Filmy,Oscary 2019,Recenzje

Przeciętny film o nieprzeciętnych artystach – Bryan Singer – “Bohemian Rhapsody” [recenzja]

Bohemian Rhapsody
Bohemian Rhapsody

Są artyści niepodrabialni; ikony muzyczne, których dorobek płytowy stał się nie tylko elementem popkultury, ale wrósł w świadomość ludzi na całym świecie. W drodze do kina, idąc wyjątkowo zatłoczonymi ulicami miasta z A Night at the Opera w słuchawkach, zastanawiałam się, czym w zasadzie zespół Queen jest dla mnie? Odpowiedź przyszła całkiem szybko. Choć nigdy nie uważałam bandu Mercury’ego za swój ulubiony, gustując bardziej w muzyce Pink Floyd czy Joy Division, doszłam do wniosku, że Queen towarzyszył mi niemal na każdym kroku. Przypomniałam sobie późne powroty do domu od dziadków, gdy byłam może ośmioletnim dzieckiem, i Show Must Go On w radiu starego auta, za którego kierownicą chwytliwą melodię nucił mój tata. Tę samą zresztą piosenkę jako dwunastolatka śpiewałam z zapałem, doprowadzając sąsiadów i rodziców (chociaż się nie przyznają) do szału. Wróciły emocje towarzyszące mi przy każdym We Are The Champions, kiedy któryś z “moich” zespołów sięgnął po trofeum i faktycznie czułam się jak tytułowy zwycięzca; niejedna impreza inspirowana latami 80., gdzie brak I Want To Break Free był zbrodnią nie do pomyślenia. Wspomnienie koleżanki z pierwszej pracy, która przed otwarciem lokalu, zanim pojawili się pierwsi klienci, katowała mnie Don’t Stop Me Now; kolegi, który siedząc w ławce za mną na lekcjach polskiego, notorycznie nucił Bohemian Rhapsody czy też We Will Rock You, które jak mam wrażenie, pamiętam tak długo, jak długo pamiętam coś w ogóle. To tak, jakby brytyjski zespół tworzył swego rodzaju soundtrack mojego życia i podejrzewam, że podobnie ma niejeden z Was. Nie dziwcie się więc, że do Bohemian Rhapsody podeszłam ekstremalnie emocjonalnie i być może właśnie ten sentyment tak bardzo utrudnia mi ocenę produkcji Bryana Singera i Anthonego McCertena, podobnie jak twórcom utrudnił nakręcenie czegoś, co oprócz hymnu pochwalnego i dobrego kina rozrywkowego, stanie z dumą do walki o Oscary.

Jak sugeruje ostatnie zdanie wstępu, od razu muszę lojalnie uprzedzić wszystkich zachwyconych filmem – jak na malkontenta przystało, będę narzekać – i to całkiem sporo. Nie dlatego, że Bohemian Rhapsody nie może się podobać. Problem leży w tym, że może się podobać zbyt łatwo, zbyt bezrefleksyjnie. Zacznijmy jednak od samego początku, bo właśnie taką taktykę, mimo świetnej sceny otwarcia, w gruncie rzeczy przyjął Anthony McCarten przy tworzeniu scenariusza. Jak sugerują pierwsze ujęcia, na których widzimy przemierzającego kulisy Live Aid Mercury’ego, to właśnie koncert na Wembley będzie punktem, do którego widzów prowadzą twórcy przez 134 minuty trwania produkcji. Wprawiony odbiorca po pierwszych sekundach wie już więc, że to nie jest typ filmu, w którym razem z liderem legendarnej grupy przeżyje dramat wyniszczającej choroby czy nagranie do teledysku Show Must Go On, na którym Freddie nie obyłby się bez tony makijażu. Będzie to za to historia tego, jak szalony kwartet z Londynu dorobił się miana wielkich muzyków i jak do tej wielkości poprowadził ich ekstrawagancki, nigdzie niepasujący Zanzibarczyk, który z bycia wyrzutkiem stworzył największy atut swój i swojej grupy.

