Książki,Recenzje

Ciężka dola bidoka – D. J. Vance – „Elegia dla bidoków” [recenzja]

Elegia dla bidoków
Elegia dla bidoków

Podobno Elegia dla bidoków D. J. Vance’a pomaga zrozumieć fenomen Donalda Trumpa i jego wygraną w wyborach prezydenckich. Spotkałam się też z opiniami, że ta fabularyzowana i stylizowana na reportaż, autobiografia pozwala zrozumieć stereotypowego mieszkańca krainy biedy z nędzą, czyli Pasa rdzy w Appalachach. I zobaczyć stereotypowego „bidoka” nie tylko jako dziedzica wątpliwej jakości spuścizny w postaci ubóstwa, także intelektualnego, alkoholizmu, traum i przemocy. Niestety książka nie spełnia tych nadziei. Faktem jest, że autor z niewymuszonym uczuciem pochyla się nad nielekkim losem „bidoków” – coraz mocniej degradujących się, niewykształconych, wiecznie zapijaczonych albo naćpanych, roszczeniowych białych Amerykanów z klasy robotniczej. Żyjących w okowach religii, tradycji, toksycznych rodzinnych więzów i miłości do śmieciowego jedzenia – środowiska, w którym dorastał i które go ukształtowało. I nie – Vance nawet nie próbuje przełamywać tych stereotypów. 

American gothic

Elegia dla bidoków obarczona jest jedną, całkiem poważną wadą. Aż nadto wyraźnie wyczuwalne jest pęknięcie w narracji, przez które sączy się subtelny szantaż emocjonalny. Nie wiem czy Elegia dla bidoków miała być surową, przenikliwą i bezlitosną wiwisekcją mentalności pewnej grupy społecznej. Czy raczej formalnie i fabularnie atrakcyjnym biadoleniem nad nierównościami klasowymi, które zatrzaskują drzwi do życiowego sukcesu.

Z narracji Vance’a sączy się słabo skrywana duma z klasowej solidarności ludzi, których opisuje i ich paradoksalnego poczucia wyższości ze swojego statusu wraz z przyległościami. Okazuje się, że Pas rdzy jest ostoją tradycyjnych wartości i silnej rodziny. A przekazywana z pokolenia na pokolenie brutalność, marazm, intelektualne i kulturowe ubóstwo są świetną trampoliną do indywidualnego sukcesu. Autor wyraźnie zaznacza, że bieda i brak perspektyw to determinanty silnie spajające rodziny, które „zawsze trzymają się razem”. W przeciwieństwie do tych „normalnych”.

Piętno tradycji

Vance ze swojego osobniczego życiowego sukcesu (wyrwał się ze swojego środowiska, skończył Yale) uczynił sztandar, na którym widnieją hasła: rodzina, tradycja, religia czy coś w ten deseń. Zapomniał jednak, że jego życiowa droga jest jednak wyjątkiem potwierdzającym regułę. Bo – wbrew uporczywie powtarzanym ludowym mądrościom, kariera „od pucybuta do milionera”, nie jest i nigdy nie była regułą. Ani w „mlekiem i miodem płynącą” Ameryce, ani gdziekolwiek indziej.

J. D. Vance podkreśla, że jego największym życiowym sukcesem jest fakt, że ma „zwyczajne” życie. Analizując swoją indywidualną drogę, opowiadając o trudnościach, o zderzeniu nieobytego w świecie prowincjusza z bogatymi rówieśnikami z Yale, nie zadaje sobie jednak trudu, by zauważyć, że w większości przypadków bieda nie uszlachetnia, lecz wpływa dewastująco i na duszę, i na ciało. Podobnie jak przemoc i wykluczenie.

Nie znajdziemy w Elegii dla bidoków wnikliwej analizy mentalności warstw społecznie i kulturowo wykluczonych. Autor nie dzieli się z czytelnikiem refleksjami na temat przyczyn ekonomicznego i kulturowego rozwarstwienia amerykańskiego społeczeństwa. Nie ma też pomysłów, jak istniejący stan rzeczy zmienić. W ogóle mam wrażenie, że nieszczególnie oburza go niesprawiedliwość. Jest raczej dumny z ciężkich warunków, które ukształtowały jego przodków i jego samego. I z faktu, że (przynajmniej częściowo) przezwał łańcuch dziedziczonej biedy i wykluczenia.

Dziedziczna trauma

Autor nie jest jednak szczególnie zainteresowany losem grup społecznych, dotkniętych wykluczeniem. Wrażliwość autora nie jest społeczna, lecz wybitnie rodzinna. Tym, co go porusza, jest los jego i jego przodków. I, trzeba przyznać, robi wiele, by zaangażować czytelnika w trudne życiowe perypetie swoich bliskich. Niestety, nieskutecznie. Przy okazji, jakby mimochodem, przemyca kontrowersyjną tezę,  że ciężkie warunki i ciężka ręka hartują dziecięce charaktery i sprawiają, że „wychodzi się na ludzi”.

Elegia dla bidoków przede wszystkim jest opowieścią o sile toksycznych więzi. O tym, że dramatyczne okoliczności integrują rodzinę niemal nierozerwalnie. Tyle, że w sposób patologiczny. Przywiązanie autora do rodu podkreślane jest nieustannie. Nic to, że jest to przywiązanie wyuczone, wpojone pasem, destrukcyjne. Rodzina to rzecz święta. W jej obronie, dziadkowie małego J.D. są gotowi pozabijać siebie nawzajem, sąsiadów czy obcych. To opowieść o okolicznościach, z których autor i jego przodkowie mozolnie się wygrzebywali.

Vance dość szczegółowo opisuje dzieje swojej zwichrowanej rodziny i jej mentalność, bliską naszej narodowej dulszczyźnie. Członkowie szacownych rodów w domowym zaciszu mogą się bić i wyzywać, ale nie daj Boże powiedzieć „obcym” złe słowo na krewniaka. Zgodnie ze świętą zasadą „nie mów nikomu, co się dzieje w domu” w Appalachach kultywuje się sprawdzoną tradycję niemal mafijnej rodowej lojalności.

Ameryka wielka jest i basta

Elegia jest też hymnem pochwalnym Ameryki – najwspanialszego miejsca na Ziemi, krainy niewyczerpywalnych możliwości. Autor nie ma żadnych zastrzeżeń do amerykańskiego sposobu na istnienie. Bieda, wykluczenie i przemoc, jakich doświadczył tylko utwierdziły go w przekonaniu, że w jego ojczyźnie, przy odrobinie determinacji, można przeskoczyć z marginesu społecznego do dobrze sytuowanej klasy średniej. I to w czasie jednego pokolenia. Kulejąca polityka socjalna i niemożność skorzystania chociażby z usług dentysty przez kochających gazowane napoje mieszkańców Pasa rdzy, nieszczególnie autora interesuje.

Książka Vance’a nie na darmo w tytule ma elegię. Elegijny ton jest bowiem tym, co autorowi bezsprzecznie się udało. Myślę, że właśnie w sentymentalnym tonem tkwi sekret powodzenia książki w ojczyźnie autora. To w końcu bardzo amerykańska elegia za dzieciństwem, które wcale nie było „sielskie, anielskie”. Jednak w nostalgicznych wspomnieniach autora, surowy dom dziadków, w którym dorastał, urósł do rangi ostoi niepodważalnych wartości i kuźni kształtującej niezłomny charakter.

Nasz absolwent Yale w swojej publikacji łamie stereotypy i uprzedzenia. Udowadnia, że można odczarować rodową traumę i wykaraskać się z pokoleniowego grzęzawiska marazmu, narzekania i bezradności. Pod warunkiem, że ma się w sobie gniew, który pozwala uwolnić się od genetycznej apatii i zapisanej w DNA skłonności do nałogów i przemocy. Vance swoim przykładem udowadnia, że rodowa trauma jest możliwa do przezwyciężenia. Jednocześnie bierze w obronę społecznie stygmatyzowanych przedstawicieli zdegradowanej klasy robotniczej. Usiłuje zrozumieć i objaśnić czytelnikowi mechanizm autodestrukcji, który determinuje życie tej grupy. Rzecz w tym, że nie wychodzi poza banalne diagnozy i recepty do znudzenia wałkowane przez różnych „znawców tematu”.

Trump prezydentem – jak do tego doszło, nie wiem

Podsumowując, Elegia dla bidoków niestety okazała się rozczarowaniem. To płytka opowieść serwująca tak oczywiste banały, jak konkluzja, że trudne dzieciństwo zostawia ślad na całe życie, a bieda jest piętnem. I, że determinacją człowiek może wyciągnąć się z bagna oraz osiągnąć względny dobrobyt. Zwłaszcza, jeśli żyje w najwspanialszym kraju na świecie. Co gorsza, te banały, podawane są w tonie prawd objawionych. I nie, Vance nie odpowiada na pytanie dlaczego bidoki z Pasa rdzy marzą o uczynieniu Ameryki wielką tak bardzo, że na prezydenta wybrali sobie… no cóż – Trumpa.

Ekranizacja

Elegia dla bidoków przez wiele tygodni okupowała amerykańskie listy bestsellerów, przełożenie jej na język filmu było więc kwestią czasu. I oto jest: premiera kinowa już 11 listopada, a jedenaście dni później film trafi na Netflixa. W obsadzie Amy Adams jako dysfunkcyjna matka i Glenn Close w roli surowej babki. Oby film miał w sobie więcej życia niż książka.

Fot. Wydawnictwo Marginesy


Przeczytaj także:

Recenzja komiksu Loteria

Recenzja komiksu Jim Cutlass 

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *