, dobrze wychowani i łaskawi wobec tych gorzej sytuowanych. Od początku widzimy jednak słabo skrywaną, a w przypadku niektórych bohaterów wręcz nieskrywaną arogancję i pogardę wobec pracowników hotelu, których nieustannie o coś nagabują czy wręcz zadręczają swoimi oczekiwaniami.

Zblazowani bogacze

W miarę poznawania naszych bohaterów, zarówno gości, jak i hotelowej obsługi, na jaw wychodzą ich prawdziwe twarze, głęboko skrywane sekrety, obsesje, kompleksy, a czasem skrzętnie ukrywany paskudny brud za paznokciami. Nikt tu nie jest tym, kim wydaję się, czy kim bardzo chciałby być. Najlepiej widać to w relacjach. Dziedzic fortuny, istne bananowe dziecko, niejaki Shane, niby chce dla swojej nowo poślubionej żony jak najlepiej. Ale czy na pewno? Czy kosztowne wakacje mają przykryć trwające od dłuższego czasu problemy w rodzinie Mossbacherów? I czy pedantyczny i nieomylny Armond, może być socjopatą doskonałym?

Napięcie między naszymi bohaterami rośnie z odcinka na odcinek, atmosfera gęstnieje i podskórnie czujemy, że ten z pozoru beztroski wyjazd musi skończyć się jakąś katastrofą. Katastrofa wreszcie nadchodzi, a po drodze zaliczamy jeszcze kilka pomniejszych nieszczęść.

Kolonializm ma się dobrze

Bogacze, choć usta mają pełne frazesów o klasizmie, rasizmie, seksizmie i innych izmach, i mimo że uważają się za postępowych i oświeconych, są drobnomieszczańscy i obłudni. Prowadzone przez nich rozmowy pozwalają nam jeszcze mocniej zobaczyć, kim są ci ludzie. I że klasizm ma się ciągle dobrze i nigdzie się nie wybiera. Że jest nie do wyplenienia i wyłazi przy pierwszej sposobności. Nawet z tych najsympatyczniejszych i najmocniej straumatyzowanych.

Ci używacze życia nie potrafią zrelaksować się na tych swoich luksusowych wakacjach i wciąż toczą spory i dyskusje o biednych i bogatych, ich przymusowej koegzystencji, równych, a jednak raczej straconych szansach.

Świetnie widać to w stosunku do rdzennych mieszkańców wyspy, traktowanych jak piękne, egzotyczne przedmioty. Obraz Hawajczyków, którym biali odebrali ziemię, których skolonizowali i zmonetyzowali ich kulturę, czyniąc z niej lekkostrawną cepelię, a którzy swoje tradycyjne tańce „sprzedają” jako jedną z hotelowych atrakcji‚ zderza się tu ze zblazowaniem Amerykanów. Jednak gdzie jest granica, za którą kończy się data „ważności” przeszłych szkód, imperializmu, kolonializmu, niewolnictwa? Do kiedy i czy mamy przepraszać za naszych przodków?

Nasi urlopowicze zachowują się jak kolonizatorzy w wersji soft. A to jednemu z autochtonów zrujnują życie, a to, „tylko” wykorzystają, oszukają i głęboko skrzywdzą.

Weltschmerz królów świata

Jednak Biały lotos, pod warstwą ostrej jak brzytwa satyry, jest opowieścią niesłychanie smutną. Smutną w głębokim egzystencjalnym znaczeniu. Pokazuje nam bowiem wizję świata, który w swej istocie jest symulacją. Świata zaludnionego pustymi, wydrążonymi osobnikami, wiodącymi pozbawione znaczenia i sensu życia. To gogolowskie martwe dusze. Ta opowieść jest też niesłychanie przygnębiającą, bo spośród całego kalejdoskopu przerysowanych, groteskowych postaci może trzy są w stanie wzbudzić autentyczne współczucie widza. Właśnie współczucie. Nie sympatię, podziw czy chęć kibicowania. Współczucie.

Psychodrama w sześciu aktach

To zahukana, stłamszona żona gogusiowatego i nieludzko irytującego spadkobiercy rodzinnej fortuny, dla którego piękna żona jest jedynie kolejnym obowiązkowym trofeum na długiej liście tego, pożal się Boże, króla życia. W świecie bogaczy nie jest osobą. Jest przedmiotem. Jej dziennikarskie ambicje są wyśmiewane, a ona sama sprowadzana do roli ozdoby w złotej klatce.

Świetną, zniuansowaną postać wykreowała Aleksandra Daddario. Aktorka, kojarzona z ról seksownych uwodzicielek, inteligentnie ograła swoje aktorskie emploi i stworzyła postać niepewnej, zahukanej i zdominowanej przez upierdliwego i nieczułego męża, zagubionej w świecie prosperity, kobiety.