Bohemian Rhapsody

A wszystko to zaczęło się całkiem przypadkiem, w 1970 roku. 24-letni wówczas Mercury, który już wtedy miał styl diwy, na tyłach jednego z zadymionych studenckich barów podszedł do członków zespołu Smile, gdy ci właśnie stracili wokalistę. Początkowo sceptyczni Brian May i Roger Taylor, dali szansę dziwnemu, acz niezwykle charyzmatycznemu chłopakowi, co prawdopodobnie było najlepszą decyzją w ich życiu. Gdy do grupy dołączył basista John Deacon i zespół nabrał ostatecznego kształtu, jasnym stało się, że wokalista o pięciooktawowej skali głosu nie zadowoli się graniem dla setki pijanych studentów. On zawsze chciał więcej i właśnie ta chęć rozmachu jest motorem napędowym wydarzeń w Bohemian Rhapsody i całej karierze bandu, co prowadzi nas do prostego wniosku, który niesamowicie temu filmowi zaszkodził: Mercury to Queen i Queen to Mercury.

I tu w zasadzie można wspomnieć o pierwszym z problemów produkcji Singera – to nie jest biografia Freddiego Mercury’ego. Nie przeszkadzałoby mi to w ogóle, gdyby nie to, że nie jest to też do końca film o całym zespole. Bohemian Rhapsody, przez pryzmat historii frontmana brytyjskiego kwartetu, pokazuje historię całej grupy i robi to wyjątkowo nieumiejętnie – przede wszystkim dlatego, że wszyscy muzycy Queen to prawdziwi artyści, a artyzm nie znosi półśrodków. Wygląda to mniej więcej tak, jakby twórcy nie mieli odwagi postawić się żyjącym członkom zespołu, by zrobić biografię Freddiego z prawdziwego zdarzenia, a kiedy już zostali niejako zmuszeni do przedstawienia losów całego Queen, w ostateczności zabrakło im pomysłu i determinacji, by odrzucić dominację frontmana w filmie. Przez brak zdecydowania na jedną z koncepcji, dostaliśmy produkcję na wskroś połowiczną i typową, w której niestety nie do końca mógł się wykazać fantastyczny (!) Rami Malek, a przecież w Mr Robocie nie raz pokazał, jak duży ma potencjał dramatyczny. Jego gesty są dopracowane do perfekcji; błyszczy ekstrawagancją i specyficznym poczuciem humoru za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie, jednak dramatyczne momenty w jego wykonaniu po prostu nie mogą wybrzmieć przez kulejący scenariusz.

Bohemian Rhapsody

Koronnym tego przykładem jest scena, w której Mercury informuje członków zespołu, że postanawia nagrać dwa solowe albumy; pyta ich, czy nie są podobnie jak on zmęczeni ciągłymi kłótniami, a ja siedząc w kinowym fotelu, zastanawiam się, o czym on w ogóle mówi? Przecież przez ostatnią godzinę oglądałam prześmieszne i naprawdę soczyste dialogi, niesamowitą chemię między aktorami świetnie wcielającymi się w rolę muzyków Queen, a kłótnię widziałam może raz, notabene również niezwykle zabawną. Twórcy filmu kompletnie nie pokazują, co leżało u podstawy problemów psychicznych Mercury’ego. Nie widzimy na ekranie, jak stopniowo zagłębia się w samotność i wszystkich odrzuca, nie mierzymy się z jego wewnętrznymi dylematami dotyczącymi seksualności, która nawiasem mówiąc, potraktowana jest po macoszemu. Tu należy wspomnieć o Lucy Boynton, która zupełnie nie mogła się wykazać w roli Mary Austin – jej postać, tak przecież ciekawą i niejednoznaczną, zabił scenariusz. Sam Malek również stara się jak może, by, gdy już ma okazję, wywołać w widzu oczekiwane emocje, ale jego problem polega na tym, że w całą tragedię musimy mu uwierzyć na słowo, bo twórcy w żaden sposób nie zbudowali odpowiedniego napięcia. Wszystko jest zbyt ładne, płaskie i ugłaskane. Może jestem człowiekiem małej wiary, ale jak bardzo prawdopodobne jest to, że w czasach, gdy świetnie sprzedawały się krążki Beatlesów czy Stonesów, do studia wszedł Mercury, powiedział: “Chłopaki, nagramy płytę operową”, a oni bez słowa wyjaśnienia się zgodzili? Dużo łatwiej powiedzieć reżyserom, że wszystkie ewentualne kłótnie zaczynały się od niewłaściwego zachowania diwy, niż przyznać, że czasami nie zgadzało się z odważną wizją artystyczną, której Singer Mercury’emu może jedynie pozazdrościć. Mówiąc krótko i kolokwialnie, z małymi wyjątkami, brak w tym wszystkim “mięsa”. Można by pomyśleć, że skoro zabrakło inwencji twórczej, była chociaż wybitna zgodność z biografią zespołu. Nic bardziej mylnego.

Freddie Mercury

Nie chcę powiedzieć, że należy widzów zasypać całą masą faktów, nazwisk, dat i tego typu całkiem niepotrzebnych rzeczy, ale jeśli już za coś się bierzemy, pokażmy to zgodnie z prawdą. Czy któryś z widzów po seansie powiedziałby, że historia miłości Freddiego Mercury’ego i Jima Huttona była jedną z najbardziej uroczych, o jakich kiedykolwiek słyszał świat show-biznesu? Zapewne nie. Otóż, Jim Hutton nie był kelnerem na jednej ze zorganizowanych przez Freddiego orgii, tylko fryzjerem, którego Mercury poznał przypadkiem w barze… A który słynnego muzyka spławił i trochę im zajęło, zanim ponownie się spotkali. Ktoś nieostrożny nazwałby to przeznaczeniem i być może miałby rację. Nieważne jest dla mnie to, że tę historię poznałam jakiś miesiąc przed seansem – liczy się sposób, w jaki twórcy potraktowali miłość Mercury’ego. Jeśli to zrobili tak bardzo źle, to znaczy, że Freddie zasługiwał na dużo lepszy film. Rozumiem, że pokazanie tak długiego wycinku czasu stanowiło wyzwanie i trzeba było zrealizować coś kosztem czegoś, dlatego nieśmiało się pytam: dlaczego twórcy nie poszli tropem np. Czasu Mroku i nie poszukali ciekawszej perspektywy czasowej?

Bohemian Rhapsody

Po takiej ilości narzekań czas zastanowić się nad całkiem prostą rzeczą i to, co teraz napiszę, może Was nieco zaskoczyć. Jeśli ktoś zapyta mnie, czy warto iść na Bohemian Rhapsody do kina, bez wahania odpowiem, że tak. Wierzcie mi, nie macie pojęcia, jak bardzo kochacie muzykę tego zespołu, dopóki nie usłyszycie jej w kinowej jakości. O ile dzięki fabule twórcom udało się mnie wzruszyć jedynie, gdy Mercury wyznawał zespołowi, że ma AIDS, o tyle ujęcia koncertów to ciągłe ciarki na całym ciele i łzy w oczach, a scena zamykająca film to czyste złoto, co podnosi moją ocenę o okrągłą “gwiazdkę”. Tak, jest to film płaski, niebędący nawet w połowie tak odważny czy eklektyczny jak Queen, ale scena koncertu Live Aid, oprócz tego, że fenomenalnie zrobiona od strony technicznej, była niezwykle wzruszająca. Ujęcia z Wembley to coś, na co warto było czekać nie tylko cały film, ale od momentu, gdy ten koncert został wyemitowany; teraz już wiem, że nie ma pieniędzy, których bym nie zapłaciła, by być wtedy wśród publiczności zgromadzonej na stadionie. Mimo ogromnego wzruszenia, z jakim wyszłam z sali kinowej, tak naprawdę Singer i McCarten po seansie zostawili mnie z bardzo smutną refleksją: członkowie Queen w swoim Bohemian Rhapsody w ciągu sześciu minut zmieścili sześć gatunków muzycznych, z kolei Singer w dziele o tym samym tytule, które ma ponad 120 minut, zmieścił jedynie dwie godziny wątpliwie prawdziwej biografii.

Fot.: Imperial-cinepix.pl

Ocena7
7Ocena ogólna