Książki,Recenzje

Pałka, zapałka, dwa kije… – Katarzyna Ryrych – “Bombka babci Zilbersztajn” [recenzja]

bombka babci zilbersztajn
bombka babci zilbersztajn

Czy kiedy byliście dziećmi, bawiliście się w wojnę? Jeśli jesteście mężczyznami, to zapewne odpowiecie, że tak, ale i mnóstwo kobiet w dzieciństwie choć raz miało szansę brać udział w takiej zabawie. Myśleliście wtedy o ludziach, którzy naprawdę taką wojnę przeżyli? Którzy uciekali i chowali się naprawdę, nie mogąc złapać tchu nie ze śmiechu, lecz z powodu strachu i wycieńczenia? Dla których zabawa w chowanego była tak naprawdę próbą przeżycia? Przyszło Wam wtedy do głowy, że to, co dla Was jest chwilową rozrywką, dla innych, lata temu, było sprawą życia i śmierci? Karabin był prawdziwy, krew i śmierć też. Braliście to pod uwagę wtedy, kiedy jako łobuzujące dzieciaki ganialiście po podwórku, bawiąc się w żołnierzy i jeńców? Oczywiście, że nie! Po to się jest dzieckiem, żeby nie myśleć o makabrycznych sprawach. Ale jeśli jest to częścią naszej historii, naszej kultury, a być może i rodziny, to czy aby na pewno powinniśmy wszystko tłumaczyć dziecięcą beztroską i błogą nieświadomością? To tylko jedna z nielicznych spraw, jakie w swojej opowieści Bombka babci Zilbersztajn porusza Katarzyna Ryrych.

Główną bohaterką tej mrocznej i tętniącej od uczucia niepokoju historii jest Nina – dziewczynka na tyle duża, by rozumieć, że w życiu jej rodziny wiele się zmieni, kiedy mama wkrótce urodzi kolejną córeczkę, ale na tyle mała, że nie powinna sama wracać tramwajem do domu. Ninka ma brata, którego bardzo kocha, ale pewne wydarzenie sprawi, że Alek przestanią ją zauważać – niemal dosłownie. Siostra stanie się dla niego niczym duch, a brat wykaże się niesłychaną jak na tak młody wiek konsekwencją i ogromnym talentem do chowania urazy. Obrażony brat, przebywająca w szpitalu ze względu na zbliżający się poród mama i zaaferowany stanem żony tata – nikt nie ma dla Niny czasu bądź ochoty, by ten czas jej poświęcić, a przecież zbliżają się święta! Mało tego – rodzina dopiero co wprowadziła się do nowego miejsca – starej powojennej kamienicy, w której do śmierci mieszkała babcia Ninki. Jest to jedno z niewielu miejsc w najbliższej okolicy, nietknięte przez nowoczesność. Ulica i budynek zachowały swój “wojenny” klimat do tego stopnia, że czasami przyjeżdża ekipa filmowa i kręcą tu jakąś produkcję osadzoną w tamtych strasznych czasach. Alek raz nawet załapał się jako statysta. To wydarzenie tylko wzmogło chęć jej brata i jego kolegów do zabawy w wojnę. Jednak rozrywka ta nie spodobała się jednej z mieszkanek kamienicy – starej, zgarbionej i pomarszczonej babci Zilbersztajn – jak zwykło się na nią mówić.

Jednak podczas gdy Alkowi najstarsza mieszkanka kamienicy zdaje się być starą zrzedą, która rujnuje zabawę i naraża chłopca na dezaprobatę ojca – dla Ninki, w tych trudnych chwilach, kiedy żaden z domowników nie zwraca na nią uwagi, okazuje się być ratunkiem i pokrzepieniem. Można nawet powiedzieć, że dziewczynkę i starszą kobietę, które dzieli tyle lat i doświadczeń, zaczyna łączyć swego rodzaju przyjaźń. To właśnie babcia Zilbersztajn czuwa nad Niną, gdy ta leży chora w łóżku, to ona robi jej syrop i dotrzymuje towarzystwa. To również od niej nasza bohaterka dostaje prezent, który na pierwszy rzut oka wydaje się być bardzo zwykły, jednak z czasem… nabiera ogromnego znaczenia. Dzień przed Wigilią staruszka ofiarowuje Nince ręcznie dekorowaną bombkę będącą pamiątką rodzinną. Bombka ta zostaje powieszona na udekorowanej tradycyjnie choince i w zasadzie na tym jej rola w powieści Katarzyny Ryrych się kończy, z tym że… my wiemy, że to właśnie ten podarunek sprawia, że w życiu Ninki zaczynają dziać się dziwne, niewytłumaczalne rzeczy.

Niedługo po otrzymaniu tego nietypowego prezentu, Nina odkrywa w swojej szafie drzwi, których do tej pory nie zauważyła (a może po prostu nigdy ich tam nie było?). Drzwi prowadzą do pomieszczenia, które wydaje się dziewczynce tak samo znajome, jak i obce. Co więcej, spotyka tam… swoją rówieśniczkę, ale jakże inną od niej samej! Dziewczynka, która nie chce zdradzić swojego imienia, jest blada, wystarszona i bardzo głodna. Mówi, że się ukrywa, i co rusz ucisza Ninę, strasząc ją, że tajemniczy “Oni” mogą w każdej chwili wejść, sugerując jednocześnie, że nie będzie to przyjemna wizyta. Tak właśnie zaczyna się mroczna przygoda Niny, w kórej również czytelnik będzie brał udział. Raz po raz przechodząc na drugą stronę, uczestnicząc w życiu swojej rodziny, jak i tajemniczej osóbki za ścianą szafy, nasza bohaterka będzie przechodziła stopniową metamorfozę. Chciałabym napisać, że to, co ją spotyka, przyspiesza jej dorastanie, ale w Bombce babci Zilbersztajn nic nie jest takie proste. Nina zmenia się i zmienia swoje nastawienie do świata – częściowo wypełnia ją mrok, który wlał się w nią “po drugiej stronie”. Zaczyna cechować ją większa apatia, pesymizm i melancholia, jakby wszystko, co zobaczyła – a przede wszystkim “wyczuła” – w tym obcym świecie, do jakiego trafiła, na nowo zdefiniowało jej charakter. Podróże odbywane raz po raz w tę i we w tę, coraz większy mrok i dezorientacja, a także wszechogarniający strach sprawiają, że w pewnym momencie Nina i nieznajoma dziewczynka zaczynają się nam mylić – jest to oczywiście celowy zabieg pisarki; w pewnym momencie sama bohaterka nie wie już, którą z dziewczynek jest. Jakby świat odwrócił się do góry nogami o kilka razy za dużo i wszystkie jego elementy wymieszały się ze sobą, tworząc zupełnie nową rzeczywistość.

To, co najbardziej podobało mi się w powieści, i za co najbardziej doceniam dzieło Ryrych, to fakt, że autorka ani razu nie daje czytelnikom jednoznacznej odpowiedzi. Wielu rzeczy się domyślamy i są dla nas po jakimś czasie pewne, ale na żadną z nich nie znajdujemy typowej odpowiedzi, kategorycznego potwierdzenia. Dzięki takiemu zabiegowi autorka Siódmej piszczałki rewelacyjnie zbudowała atmosferę grozy, niepewności i lęku. W pewnym momencie nawet dorosły czytelnik może poczuć się osaczony przez anonimowych, tajemniczych “Ich”, a także zaszczuty i niepewny czegokolwiek. Wojenna historia babci Zilbersztajn, a także jej rodziny, widziana oczami – można chyba pokusić się o to stwierdzenie – niewzruszonej kamienicy, przyprawia nas momentami o ciarki. Dociera do nas z całą mocą okrucieństwo wojny, choć ani razu nie spotykamy żołnierzy i nie widzimy broni wycelowanej w któregoś z bohaterów. Czujemy jednak, jak w powietrzu unosi się strach, niepewność i… śmierć.

W związku z powyższym, nie jestem do końca pewna, dzieciom będącym w jakim wieku, można Bombkę babci Zilbersztajn podsunąć… Zastanawiam się nad tym od pierwszych niepokojących zdarzeń w powieści i nie wiem do tej pory – już jakiś czas po odłożeniu książki na półkę. Historia, jaką opowiada Katarzyna Ryrych, to historia po pierwsze trudna, a po drugie zostaje przedstawiona w sposób dość niekonwencjonalny, jeśli weźmiemy pod uwagę młodego czytelnika. Osobiście uważam to za ogromną zaletę dzieła, jednak nadal pozostaje problem z przedziałem wiekowym odbiorców. Z jednej strony mamy obrazki, które sugerują nam młodszego czytelnika, z drugiej jednak – rysunki Anny Rudki pogłębiają uczucie niepokoju i grozę tej historii. Podobnie rzecz ma się z wyliczankami, które stanowią tytuły kolejnych rozdziałów – niby powinny przywodzić na myśl zabawę i beztroskę, śmiech i rozrywkę, ale tak naprawdę jawią nam się jako makabryczne rymowanki, które na tle opisywanych wydarzeń, nabierają nowego, budzącego grozę znaczenia. Choć nie wiemy w pewnym momencie, co jest wytworem wyobraźni Niny, a co dzieje się naprawdę, jesteśmy pewni jednego – wojna miała miejsce, wraz z każdym jej okrucieństwem. Nina na własnej skórze przekonała się, jakie uczucia wywołuje, i już same one, bez wydarzeń do nich doprowadzających, odmieniły ją – jak przypuszczam – na zawsze.

Zastanawiam się, dlaczego Bombka babci Zilbersztajn nie została wydana w ramach serii Lepiej w to uwierz! Nie dość że poprzednia książka Katarzyny Ryrych opatrzona została właśnie tym szyldem, to przecież historia Ninki idealnie by się w nią wpasowała. Mieliśmy już w niej niezwykle ważne (Miasteczko Ostatnich Westchnień), jak i poważne (Piętnaście kroków). Bez względu jednak na to, uważam, że najnowsza powieść Katarzyny Ryrych to pozycja wyjątkowa, wyróżniająca się na tle powieści skierowanych do młodszego czytelnika. Nie tylko porusza ważną i odważną tematykę, ale także robi to w sposób nieszablonowy, zasakujący nawet dorosłego czytelnika. Historia Niny na długo pozostaje w pamięci, wraz z uczuciem kłującego strachu, którego nie potrafimy całkowicie stłumić. Jeśli jednak miałabym udzielić drobnej rady tym, którzy planują podsunąć tę książkę swoim pociechom lub młodszym czytelnikom ze swojego otoczenia, polecałabym najpierw samemu ją przeczytać. Po pierwsze dlatego, że to po prostu bardzo dobra lektura, a po drugie po to, by zdecydować, czy dziecko, które do lektury Bombki babci Zilbersztajn zasiądzie, jest już na to gotowe.

Fot.: Wydawnictwo Ezop

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".