Boska Florence

Cała prawda o kłamstwie – Stephen Frears – „Boska Florence” [recenzja]

Natura nie wszystkich obdarza po równo – na tym opiera się wiele ludzkich dramatów, ale na tym też polega poniekąd urok tego (i zapewne każdego innego) świata. Jedni mogą poszczycić się urodą, inni jakimś talentem bądź inteligencją. Niektórzy posiedli wszystkie te atuty. Nie zawsze jednak jesteśmy w posiadaniu talentu czy jakiegokolwiek życiowego atutu, który nas satysfakcjonuje. Florence Foster Jenkins, czyli tytułowa Boska Florence, choć kocha muzykę nad życie, nie ma za grosz talentu do śpiewania. Uwielbia słuchać cudownych dla jej uszu operowych arii i sama marzy o tym, aby wykonywać je na wielkiej sali, w dodatku tak, aby ludzie płakali ze wzruszenia i bili brawa na stojąco, by wyrazić swój zachwyt. Jak jednak wspomniałam, Florence nie została obdarzona wspaniałym głosem – wręcz przeciwnie. Czy jednak ten mały drobiazg wystarczy, aby ją zniechęcić? Absolutnie! Zwłaszcza, jeśli wszyscy dookoła wpierają kobiecie, że jej głos to istny dar od boga.

Na początku Florence Foster Jenkins nie wyróżnia się niczym specjalnym, nie zwraca na siebie szczególnej uwagi i wydaje się całkowicie normalną osobą, nijaką kobietą wtapiającą się w tłum. Szybko jednak widz zaczyna wyłapywać jej drobne dziwactwa, kryjące się niekiedy tylko za pewnym grymasem, ruchem rąk czy spojrzeniem. Tym jednak, co jako pierwsze wyróżnia ją wkrótce z tłumu, są pieniądze i wpływy, jakie dzięki nim zdobyła. Fortuna odziedziczona po ojcu zapewnia starszej kobiecie dostatnie, a wręcz wystawne życie u boku może nie zamożnego, ale pochodzącego z arystokratycznej rodziny męża St Claira Bayfielda, aktora scenicznego i jednocześnie jej menedżera. Kochając muzykę niemal do szaleństwa, Florence założyła w Nowym Jorku, a także przez lata finansowała i brała czynny udział w  rozwoju Klubu Verdiego. W różnych przedstawieniach tam wystawianych grana przez Meryl Streep kobieta bierze udział jako niema część scenografii, jednak szybko przestaje wystarczać jej ta rola. Wpada więc na pomysł, aby zacząć brać lekcje śpiewu, natomiast z przebiegu jej rozmowy z mężem dowiadujemy się, że nie będzie to pierwszy raz dla pani Foster Jenkins. Zostaje więc zorganizowany casting na pianistę, przybywa również szkolący kobietę od lat znany nauczyciel śpiewu. I kiedy wszystko jest już gotowe, a Florence zaczyna wydobywać z siebie pierwsze dźwięki, z powagą i gracją przybierając pozy śpiewaczek operowych… sala kinowa wybucha śmiechem. Bo głos Florence to istny fałsz, piski i jęki, które w niczym nie przypominają śpiewu. Jakie więc jest nasze zaskoczenie (i nowo zatrudnionego pianisty, Cosmé McMoona), kiedy zarówno nauczyciel, jak i St Clair wpadają w zachwyt i nakłaniają kobietę, aby śpiewała tak dalej. Od tej chwili zaczynamy się momentami czuć tak, jakbyśmy oglądali film spokrewniony z produkcją Truman Show. Tutaj również bohaterka żyje poniekąd w wykreowanym świecie, gdzie wszystko zdaje się być – nomen omen – fałszem. Niemożliwe do zrozumienia zachwyty, oklaski przyjaciół, pochwały po recitalach, na których wkrótce występuje Florence – zadziwia nas to, ale jednocześnie fascynuje. Ponieważ McMoon nie jest w to na początku wtajemniczony i również minę ma nietęgą, identyfikujemy się z bohaterem, podzielamy jego szok i liczymy, że dzięki przynajmniej jednej postaci, która nie rozumie, to i owo zostanie nam wyjaśnione.