Satyra tylko pozornie jest konwencją niewymagającą. W istocie wymaga od twórców niesłychanej precyzji w dawkowaniu środków wyrazu, tak, by stężenie absurdu nie przekroczyło granic prawdopodobieństwa. Postacie mogą być przerysowane, ale nie kreskówkowe. Ważna jest psychologiczna wiarygodność i psychologicznie prawdopodobna motywacja bohaterów. W Białym Lotosie te proporcje są wyważone znakomicie. Nie ma tu jednej fałszywej nuty. A desperacja, frustracja i coś, co chyba można nazwać bez ironii bólem istnienia, jest wyczuwalne u wszystkich, bez wyjątku, bohaterów.

Remedium na weltschmerz? Powrót do natury

Ostatecznie to najbardziej poniewierany i lekceważony bohater odważy się pójść za głosem serca i za pragnieniami i zacząć żyć w zgodzie ze sobą. I to jest ten jeden, jedyny moment w serialu, który autentycznie wzrusza, w którym jest niewymuszona szczerość.

Mark White zdaje się stawiać diagnozę, że ocalenie naszych skołatanych dusz tkwi w prostocie. W bliskiej, nieskrępowanej i niewymuszonej relacji ze światem. Z przyrodą i ludźmi. W zachwycie i zachłyśnięciu się pięknem. Może to i banalne, ale działa.

Mistrzowskie aktorstwo

Trzeba wspomnieć, że Biały lotos oferuje naprawdę świetne aktorstwo. Aktorzy dają popis swoich umiejętności, kreując postaci nietuzinkowe i zapadające w pamięć, a przecież niesłychanie irytujące. Bezsprzecznie na brawa zasługuje zwłaszcza Jennifer Coolidge jako zagubiona, nieszczęśliwa i przeraźliwie samotna, ale też niewrażliwa wobec innych i, mimo wielu wiosen na karku, niedojrzała, ekscentryczna bogaczka. No i Murray Barlett jako Armond. Od razu kojarzący z się Johnem Cleesem z Hotelu Zacisze. Szalony, skrywający sekrety, pełen niechęci wobec swoich gości. Brawurowa rola, wspaniałe oddająca bezsilność, wściekłość i wolę życia poza ustalonym porządkiem, które przepełniają tę postać.

Nie mogę też nie wspomnieć o oszałamiających zdjęciach autorstwa Bena Kutchinsa, pokazujących piękno i przepych, wciąż jeszcze jakimś cudem dziewiczej przyrody. I pokazujące nam, widzom, cały rozmach spektaklu przypływów, odpływów i podwodnego świata. Rozmach, który uwiedzie jednego z bohaterów do tego stopnia, że ten zwątpi we wszystko, na czym zbudował dotychczasowe życie. Niewątpliwie godna uwagi jest muzyka, za którą odpowiedzialny jest Cristobal Tapia de Veer, budująca klimat nadciągającej katastrofy i sprawnie podbijająca napięcie między bohaterami.

Katharsis? A gdzie tam!

Biały lotos to serial, który rozwija się niespiesznie. Powoli buduje dramaturgię i chemię między postaciami. Rozstawia je na szachownicy, która ostatecznie stanie się sceną niespodziewanej, wstrząsającej i absurdalnej śmierci.

Śmieszno-straszne zakończenie poza fabularnym twistem, od którego widzowi może zakręcić się w głowie, przypomina, że nawet do życia naszych bohaterów, egzystujących z dala od przyziemnych problemów, zagląda czasem brutalna, krwawa i okrutna, nieokiełznana natura rzeczywistości. W żadnej rajskiej symulacji nie ma przed nią ucieczki. A gwarancji bezpieczeństwa nie dają nawet supernowoczesne i koszmarnie drogie systemy zabezpieczeń.

Biały lotos to serial świeży, dziwaczny i zaskakujący. Akcja rozwija się tu niespiesznie, a kamera skupia na drobiazgowych socjologicznych obserwacjach. A jednak fabuła wciąga, zasysa i nie puszcza, tak że nie sposób oderwać się od oglądania. To jeden z najbardziej bezlitosnych i prawdopodobnie jeden z najlepszych seriali tego roku. Jestem zdumiona, jak wielkie wrażenie na mnie zrobił i jak wielkim był zaskoczeniem. Podsumowując: warto!

Serial Biały Lotos oglądać możecie na HBO GO


Przeczytaj także:

Recenzja serialu Sukcesja

Podobne wpisy:

Ocena ogólna8
8Ocena ogólna

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *