Casual cyberpunk – Rupert Sanders – „Ghost in the Shell” [recenzja]

Cyberpunk – dystopijny nurt science-fiction, który kontynuuje idee 3M futurystów – Miasto, Masa, Maszyna. Choć opowiada o świecie zdominowanym przez technologię na czele z robotami i cybernetycznymi ulepszeniami ludzkiego ciała, często centralnym punktem są w nim filozoficzne pytania o człowieka – o to, co czyni nas ludźmi, lub gdzie leży granica między człowiekiem a maszyną. Jest to gatunek o tyle ciekawy, że mało eksplorowany i niszowy. Za jego najważniejsze dzieła możemy uznać: w literaturze genialny Neuromancer, w kinematografii Łowca androidów, w elektronicznej rozrywce Deus Ex. Jeśli zaś chodzi o anime, wielu za cyberpunkową biblię uważa Ghost in the Shell, animację Mamoru Oshiiego (na podstawie mangi Masamune Shirow) z 1995 roku. Fani musieli czekać aż 23 lata na aktorską wersję kinową, która zresztą już od pierwszych zapowiedzi wzbudzała spore kontrowersje. Ja jednak postaram się skupić na samym filmie, choć odmitologizuję również nieco oryginał i napiszę, dlaczego dużej części jego fanów hollywoodzki film nie przypadnie do gustu.

Twórcy bardzo ciekawie podeszli do tematu adaptacji anime, z jednej strony upraszczając historię, ale z drugiej robiąc to tak sprytnie, że niemal wszystkie sceny z animacji Mamoru Oshiiego są tutaj bardzo wiernie odtworzone, łącznie z otwierającą sceną „tworzenia” głównej bohaterki i chociażby walką z pająkowatym czołgiem (dorzucając jeszcze elementy z drugiej części Ghost in the Shell: Innocence, jak choćby widoczną na większości trailerów mechaniczną gejszą).

Przyszłość, bliżej nieokreślona, wielka metropolia Japonii. Major jest jedną z członków Sekcji 9, elitarnej jednostki antyterrorystycznej. Choć cybernetyczne ulepszenia ciała są na porządku dziennym, Major jest wyjątkowa – w całkowicie mechanicznym ciele androida po raz pierwszy udało się z powodzeniem umieścić ludzki mózg. Osiągnęli to pracownicy korporacji Hanka Robotics w ramach tajnego projektu 2501, którzy teraz zaczynają po kolei ginąć. Poluje na nich tajemniczy Kuze, który potrafi hakować ludzkie mózgi. Sekcja 9 rusza za nim w pościg.
Fabuła to największa zmiana względem anime i choć jestem w stanie zrozumieć, dlaczego została zmieniona, to jednak operacja ta nie obyła się bez pewnych nieprzyjemnych dla filmu powikłań. Na wstępie powiedzmy sobie jednak szczerze – scenariusz anime nie należał do najlepszych – był dość skomplikowany i autor zdecydowanie za dużo przemyśleń chciał zmieścić w swoim niespełna półtoragodzinnym dziele. Zakładając, że animację, mimo statusu kultowego, widziało jednak niewiele osób (panie, 1995 rok, taki staroć, kto to pamięta!), miejsce na kinowej sali musi zapełnić się ludźmi, którzy niekoniecznie wiedzą, z czym ten cyberpunk się je. Twórcy chcieli więc tworzyć film nieco bardziej przystępny, zachowując jednak wizualnie jak najwięcej z pierwowzoru. Niestety przesadzili w drugą stronę i fabularnie nowy Ghost in the Shell jest nieco płytki i brakuje mu treści. Pojawia się tutaj co prawda tytułowy duch, czyli coś równoznaczniego z duszą, a Major zmaga się z wątpliwościami dotyczącymi swojego człowieczeństwa, ale film nie poświęca temu tak dużej uwagii. Historia jest również bardzo schematyczna, bohaterowie dowiadują się czegoś o śledztwie, idąc za wskazówką, następuje wymiana ognia, po czym szukają kolejnego tropu i sytuacja się powtarza. Zwrot akcji jest dość przewidywalny, a największym moim zarzutem jest końcówka, w której – nie wiedzieć czemu – pojawia się romantyczny („na zawsze będę z tobą”) wątek. To chyba pozostawiło największy niesmak.

Jeśli jest coś, w czym obraz Ruperta Sandersa dorównuje oryginałowi, jest to zdecydowanie warstwa wizualna. Świat filmowego Ducha wygląda fenomenalnie, począwszy od wielkiej, nasyconej kolorowymi neonami i interaktywnymi reklamami metropolii, poprzez wygląd wnętrz i stroje, będące mieszanką azjatyckiej kultury i futuryzmu, aż po liczne detale, jak modele broni czy te wszystkie cybernetyczne elementy i połączenia. Żałowałem, że tempo akcji nie pozwalało dostatecznie nasycić się tymi widokami, jest to niestety minus tego medium – w grze komputerowej mógłbym zwyczajnie poświęcić parę minut na podziwianie panoramy miasta, obracając dowolnie kamerą. Jest tu trochę efektów specjalnych i strzelania połączonego z bieganiem po ścianach, ale na szczęście nie to jest głównym budulcem filmu. Duże wrażenie zrobiła na mnie scena wejścia Major w człowieka (hakowania mózgu) – coś, co było wspomniane w anime, jednak nie pokazane wprost. W tworzeniu klimatu zawodzi natomiast muzyka – ja zapamiętałem ją jedynie z pierwszej sceny, potem nie umiałem sobie przypomnieć, czy jakakolwiek była. Szkoda, bo ścieżka dźwiękowa z oryginalnego Ghost in the Shell autorstwa Kenjiego Kawai była odpowiedzialna za połowę niepowtarzalnego klimatu anime.

Nie ma moim zdaniem sensu roztrząsanie, czy nie lepsze byłoby powierzenie roli Major Motoko Kusanagi innej, azjatyckiej aktorce, jak chciało wielu fanów. Po trzecie Major z klasyczego Ducha nie miała azjatyckich rysów (co jest normalne w mangach i anime); po drugie, nie spoilerując, fabuła sprytnie tłumaczy, dlaczego tak, a nie inaczej; a po pierwsze i najważniejsze – Scarlett Johansson zwyczajnie przekonała mnie swoją rolą i nie mam jej nic do zrzucenia. Jej twarz dobrze pasowała do koncepcji idealnie stworzonego robota, a fryzura i ubiór naprawdę dobrze upodobniły ją do pierwowzoru. Nie jest to jednak rola, która w jakikolwiek sposób przejdzie do historii, bo to zdecydowanie obraz, w którym popisy aktorskie mają ograniczone możliwości i schodzą na dalszy plan, zwłaszcza przez wyraźnie rozrywkowy charakter filmu. Obok Scarlett w filmie widoczny jest jeszcze bardziej chyba tylko jej partner z Sekcji 9 – Batou (Pilou Asbæk) – i tutaj również charateryzacja zrobiła swoje i ja jak najbardziej kupuję tę postać, mimo dość marginalnego znaczenia dla fabuły. Miłym zaskoczeniem był dla mnie występ Michaela Pitta (Kruze), którego bardzo lubię, słabo wypadł natomiast główny antagonista, generyczny do bólu i zupełnie bez wyrazu.

Ghost in the Shell 2017 to taki lekki, rozrywkowy przedstawiciel cyberpunku. Taki dla zwykłych zjadaczy chleba, niechcących bawić się w zbyt egzystencjalne przemyślenia. Owszem, film Ruperta Sandersa próbuje zadawać pewne charakterystyczne dla tego gatunku pytania, ale robi to raczej niepewnie i bardzo powierzchownie. Nie ma tu ciężkiego klimatu i nic nie wstrząśnie nami tak jak słynny monolog Rutgera Hauera z Łowcy androidów (o którym przeczytacie zresztą w Piątkowej ciekawostce dotyczącej aktorskich improwizacji – TUTAJ). Nie znaczy to jednak, że aktorski Duch jest złym filmem – warto zobaczyć go chociażby dla warstwy wizualnej. Jeśli z takim nastawieniem wybierzecie się do kina, bez oczekiwania na coś przełomowego, będziecie się dobrze bawić.

Fot.: United International Pictures

1 Komentarz

  • Oglądanie sceny „stworzenia cyborga” bez muzyki Kenjiego Kawai było niczym świętokradztwo ;). Zero klimatu. I nawet umieszczenie tego charakterystycznego motywu muzycznego podczas napisów końcowych, nie odkupiło całości. GitS w wersji anime miało w sobie jakąś magię, GitS w wersji filmowej, poza wizualną orgią, nie zawiera nawet połowy tej magii.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.