bridgertonowie 2

Material world – Chris Van Dusen – „Bridgertonowie”, sezon 2

Nowy sezon czas zacząć. A w przypadku serialu Bridgertonowie ma to podwójne znaczenie, bo serialowy podział na sezony czy też odsłony to jedno, ale początek XIX wieku w stworzonej na podstawie powieści Julii Quinn Angli to wśród socjety kończące się i zaczynające na nowo sezony towarzyskie, które dla jednych są okazją do znalezienia męża lub małżonki, pokazania się w strojnych sukniach i oddychania dramatami, skandalami i ploteczkami, a dla innych to istna udręka, bo kurtuazje, nieskazitelna postawa i nieprowadzące do niczego, zdawkowe rozmowy są niczym za ciasny gorset, który zamiast podkreślać wdzięki, uwydatnia jedynie to, co chciałoby się ukryć. Jednak nowy sezon nadszedł wielkimi krokami i nic go już nie powstrzyma. Sezon bali, zalotów, przyjmowania adoratorów, a także rozprawiania o tym, o kim też tajemnicza Lady Whistledown napisze w kolejnej broszurze – rujnując mu reputację lub wręcz przeciwnie. Bridgertonowie zapraszają na bal, na którym pogarda prosi do tańca szacunek, miłość depcze po stopach nienawiści, obowiązki ozdabiają stroje skrojone na miarę, a skandal goni skandal, czując się we własnym towarzystwie po prostu najlepiej. To, co? Do kadryla!

Porzucamy w zasadzie całkowicie parę, która w pierwszym sezonie była na ustach wszystkich, a więc Daphne i Simona. Tak to już jest, że miłość i żądza, zwłaszcza te ekranowe, zajmują nas najbardziej wtedy, kiedy wydają się niemożliwe, niedostępne, zakazane, nieszczęśliwe. Kiedy więc panna Bridgerton i książę Basset w końcu odłożyli na bok dumę i uprzedzenie, a także swoje obawy i zaczęli tworzyć szczęśliwe małżeństwo – no cóż… przestali być już zarówno dla twórców, jak i dla widzów tak interesujący. Pora zająć się nowym romansem, nowym skandalem, nową żądzą, która rozpala oczy, dłonie i serce. W drugim sezonie Bridgertonów, zgodnie z zapowiedziami i wedle literackiego pierwowzoru, głównym bohaterem jest głowa rodu, a więc najstarszy brat Daphne – Anthony. Ten, którego w pierwszej odsłonie produkcji poznaliśmy jako owszem, pełnego manier pana domu i dbającego o obowiązki i reputację rodziny wicehrabiego, jednak jego druga skóra to postać rozpustnika, mężczyzny o gorącej krwi, który doskonale wie, jak uwieść kobietę. Anthony do tej pory nie interesował się sezonami towarzyskimi i pannami na wydaniu. Jednak jako oddany obowiązkom rodzinnym i świadomy tego, że jako najstarszy Bridgerton ma do odegrania konkretną rolę (zwłaszcza po śmierci ojca), zdaje sobie sprawę z tego, że ożenek jest kolejnym etapem na jego liście zobowiązań. Kiedy natomiast jego matka ogłasza niby mimochodem, ale wyraźnie podniesionym głosem o jego ślubnych zamiarach, tak dobra, a w dodatku przystojna partia jak Anthony Bridgerton zostaje oblężona przez panny na wydaniu. Jednak wicehrabia ma swoje wymagania. Nie szuka małżeństwa z miłości. Nie po tym, jak widział, jak takie małżeństwo się kończy, kiedy jedna z osób odchodzi na zawsze. Nie może sobie pozwolić na taki ból ani na to, by być tego bólu przyczyną. 

Małżeństwo to zatem dla niego transakcja, umowa biznesowa, która musi być dla niego jak najkorzystniejsza. Szuka więc wybranki, która będzie nie tylko dobrze się prezentować, ale również będzie oczytana, inteligentna, podległa mężowi i dobrze wychowana, jak również nieskazitelna pod względem reputacji. Dość już skandali. Pierwszy bal jednak udowadnia, że wymagania Anthony’ego są zbyt wysokie. Żadna młoda kobieta nie spełnia tych oczekiwań. Wszystkie są nudne albo głupie, albo naiwne. Do czasu. Do czasu aż pojawia się niewidziana od lat Mary Sharma, która powróciła z Indii na salony, przywożąc ze sobą dwie piękne córki. Młodsza z nich, Edwina, to ta jedyna. Wymarzona kandydatka. Piękna, inteligentna, oczytana i dokładnie wiedząca, co powiedzieć i kiedy. W dodatku wydaje się oczarowana Anthonym. Wszystko zdaje się układać idealnie, gdyby nie ona. Starsza siostra Edwiny, Kate. To ją Anthony spotkał pewnego ranka galopującą na koniu jak szalona i zachęcając nieświadomie do wyścigu. Wyścigu, który przerodził się w nieustającą, trwającą cały sezon rywalizację nakręcaną wzajemną pogardą i nienawiścią. A przecież wiemy, że od niej tylko krok do gorącego uczucia. Kate nie przypomina innych kobiet, Jej uroda jest niezaprzeczalna, oczytanie i znajomość manier również, ale to, czym wyróżnia się przybyła z Indii piękność, to jakaś nieustępliwość, nieugiętość, brak uległości, która wpajana jest innym pannom. Rozmowa z nią to ciągła walka, przepychanki słowne i próba postawienia na swoim. Jest więc panna Sharma krnąbrna, nieustępliwa, przepełniona ironią, doprowadzająca do szału i… wypełniająca wszystkie myśli Anthony’ego. Ale przecież on już postanowił, że poślubi Edwinę. Wszystko zaszło za daleko. Poza tym Kate jest nieznośna. Szykuje się ciekawy sezon. Skandal wisi w powietrzu.

bridgertonowie

W tle dziać się będą oczywiście inne wydarzenia związane z Lady Whistledown, pozostałymi Bridgertonami, a także rodziną Featheringtonów. Z poprzedniego sezonu wiemy już, że naczelną, drukowaną plotkarą jest nie kto inny, jak niepozorna, nieśmiała Penelope, która skrzętnie skrywała do tej pory swoją działalność. Jednak coraz więcej osób zaczyna interesować się, kim jest naprawdę Whistledown. Obsesję na tym punkcie ma zarówno królowa Anglii, jak i najlepsza (jedyna) przyjaciółka Pen, Eloise Bridgerton. To nie może się skończyć bez fajerwerków. W międzyczasie z Grecji powraca również Colin, który wyjechał po skandalu związanym z nim i panną Mariną Thompson. Czy Colin dostrzeże w końcu uczucie, jakim darzy go Penelope? Mamy jeszcze Bededicta Bridgertona, który postanawia skupić się na swojej pasji i sztuce, czy jednak wszędobylska nagość i równie łatwo dostępne używki nie przeszkodzi mu w doskonaleniu talentu?

bridgertonowie

Bridgertonowie w drugim sezonie wykorzystują bardzo sprawnie schemat, który idealnie sprawdził się w pierwszej odsłonie. W tle ploteczki z broszury Whistledown, pomniejsze skandale, próba stania się szanowaną rodziną przez Featheringtonów, a na pierwszym planie miłosna historia, tym razem trójkąt, która, jak się wydaje, nie ma szans skończyć się dobrze. Znów mamy niezwykle silne uczucie, które wyrasta pomiędzy początkowo odpychającymi się osobami. I wiemy już, że dopiero koniec sezonu przyniesie tym dwojgu ukojenie, bo to właśnie obietnica spełnienia jest tym, co najlepiej się ogląda. Kiedy dojdzie już do szczęśliwego finału, przyjdzie pora na kolejną dramatyczną historię. Nikt nie chce oglądać szczęśliwych małżonków w ich nudnym życiu. Chcemy rozpalonych spojrzeń, drżących z pragnienia dłoni i ust, wyrywających się, ale krwawiących serc. Chcemy tego napięcia i tego niespełnienia, tego ognia, który, kiedy dostaje w końcu przyzwolenie, przygasa w oczach widzów. Dlatego też Daphne powraca w tym sezonie w kilku zaledwie scenach, bardziej jako element scenografii, a jej mąż Simon nie pojawia się wcale. 

bridgertonowie

Pierwsze dwa odcinki mnie zawiodły – dłużyły mi się i wydawały prowadzone na siłę. I do tej pory nie mam pewności, czy po prostu były one słabsze, a historia nabiera rumieńców w trzecim  odcinku, czy po prostu ja potrzebowałam czasu, żeby na nowo odnaleźć się w tym specyficznym świecie i tej kostiumowej historii, w tej sztywnej na pozór socjecie? Wydawało mi się podczas oglądania tych dwóch pierwszych epizodów, że serial bierze wszystko, co było w nim średniej jakości i eksploatuje jeszcze mocniej, natomiast to, co było najlepsze, skrywa gdzieś w cieniu. Po trzecim odcinku jednak to wrażenie zniknęło, a serial oglądałam już po prostu z przyjemnością. Czy guilty? W końcu to romansidło, wiec pewnie trochę tak. Nie opuszcza mnie jednak wrażenie, że wszystkie wątki poboczne, które w pierwszej odsłonie oglądałam z zainteresowaniem, tutaj jakoś straciły impet i to właśnie główny wątek przytrzymywał mnie przy ekranie. W wątku rodziny Featherington, a także samej Penelope w zasadzie niewiele się zmieniło. Choć pojawiły się zupełnie nowe problemy, to mam wrażenie, że wszystko szło tym samym torem, przez co moje zainteresowanie było o wiele słabsze. Również wątek Lady Whistledown nie został w pełni wykorzystany, powielając pomysły z poprzednich odcinków. Choć tym razem oczywiście mamy inną perspektywę, wiedząc, kto skrywa się za tym przydomkiem, a sama Pen musi lawirować między dociekliwą przyjaciółką a skrytą w ciemności drukarnią, by nikt jej nie przyłapał. Pewne rzeczy były zrobione zbyt dosłownie, były zbyt oczywiste. Jak na przykład chowanie zarobionych na broszurach pieniędzy przez Pen – powtórzone kilkukrotnie, już za pierwszym razem kazało nam domyślać się, że zostanie to odkryte w najmniej odpowiednim dla młodej damy momencie i przez osobę, najmniej do tego pożądaną. 

bridgertonowie

Kolejny raz mamy do czynienia ze świetną oprawą muzyczną, a utwory balowe, które towarzyszą pannom i kawalerom podczas tanecznych zalotów, to współczesne hity przerobione (podobnie jak w pierwszym sezonie) na dawną modłę. Najbardziej przypadł mi do gustu utwór Madonny Material Girl, który w tym wykonaniu, na wypełnionej przepychem sali balowej zabrzmiał ciekawie i intrygująco, zwłaszcza biorąc pod uwagę polowanie na męża przez młode damy lub na posag przez kawalerów. Odcinki różnią się od siebie długością, i to dość znacznie, ponieważ jeden epizod potrafi trwać niecałe 50 minut, podczas gdy następny już 70. I nie mówię tu o sytuacji, kiedy pierwszy i finałowy odcinek trwają dłużej, ale jest to losowe na przestrzeni całego drugiego sezonu. Twórcy jednak sprawnie utrzymują napięcie, zwłaszcza to, które unosi się nad główną parą – Anthonym i Kate. Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że twórcy o wiele delikatniej podeszli w tym sezonie do pokazywania scen erotycznych. Jeśli mnie pamięć nie myli, w pierwszym sezonie nie brakowało ich w kolejnych odcinkach, w drugim, choć skupia się on na postaci wcale niestroniącego od cielesnych uciech Anthony’ego, otrzymujemy zaledwie trzy mocniejsze sceny, a jakby się uprzeć, to w zasadzie jedną. Nie, nie jest to wada, jednak obranie nieco delikatniejszego kierunku. A może stopniowanie napięcia? Pokazanie, że Anthony naprawdę robi wszystko, co w jego mocy, by zachować się jak dżentelmen?

bridgertonowie

To oni właśnie przyciągają tym razem przed ekrany i myślę, że udaje im się to bardzo dobrze, za co też odpowiada dobry casting. O ile Anthony nie mógł się zmienić (lecz zakładam, że już przy pierwszym sezonie twórcy wiedzieli, co robią, mając świadomość zarysu fabuły drugiego sezonu), o tyle aktorka do roli Kate wybierana była specjalnie pod tę relację i myślę, że aktorka świetnie się sprawdziła. Między tą parą czuć chemię i trudno jej zaprzeczyć. I choć głosy widzów są podzielone – jedni woleli poprzednią parę, czyli Daphne i Simona, inni zdecydowanie bardziej kibicowali Anthony’emu i Kate – to myślę, że po prostu oba wątki były sprawnie jak na swój gatunek rozpisane i bardzo dobrze odegrane. Simone Ashley i Jonathan Bailey wykonali naprawdę kawał dobrej pracy, tworząc między granymi przez siebie bohaterami więź, dzięki której widzowie mieli ochotę odpalać odcinek za odcinkiem. Nie ma co ukrywać, że to ich historia, w której nienawiść i pogarda przeradzają się w miłość i żądzę (czy raczej udawana nienawiść i pogarda z czasem odkrywają swoje prawdziwe oblicze) przyciągała przed ekran i kazała przy nim trwać. Osobiście miałam obawy, co do postaci Anthony’ego i samego aktora, bo w pierwszym sezonie ani jego postać, ani Bailey właśnie mnie nie zachwycili, ale muszę przyznać się do błędu i oddać brytyjskiemu aktorowi, że dał z siebie wszystko. Myślę, że to w dużej mierze na nim opiera się to uczucie żądzy i przyciągania do drugiej osoby, choć w teorii miało być ono obustronne z taką samą mocą. Jednak jeśli chodzi o pokazanie tego na ekranie – gestami, mimiką, spojrzeniem, to Bailey wygrywa w pojedynku z Ashley i naprawdę można uwierzyć jego tęsknym i rozpalonym spojrzeniom rzucanym większym lub mniejszym ukradkiem w stronę panny Sharmy.

bridgertonowie

Dobrym pomysłem i ciekawie rozegranym było połączenie tych dwojga ze względu na doświadczenia i przeżycia. Choć początkowo zarówno dla widza, jak i dla siebie nawzajem zdają się totalnie różni, to wyznania Kate, a także retrospekcje związane ze śmiercią ojca Anthony’ego i wydarzenia z tym związane, udowadniają, jak wiele ta dwójka ma ze sobą wspólnego. Widzimy, jak wiele obydwoje poświęcili, aby zadbać o rodzinę, stawiając ich szczęście i dobrobyt na pierwszym miejscu. I w przypadku wicehrabiego byłoby to niekiedy nawet przesadzone, gdyby nie to, że zostaje przełamane tym, iż sami bracia Anthony’ego wykpiwają jego przesadne poczucie obowiązku i wypominanie tego, ile poświęcił, stając się z dnia na dzień głową rodziny. 

W drugim sezonie, podobnie jak to było w pierwszym, poprzez postać Eloise Bridgerton, jedynej panny z socjety, która otwarcie gardzi balami, pięknymi sukniami, konwenansami i poszukiwaniami dobrej partii, twórcy przemycają problematykę nierównego traktowania kobiet. Jednak kolejny raz (pisałam już o tym podczas recenzowania pierwszego sezonu, TUTAJ) o wiele lepiej wychodzi im to w zupełnie innych wątkach, które zahaczają o tę tematykę bardziej mimochodem. Jak na przykład w scenie będącej wspomnieniem, kiedy to rodzi się Hiacynta, najmłodsza panna Bridgerton, tuż po śmierci głowy rodu. Muszę jednak przyznać, że wśród dystyngowanych, sztywnych i elokwentnych panien, które dygają i mrugają na zawołanie, Eloise nadal jest jakimś powiewem świeżego powietrza – ze swoją wiecznie lekko przygarbioną sylwetką, za którą stara się schować swoją kobiecość, którą sama uważa za atut, ale wie, że postrzegana jest raczej jako ułomność przez resztę społeczeństwa. Eloise jest jak otwarcie okna na dusznej, zaparowanej sali balowej. Aktorka, która się w nią wciela, Claudia Jessie, konsekwentnie tworzy postać odstającą od reszty zarówno charakterem, jak i postawą. Oprócz wspomnianego przygarbienia, aktorka odgrywa pewnego rodzaju niepokój postaci, który objawia się niepewnymi ruchami, delikatnym drżeniem. Na tle sztywnej jak kij od miotły socjety Eloise jest nad wyraz prawdziwa. Momentami zdaje się, że cała reszta jest do niej doklejona.

bridgertonowie

Drugi sezon Bridgertonów, choć dwa pierwsze epizody zasiały we mnie zwątpienie, co do jego jakości względem pierwszego, doskonale spełnia swoją powinność. Jest nadal romansem kostiumowym, który część odbiorców odrzuci, ze względu na sam gatunek, ale to bardzo sprawnie skonstruowana produkcja, która przyciąga dokładnie tym, czym twórcy chcieli, aby przyciągała. Mamy tu skomplikowaną historię miłosną, rodzącą się między dwiema silnymi jednostkami, w dodatku jednostkami, które nie chcą się na nią zgodzić i odpychają ją z całych sił. Mamy tu problem poczucia obowiązku wobec rodziny, który nie powinien jednak stawać na drodze do szczęścia jednostki. Mamy tu feministyczne wywody, które czasem są ciągnięte na siłę, a innym razem brzmią sensownie i trafiają w sedno. Mamy wątek Lady Whistedown, który nadal przypomina nic innego jak Plotkarę, a jednak wciąż z całą mocą pokazuje siłę plotki i tego, jak opinia społeczeństwa, a tym bardziej skandal potrafi naznaczyć nazwisko i zrujnować reputację – nawet jeśli nic z tego, nie jest prawdziwe.

bridgertonowie

Bridgertonów ogląda się dobrze. Fabuła wciąga, romans pobudza wyobraźnię i zmysły, piękne kostiumy i muzyka cieszą oko i ucho, a miniona epoka i zwyczaje dają nam przyzwolenie na to, by zachwycać się lub śmiać z czegoś, co współcześnie wzbudziłoby w nas zupełnie odmienne emocje i reakcje. Ten serial został skrojony niczym najbardziej strojna suknia panny na wydaniu, która podkreśla jej wdzięki, kosztuje niemało i zachwyca wszystkich dookoła, mamiąc i wabiąc tym, co ukrywa. Krawcowa zdejmująca miarę doskonale zna nie tylko wymiary modelki, ale także najnowsze trendy i to, co podoba się ludziom, co przyciągnie wzrok i zapewni popularność zarówno modelce, jak i jej samej. Żaden szew nie puszcza, żadna perła nie upada na podłogę w chwili największej ciszy. Wszystko jest na swoim miejscu. I nawet jeśli wiemy, że to idealnie skrojony pod publikę produkt, to nie przeszkadza nam to w czerpaniu przyjemności z jego oglądania. Bridgertonowie to czysta rozrywka, dobrze zrobiona i dobrze zagrana. Pozwalająca się oderwać i pomarzyć. 

Anthony i Kate odnajdują wspólne szczęście. Nie ma więc powodu ciągnąć dalej ich historii. Ich miłość stała się możliwa, dlatego o wiele mniej interesująca dla widzów. Nie będzie już tęsknych spojrzeń. Nie będzie nieznajdującej ukojenia żądzy. Cierpienia rozsadzającego serce i głowę. Dlatego twórcy muszą zostawić ich w spokoju. Dlatego trzeci sezon będzie opowiadał o kolejnym z Bridgertonów. Jeśli się nie mylę, będzie to Benedict, aspirujący artysta. Teraz czas na jego rozterki miłosne. Ale na to przyjdzie nam jeszcze długo poczekać. Sezon się skończył, pora odpocząć, poczekać, aż rumieńce zejdą z policzków, skandale przycichną, a kolejne panny będą mogły zadebiutować. I ruszyć z pretendentami do ich ręki. W rytm kadryla. W rytm Material Girl. W tym materialistycznym świecie, w którym twórcy chcą, abyśmy uwierzyli w prawdziwą miłość.

bridgertonowie

Fot.: Netflix

bridgertonowie 2

Overview

Write a Review

Opublikowane przez

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.