hamnet

Ból i blask ‒ „Hamnet” ‒ Chloé Zhao

Hamnet będący ekranizacją powieści Maggie O’Farrell o tym samym tytule opowiada historię i genezę powstania największego dzieła Williama Szekspira. Historia czerpie ze znanych faktów z życia angielskiego autora, lecz w dużym stopniu jest fikcjonalizowana, a wiele elementów fabuły dobudowanych. Z Chloé Zhao spotkałem się przy okazji oscarowego Nomadland, jednak (delikatnie rzecz ujmując) od filmu się dość mocno odbiłem i nie przekonał mnie niczym. 5 lat później ponownie duże uznanie, dużo nominacji (dokładnie osiem) i równie duże nadzieje, że zobaczę coś wspaniałego. 

Choć film dąży do opisania okoliczności powstania Hamleta, to zamiast suchych faktów, Zhao koncentruje się na ogromie różnorodnych uczuć (ze znaczącą dominacją smutku), których splot wpływa na proces twórczy. Will i Agnes zakochują się od pierwszego wejrzenia, jednak w rzeczywistości źródło wszystkich emocji sięga wiele lat wstecz. Film łączy kilka gatunków i motywów. Z jednej strony, jest to portret szesnastowiecznej, angielskiej rodziny, w której błędy powtarzane są przez pokolenia. Płomienny romans zmienia się w opowieść o granicach wybaczenia, o żałobie i procesie radzenia sobie z nią. Z drugiej strony opisuje rolę samej sztuki, która może mieć rolę katartyczną i dzięki której nie tylko wyraża się siebie, ale też która jest w stanie łatać dziury w sercu. Główną postacią jest Agnes, bezgranicznie kochająca swoje dzieci. Szekspir pozostaje lekko na uboczu, a znaczną część jego tożsamości stanowi sztuka i miłość do pisania. Tragedia oraz uwydatniające się sprzeczności pełnią tu główne role.

Faktem jest, że emocjonalną kartą przetargową i głównym punktem zaczepienia jest śmierć istoty najważniejszej dla każdej matki. To ona prowadzi do pojawienia się wszystkich wyżej wymienionych motywów. Dzięki niej reżyserka później stawia tezę, co do roli sztuki w ogóle. Podchodząc do filmu bardziej analitycznie, aniżeli nastawiając się wyłącznie na pochłanianie emocji (co nie uważam, żeby mi się w stu procentach udało), dostrzegłem jednak zdecydowanie szerszą problematykę i postrzegam Hamneta jako naprawdę mądry film. Tezy dotyczące sztuki, wychowania są tu przekonujące, a w połączeniu z szesnastowieczną scenerią zaskakujące. Poruszany jest niezmienny pomimo upływu całych epok problem work-life balance (choć w tym przypadku bardziej art-life), a tym samym kolidujących wartości między mężem i żoną, ojcem i matką. Oczywiście nie wszystkie te tematy zostały w stu procentach rozwinięte (wówczas metraż byłby co najmniej trzygodzinny). Jednak pomimo ich sporej ilości dzieło chińskiej reżyserki jest zaskakująco spójne i przemyślane. Nie jestem fanem wszystkich rozwiązań, jak na przykład ukazanie Agnes jako postaci częściowo baśniowej. To, co w tej historii najważniejsze, jest jednakże solidnie ugruntowane uprzednimi życiowymi wydarzeniami. Efekt mnie w pełni usatysfakcjonował. Monumentalna emocjonalna bomba, mająca jednak swoje racjonalne korzenie. Trafia do serca, ale zarazem skłania do myślenia. A naruszyć mój filmowy cynizm nie jest łatwo.

Hamnet można śmiało nazwać filmem feministycznym. Świetnie zagrana przez Jessie Buckley Agnes ukazuje siłę wiążącą się z rolą matki. Musi sobie radzić niezależnie od okoliczności losu i dać dzieciom, to co najlepsze ‒ z mężem u boku lub bez niego. Tu jest też pierwszy element, który film wyróżnia i który bardzo mi się podoba. W przeciwieństwie do wielu filmów, określanych przeze mnie owym mianem, Zhao ukazując siłę kobiety, nie odbiera siły i zdolności mężczyźnie. Daje w filmie czas na słabości, nie narzucając moralnych ocen i czas na wybaczenie oraz naprawę swoich błędów. Tym samym film działa dwojako. Opowiada historię wielkiego artysty, przekonująco obrazuje proces twórczy, jednak w dalszym ciągu pozostaje w stu procentach ludzki. Nie odczułem, że patrzy na mnie z góry i że ukazuje artystę jako kogoś ponad każdym. Ma specyficzne środki do wyrażania siebie i swoich błagań, jednak ze swoimi słabościami, wydaje się być postacią bardzo realną. W połączeniu z wyśmienitymi zdjęciami Hamnet to niezwykle immersyjne doświadczenie, a z każdą sekundą staje się coraz bardziej intensywne, po nie w stu procentach przekonującym mnie początku i romansie sklejonym na prędce (przypadek Zimnej wojny) oraz lekko rozwleczonych przypowieściach o przyrodzie.

Problemem wskazywanym przez wielu jest tutaj emocjonalność oparta w dużej mierze na szantażu, ze środkami bezpośrednio uderzającymi we wrażliwość widza i to, że smutek jest odgórnie narzucany. Na Hamnecie trudno jest nie płakać, a przynajmniej wewnętrznie nie zostać rozdartym. Jak już wspomniałem, mój filmowy sceptycyzm film Zhao przełamał. Opowiada historię jednoznacznie smutną i tragiczną, na co należy się nastawić przy podchodzeniu do seansu. Odczucia bohaterów są jednak tu na tyle zagnieżdżone w wydarzeniach, że całościowo dzieło Zhao utrzymuje pewną uczciwość i nie jest wyłącznie historią o zasmuconym Szekspirze. Dodatkowo przy uważnym oglądaniu filmu można dostrzec dwuznaczności oraz elementy pozornie tylko ładne i banalne, jednak całościowo mające swój sens. O ich znaczeniu zdałem sobie sprawę dopiero sporo czasu po seansie.

Poczucie pretensjonalności towarzyszące mi szczególnie na początku to niewielki koszt tego, jak wspaniałym doświadczeniem był seans. Mowa tu zarówno o warstwie dźwiękowej, jak i o obrazie. Muzyka Maxa Richtera jest przez znaczącą część filmu bardzo subtelna i delikatna. Nie jest może wybitnie oryginalna, słyszałem podobną w wielu filmach (zwłaszcza melodramatach), ale robi robotę. Jej crescendo pełni niebagatelną rolę w budowaniu napięcia, aż do kulminacyjnych momentów filmu, w których wcześniej powoli gromadzone emocje wypływają z pełną mocą na wierzch. W tworzeniu warstwy wizualnej filmu wielką (główną?) rolę pełnili Polacy. Małgosia Turzańska dzięki kostiumom świetnie oddała klimat XVI-wiecznej Anglii, a Łukasz Żal powtarza swój sukces z Idy Zimnej WojnyHamnet jest filmem klimatycznym, świeżym, niemal oddychającym. To, jak bezbłędnie został nakręcony dodaje mu monumentalności.

Można dostrzec piękno, a można dostrzec pretensjonalność. Można docenić niespotykaną emocjonalność, a można kręcić głową na emocjonalny szantaż. Wszystkie elementy dzieła Zhao mogą budzić zachwyt, a mogę sprawiać wrażenie, że jest to XXI-wieczny, hollywoodzki, wyważony pod potrzeby widza produkt. Podobnie w sferze aktorskiej można zwrócić uwagę na kapitalną rolę kobiecą, a można się przyczepić do słabszego Paula Mescala w roli Szekspira. Co do drugiego – jego gra aktorska nie wzbudziła we mnie zarzutów (nie licząc nie do końca udanej sceny z to be or not to be). W dużej mierze została ona natomiast przyćmiona przez wszystko inne. Z tego też powodu nie zapamiętam jej na dłużej. W poprzedniej recenzji wskazałem Timothy’ego Chalameta jako mojego faworyta w kategorii najlepszej roli męskiej. Bardzo bym chciał, by za najlepszą rolę żeńską Oscara dostała z kolei Jessie Buckley, która bezbłędnie i przekonująco pokazuje wszystkie emocje, jakie mogą towarzyszyć matce. Od radości małymi rzeczami, przez zmęczenie, ale determinację zarazem, wściekłość i zawód, po smutek i stratę. Wszystko po kolei, a momentami wszystko jednocześnie. Ponadto na wyróżnienie zasługuje fantastyczny 12-letni Jacobi Jupe w tytułowej roli.

Pomimo tego, że moje wrażenia są jednoznacznie pozytywne, daleko mi do stwierdzenia, że Hamnet jest dziełem perfekcyjnym. Ma słabsze momenty, w których w dzieło Zhao delikatnie wątpiłem, czy elementy mogące budzić mieszane uczucia. Wyróżnia się natomiast olbrzymim ładunkiem emocjonalnym, przepięknym wykonaniem, w dalszym ciągu będąc filmem wartościowym, humanistycznym i głębokim. Nie brakuje scen wręcz ikonicznych, dzięki którym film nie prześlizgnął się tylko przez głowę, ale pozostanie w niej na długo. Jestem też pod wrażeniem utrzymania spójności zarówno realizacyjno-fabularnej i doceniam też zastosowanie klamr, powtarzanych scen na początku i na końcu oraz dwuznaczności poszczególnych scen. Rekompensuje to poniekąd skierowanie filmu na jednoznaczne, prostsze emocje i sprawia, że jest to dzieło intrygujące. Jest kompletnym portretem zarówno macierzyństwa i wszystkich jego barw, jak i roli sztuki kojącej serce. Tym pięknem i emocjonalnością Hamnet mnie kupił. Czy zmanipulował? Nie wiem, być może. Ale nawet jeśli, nie mam mu tego w ogóle za złe.

 

hamnet

Overview

Ocena
8 / 10
8

Write a Review

Opublikowane przez

Błażej Piechota

Fan kina od 13 roku życia. Docenia zwłaszcza kino twórcze, odważne, czasem kontrowersyjne. Stara się oceniać filmy pół sercem, a pół głową. Docenia wszelkie inne przejawy pasji i kreatywności, nawet jeśli je nie do końca rozumie. Do ulubionych twórców należą min. Michael Haneke, Ingmar Bergman, Krzysztof Kieślowski i Dennis Villeneuve. Lubi oprócz tego czytać literaturę true-crime, męczyć się nad językiem niemieckim, dobrze zjeść, a później dla równowagi pograć w badmintona. Senior minimum wage work expert.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *