Festiwal muzyczny BitterSweet odbył się w tym roku w Poznaniu po raz drugi. Od 13 do 15 sierpnia w Parku Cytadeli pojawiały się międzynarodowe gwiazdy, takie jak Lorde, Robbie Williams, Jessie J, Gorillaz, Twenty One Pilots, Tom Odell, Parcels oraz… zatrważająco wysoka liczba uczestników.
Organizowany przez agencję Good Taste Production festiwal to temat na dłuższe dyskusje, jednak z pewnością zaliczyć go można do grona najgorzej zorganizowanych wydarzeń kulturalnych w Polsce. Począwszy od batalii o wyprzedane bilety (loterie na ticketswap dające przykład uwłaczającego mechanizmu psychologii sprzedaży), skończywszy na całokształcie.
Po zeszłorocznej edycji w wywiadzie dla portalu wpoznaniu.pl, prezes Good Taste Production, Krzysztof Wawrzyniak, na pytanie, co poszło nie tak i wymaga poprawy w przyszłym roku, odpowiedział: Wiedzieliśmy, że może być problem z wąskim gardłem przy Dzwonie Pokoju. To przejście między sceną główną a pozostałymi. W czwartek, jak ludzie weszli po raz pierwszy, było trochę nerwowo, ale już w piątek, sobotę ludzie poznali teren i było spokojniej. Tak czy inaczej będziemy chcieli to udoskonalić. Mając w głowie line-up, który będzie złożony z jeszcze mocniejszych nazwisk niż był w tym roku, zakładam, że ludzi będzie więcej, więc musimy się na to przygotować. (…) Z pewnością naszym priorytetem będzie bezpieczeństwo.
Jak przebiegały te przygotowania? Protesty przeciw organizacji wydarzenia w poznańskim Parku Cytadeli odbywały się już wcześniej, nikt ich jednak najwyraźniej nie wziął pod uwagę. Warto zacząć od tego, że droga do bramek po wejściu na teren imprezy sąsiaduje z… mogiłami. Na obszarze parku znajdują się cztery cmentarze wojskowe i dwa cywilne.
Pierwszego dnia (i jednocześnie mojego ostatniego; nigdy więcej) można było zderzyć się z przekraczającym znacznie możliwości parkowe tłumem rozpychających się uczestników wydarzenia. Kolejną wątpliwą atrakcją okazało się dudnienie z DJ-ek alkoholowych partnerów, skutecznie zagłuszające scenę główną (i pozostałe).
Nad walorami artystycznymi występów, na które udało mi się dotrzeć, nie będę się rozwodzić. Wybierając się na jeden dzień festiwalowy dla Lorde, byłam ciekawa, czy stworzy performance pokroju trasy koncertowej – stworzyła. Jeden dobry występ nie uratuje jednak tego, co okazało się okropnym doświadczeniem.
Sprzedanie liczby biletów przekraczającej możliwości festiwalowego terenu jest czymś nie do przyjęcia. Overbooking festiwalu? Proszę bardzo. Tylko wpuszczając wszystkich na pokład. Co robi organizator, przewidując, że z nadmiarem masy ludzkiej mogą być problemy? Publikuje rysunki mapek ze strzałkami wprowadzającymi ruch jednokierunkowy na terenie festiwalu.
Jak wygląda to w praktyce? Stanie w ścisku wąskich gardeł i powolne żegnanie się z życiem kolejnym koncertem, na który nie ma się prawa zdążyć. Line-up nie uwzględniał tych ogromnych trudności komunikacyjnych, pory koncertów się nakładały.
Napierający na siebie tłum, we współdzielonej irytacji przeciskał się i popychał, uniemożliwiając poruszanie się głównymi ścieżkami. Stanie w ludzkim korku prowadziło do poczucia bezsilności. Szlaki tworzone przez osoby niebędące w stanie przejść wyznaczonymi przez organizatora trasami (dodajmy: bez jakichkolwiek oznaczeń, strzałki dodano drugiego dnia), zadeptywały zasiadających na parkowym zboczu.
Przechodzący walczyli o przejście z zajmującymi miejsce na ich drodze. Na wyłożonym matami zejściu w okolicy rotundy bankowej z łatwością można było się poślizgnąć. Główne wejście i wyjście prowadziło schodami. Nie chcę myśleć, jakimi stratami skończyłaby się jakakolwiek ewakuacja zupełnie nieprzystosowanego do tego terenu.
Niedobory sanitarne to kolejny słaby punkt eventu. Po zmroku, zmierzanie do przenośnych toalet zastępowały w dużej mierze tłumne wycieczki w krzaki, poza barierki. Przeskakiwanie przez ogrodzenia ścieżek pomiędzy scenami okazało się zresztą rozrywką dla wielu festiwalowiczów. Skoro dotarcie na koncert na czas jest niemożliwe, to czemu nie pobiec przez las? Jawna dewastacja obszaru Natura 2000.
Nie zabrakło za to przestrzeni dla partnerów – budek z alkoholami, elektronicznymi papierosami, makaronami… Dodajmy do tego nieadekwatnie wysokie ceny w strefach gastronomicznych (możliwości skorzystania z których trudno było się doczekać). Komentarze o ograniczonej dostępności dla osób z niepełnosprawnościami pojawiły się za to na facebookowej grupie festiwalu – wśród zarzutów wymieniano użytkowanie przez wszystkich wyjścia przeznaczonego dla osób z niepełnosprawnościami (niewystarczająco oświetlonego), strome podejścia, ograniczoną liczbę toalet dla OzN czy za małe platformy widokowe, aby pomieścić wszystkich chętnych. Naprawie wizerunku nie pomogły ani bańki mydlane, którymi szczycił się prezes Good Taste we wspomnianym wywiadzie, ani „safe spoty”, do których uczestnicy wydarzenia nie mieli jak dotrzeć w porę.
Sprzedaż biletów na kolejną edycję, z równoległym ogłaszaniem nowego festiwalu w Katowicach (MESST), rozpoczęto jeszcze przed otwarciem bram poznańskiego wydarzenia.
Good Taste niestety niewiele ma wspólnego z dobrym smakiem. BitterSweet nie jest o muzyce, ale o kapitalistycznym zepsuciu. To przedsięwzięcie prezentujące wyjątkowy brak szacunku organizatorów wobec ludzi, którzy chcieliby po prostu posłuchać muzyki na żywo. O wpływie na zwierzęta nie wspomnę.
Fot.: własne
Źródła: Krzysztof Wawrzyniak: Przyjadą jeszcze większe gwiazdy. Chcielibyśmy też wyremontować amfiteatr, wpoznaniu.pl, 28.08.2025; Bittersweet Festival 2026 – grupa facebookowa