florence-10

Przez sporą część filmu Boska Florence może towarzyszyć nam wrażenie, że kłamstwa, jakimi otaczana jest główna bohaterka, niemające pokrycia w rzeczywistości pochlebstwa i miłe słówka, są efektem ogromnej siły pieniądza, bo wszem i wobec wiadomo, że Florence jest posiadaczką fortuny niemałej. Jednak jest to wrażenie mylne i powierzchowne, któremu jednak ja także dałam się ponieść, zapominając, że są jeszcze inne sprawy i inne rzeczy ważniejsze od pieniędzy i dobrych stosunków z zamożnymi, wpływowymi ludźmi. Obserwując starszą kobietę i ludzi, którzy wokół niej się gromadzą, zaczynamy jednak powoli dostrzegać, co tak naprawdę sprawia, że zarówno życiowy partner, nauczyciel muzyki, jak i coraz większe tłumy gromadzące się na sali koncertowej, nagradzają fatalną śpiewaczkę aplauzem i szczerymi uśmiechami. Jednak żeby dotrzeć do tego momentu, trzeba towarzyszyć Florence w jej największym scenicznym osiągnięciu, a więc wystąpieniu przed przeogromną publicznością w Carnegie Hall, gdzie kobieta pierwszy raz (a w zasadzie nie ona, lecz St Clair) nie ma wpływu na to, jacy ludzie pojawią się na koncercie i jakie opinie o nim później wydadzą. Do tej pory bowiem ukochany Florence dokładnie planował, kto zasiądzie na widowni i – jeśli był to dziennikarz – jaką recenzję później napisze. Tym razem jednak kontrola nad publicznością jest niemożliwa i być może Florence po raz pierwszy zrozumie, że jej śpiew to nie rozkosz dla ucha…

florence-8

Przy całym jednak dziwactwie Florence i przy całym spektaklu, jakim uczynili z jej życia przyjaciele i znajomi, film Boska Florence nie jest jedynie pustą komedią, podczas oglądania której widz do łez zaśmiewa się z wokalnych popisów “artystki”. Oczywiście – śmiech niełatwo opanować i naprawdę można dostać od niego nawet czkawki w trakcie seansu, ale kiedy zajrzymy za tę zasłonę komedii i groteski, tego fałszu i parodii, dojrzymy coś, co naprawdę może zaskoczyć, poczujemy falę ciepła i wzruszenia, których w filmie nie brakuje, z tym że są schowane za roześmianym tłumem. Boska Florence to bowiem, obok wyśmienitej komedii, piękna i prawdziwa opowieść o miłości – tak, tak po prostu o miłości. Brzmi górnolotne? Wyczuwacie nadęcie, patos, a może nudę? Niepotrzebnie. Zresztą, chyba właśnie dlatego twórcy filmu niemal cały czas kryją to wszystko w cieniu swobodnej, zabawnej opowieści o fałszującej kobiecie kupującej sobie oklaski. Ale Florence Foster Jenkins tłumy słuchających jej bez gwizdów i wybuchów śmiechu ludzi zawdzięczała nie pieniądzom czy pozycji, lecz swojej empatii, wyjątkowej osobowości i sympatii, jaką wzbudzała u ludzi. Oczywiście – pieniądze jej w tym pomogły, ale nie one same w sobie gromadziły wokół niej krąg zwolenników. Wykorzystywała fakt, że je ma, aby wspierać młodych muzyków i innych artystów. Była wielkoduszna i przyjazna, a jej niekiedy dziecięce podejście do życia wywoływało jeszcze większe rozczulenie jej osobą i w pewnym sensie podziw. Tak jak bowiem dzisiaj ze swoim czystym zachwytem i czystą rozpaczą kobieta byłaby niedzisiejsza, tak i wtedy wzbudzała zainteresowanie, ale to pozytywne. Jej miłość do muzyki, do piękna, do ludzi i świata zarażała i przenosiła się na inne osoby, sprawiała, że ludzie ją kochali i słuchając jej wątpliwych popisów wokalnych, zapominali o braku rytmu i nie zwracali uwagi na nietrafianie w dźwięki, a także bolesne dla uszu występy – cieszyła ich jej radość, jaką czerpała z każdego występu, doceniali szczerość i pasję, jaką w to wkładała, dlatego z czasem zaczęli sami odczuwać jakiś dziwny rodzaj przyjemności, przebywając na sali podczas jej występów.

florence-4

Boska Florence to także niesamowicie ciepła opowieść o miłości mężczyzny do kobiety, która niekoniecznie musi iść w parze z namiętnością i pożądaniem. Miłość St Claira do Florence potrafi chwycić za gardło, choć przez długi czas dałam się ponieść złudzeniu, że ten aktor estradowy jest z nią tylko ze względu na jej pozycję i spore możliwości finansowe. Jednak z czasem widzimy całą paletę uczuć, jakimi mężczyzna ją darzy. I choć okłamuje ją nie tylko w kwestii zdolności muzycznych, wybaczamy mu te kłamstwa, bo dociera do nas, że tylko dzięki nim kobieta ta u kresu swojego życia jest naprawdę szczęśliwa. A życie Florence Foster Jenkins jej nie oszczędzało, co wiemy przecież z prawdziwej historii “najgorszej śpiewaczki”, na której oparty został ten film (dzieło, o dziwo, tylko momentami odbiega od rzeczywitości). Na każdym zakręcie towarzyszyła jej jednak muzyka i to ona dawała jej radość. A jeśli na tym ostatnim meandrze trzeba było zawoalować prawdę podwójnie, aby zaznała pełni szczęścia – kim jesteśmy, by to oceniać? Zwłaszcza że nie były to przecież zwykłe, przychodzące z łatwością kłamstwa, lecz w pewnym stopniu sztucznie stworzona forteca, w której bliscy ukrywali Florence. Dla młodego człowieka byłoby to szkodliwe, lecz pamiętajmy, że jej nie czekało już w życiu nic dobrego, poza stojącym u jej boku mężczyzną, w którego wierność i bezgraniczne oddanie musiała wierzyć, i powalająca kariera śpiewaczki, o której przekonanie trzymało ją przy życiu wciąż zagrożonym przez chorobę. Gdyby straciła którąkolwiek z tych dwóch rzeczy albo obie, po prostu pękłoby jej serce.

florence-3

Sukces filmu to w ogromnej mierze zasługa trzech fantastycznych kreacji aktorskich. Zacznijmy może od tej najbardziej oczywistej, po której nie mogliśmy spodziewać się fałszu – Meryl Streep w roli Florence Foster Jenkins jest bezbłędna. Idealnie potrafiła wywołać jednocześnie szczery śmiech i rozbawienie spowodowane swoim “śpiewem”, jak i ogromne pokłady empatii, zrozumienia, że ona naprawdę robi to, co kocha, mimo że robi to fatalnie. To, że nagrodzona trzykrotnie Oscarem aktorka potrafiła zagrać koszmarnie śpiewającą kobietę, to już zupełnie inna opowieść – pamiętajmy bowiem, że niegdyś wcielająca się w postać Żelaznej Damy kobieta, nie raz podejmowała się ról, w których musiała wykazać się talentem wokalnym, wspomnijmy chociażby o Mamma Mia! czy Nigdy nie jest za późno. Dlatego należą jej się podwójne brawa. Po wielu naprawdę niezapomnianych rolach udało jej się wykreować zupełnie nową postać, na którą patrząc, ani razu nie myślimy o innych, które stworzyła Streep. Nie ustępuje jej jednak zaskakujący w swej, nietuzinkowej dla siebie, roli Hugh Grant. Znany z ról amantów aktor dobrze chyba zrobił, że odmówił roli w trzeciej części przygód Bridget Jones. Zamiast zobaczyć go bowiem w roli, w której widzieliśmy już brytyjskiego aktora wiele razy, otrzymujemy kreację zupełnie inną, w dodatku taką, dzięki której możemy na nowo odkryć tego niemłodego już przecież aktora i docenić go za walory, o jakich nie mieliśmy pojęcia, oglądając inne filmy z jego udziałem. Dojrzała rola Hugh Granta to najważniejszy element ciepła i drugiego dna filmu. Na aktorze spoczywało więc nie lada zadanie, ale wywiązał się z niego znakomicie. Niewielką w zasadzie ekspresją i mając do dyspozycji ograniczone tak naprawdę pole do popisu, wyłuskał z tej roli wszystko, co najlepsze, wszystko, co dopełnia tę niezwykła historię. Jego postać z początku budzi dwuznaczne uczucia, ale kiedy okazuje się, że jego intencje i miłość do Florence są czyste, choć nietypowe – paradoksalnie – jego postać staje się mniej płaska i zyskuje nowe wymiary. Nie spodziewałam się, że Hugh Grant tak dobrze sprawdzi się w tej roli, tymczasem razem z Meryl Streep stworzyli perfekcyjny i niesamowicie wiarygodny, tętniący nieoczywistą chemią duet i jeśli mnie pamięć nie myli, jest to najlepsza rola aktora, w jakiej dane mi było go zobaczyć.

florence-11

Nie sposób jednak pominąć pewną drugoplanową, ale jakże ważną rolę. Simon Helberg (czy to naprawdę ten sam, który marnuje się w Teorii Wielkiego Podrywu? Niemożliwe…) błyszczy na ekranie równie mocno, co Meryl Streep i Hugh Grant i naprawdę wielkim zaskoczeniem będzie dla mnie, jeśli cała trójka nie otrzyma nominacji do Oscara. Helberg porywa widza swoją niepowtarzalną mimiką, dzięki której jednym drgnieniem ust czy niemal niezauważalnie podniesionym kącikiem warg wyraża to wszystko, co widz już rozumie, ale wie też, że jego postać, czyli Cosmé McMoon, pianista akompaniujący Florence, nie może sobie pozwolić na ujawnienie tego. Od McMoona nie da się oderwać oczu – ta kreacja hipnotyzuje, przyciąga wzrok i choć aparycja aktora nie powala na kolana, chce się go na ekranie więcej i więcej. Zagrał genialnie i wątpię, aby ktokolwiek inny mógł kiedykolwiek równie rewelacyjnie odtworzyć tę rolę. Dlatego wielkie brawa należą się także ludziom odpowiedzialnym za casting, bo Helberg został do tej roli dobrany po prostu idealnie. Z chęcią zobaczyłabym go w filmie, w którym miałby szansę wcielić się w jakiś czarny charakter, bo choć w Boskiej Florence ma przesympatyczną rolę, to widać w nim zadatki na znakomitego – że się wyrażę tak dosadnie – psychopatę.

florence-14

Za muzykę do filmu odpowiedzialny jest Alexandre Desplat i tu również można spodziewać się nominacji do najważniejszej nagrody filmowej. Film w ogóle pod względem aspektów technicznych został bardzo dobrze zrealizowany – zarówno charakteryzacja, scenografia, jak i kostiumy pozwalają nam zatopić się w ówczesnych czasach i zapomnieć, że oto mamy XXI wiek, w ktorym nikt raczej nie byłby skłonny do takich poświęceń. Można oczywiście doszukiwać się odniesienia do teraźniejszości i szukać analogii w “sławach”, którym pozwoliła zabłysnąć jedynie fortuna lub znane nazwisko. Jednak ten film nie o tym opowiada i niesprawiedliwym byłoby umniejszanie jego wartości w ten sposób. Dzieło Stephena Frearsa skrzy się od tego wszystkiego, co czyni z nas ludźi, a czemu nie zawsze pozwalamy wyjrzeć na światło dzienne. Przypomina również, że nie każde kłamstwo jest złe, a nie każda prawda dobra i konieczna do wygłoszenia.

Boska Florence to niezapomniane widowisko, które na długo pozostawia w sercu przyjemne ciepło. Zaskakujące okazuje się, jak mało zostało zmienione w tej opowieści względem prawdziwej historii, która jest tak niebanalna, a przecież pisało ją samo życie. Nic więc dziwnego, że na życiu Florence Foster Jenkins opierał się już niejeden wytwór kultury. A jeśli myśleliście, że popisy wokalne Meryl Streep w tym filmie to parodia słynnej śpiewaczki, poszukajcie jej wyczynów w Internecie – możecie się zdziwić. Zaskakujące zresztą, że przy całej wyjątkowości życiorysu Florence, głośny film ze znaną obsadą powstał dopiero teraz. Dobrze jednak, że w ogóle – to bowiem produkcja, do której będzie się wracać i założę się już teraz, że z każdym seansem będzie się czerpało z tego dzieła jeszcze więcej przyjemności i nauki. O tym, że fałsz ma różne odcienie, a prawda powiedziana dla samej idei szczerości jest niekiedy najłatwiejszym wyjściem, po którym należy jedynie umyć ręce. Życie zbudowane na kłamstwie to nie życie, ale jeśli ktoś przez dziesiątki lat nie zaznał szczęścia, opierając się na prawdzie – czy nie zasługuje na parę kłamstw? Zwłaszcza jeśli i w nich, podobnie jak w legendzie, kryje się ziarnko prawdy. Florence myślała, ze ludzie oklaskują jej talent, tymczasem oni bili brawo jej osobowości i pasji. Zdanie, które wypowiada Meryl Streep pod koniec filmu: Mogą mówić, że nie umiałam śpiewać, ale nigdy nie powiedzą, że nie śpiewałam, to dosłowny cytat z Florence, który pokazuje, że być może, pod sam koniec zdawała sobie sprawę z braku talentu, jednak jaką radość dawało jej to, że robiła to, co kochała.

florence-1

Boska Florence to jedna z piękniejszych historii miłosnych, jakie widziałam i nigdy nie spodziewałam się, że tak przemówi do mnie opowieść pełna kłamstw i fałszu. Na szczęście prawda okazała się inna. Kolejny raz.

Fot.: Monolith Films

Boska Florence

Write a Review

Opublikowane przez

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

1 Komentarz

  • Bzdury, słychać że ta kobieta miala głos jak najbardziej nadający się do szkolenia. A że miała fatalna technikę, to już problem jej „nauczycieli” śpiewu. Może też była fiśnieta i nie słyszała, że falszuje i śpiewa technicznie źle (a raczej na pewno była). Sorry, że się przypieprzam ale nie lubie, gdy ludzie pozbawieni wiedzy na temat techniki śpiewu plota glupoty. U niej to raczej brak słuchu i koszmarna technika. Takie coś popsuje najlepszy głos, a skalę miała całkiem niezła i barwę chyba też gdyby śpiewała poprawnie i przede wszystkim miała wyćwiczone podparcie czyli przeponę.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *