Książki,Recenzje

Cisza przed burzą – Robert J. Szmidt – “Na krawędzi zagłady” [recenzja]

Na krawędzi zagłady to tytuł idealnie dobrany do faktycznej treści książki. W trzecim tomie cyklu Pola dawno zapomnianych bitew Robert J. Szmidt kontynuuje wątek brutalnej wojny totalnej, którą przeciwko ludzkości prowadzi tajemnicza rasa Obcych. Jako że jest to przedostatnia część wspomnianej już space opery, mogliśmy spodziewać się nie wybuchowego strzału prosto w twarz, lecz delikatnego budowania napięcia przed finalnym zamknięciem historii. No i oczywiście nie mogło zabraknąć uchylania kolejnego rąbka tajemnicy na temat zagadkowych kosmitów. Wszystko jednak jest tylko ciszą przed burzą, która dopiero ma nadejść.

W tym całym cuchnącym bigosie tapla się niejaki major Henryan Święcki, który już dawno mógłby nie żyć, gdyby nie jego cudowna zdolność do wybronienia się z licznych tarapatów i niesubordynacji. Jego akcja ewakuacyjna na Delcie Ulietty przyniosła mu swego rodzaju estymę, chociaż wiadomo było, że nie wszyscy w Admiralicji i na innych ważnych stołkach zgodzą się z działaniem Święckiego. On jednak jako jeden z nielicznych zdaje się jeszcze myśleć trzeźwo podczas wyniszczającej ludzkość wojny. W poprzednich tomach Pól dawno zapomnianych bitew Robert J. Szmidt z jawną premedytacją powoli odkrywał informacje na temat Obcych, z którymi przyszło się ludziom zmierzyć. I w Na krawędzi zagłady wychodzi mu to równie świetnie, bo chociaż z ciekawości skręca mnie w środku, to bardziej cenię sobie odkrywanie sekretu tajemniczych kosmitów małymi kroczkami. Znowu dostajemy nowe informacje na temat ich motywu działania – i jeśli na samym początku zaszokowaliście się odważnym pomysłem autora na ich kreację, to nie oczekujcie, że na tym poprzestał. Wspomniany już Henryan Święcki dzięki niespodziewanemu znalezisku na Ulietcie dowiedział się o Obcych znacznie więcej niż by chciał, a to pozwoliło mu wysnuć pewne wnioski na temat sposobu prowadzenia wojny.

Na krawędzi zagłady pojawia się znacznie więcej politycznych sporów, co niestety sprawiło, że powieść utraciła na swoim tempie i nieco mnie nudziła. W mniej więcej połowie książka stała się politycznym thrillerem i chociaż zapada tutaj jedna bardzo ważna decyzja na miarę całego znanego ludziom Wszechświata, sprawiło to jednak, że oddaliliśmy się od bezpośrednich działań wojennych – sam Święcki tak naprawdę skupia się na honorowej misji uratowania niedobitków z Ulietty i wciąż wspomina pewną kobietę, którą siłą wepchnął do jednego ze statków ratowniczych i słuch o niej zaginął – to zresztą jest drugi wątek poboczny, który również odciąga czytelnika od bezpośredniego wątku Obcych i toczonej wojny. Oczywiście prędzej czy później dochodzi do konfrontacji w kosmicznej próżni i rekompensuje to pewne dłużyzny, które niestety dało się odczuć. Ponieważ wojna wchodzi już w ten najbardziej drastyczny moment – „albo my, albo oni” – Święcki i Admiralicja mają mało czasu, aby rozgryźć przeciwnika, a znaków zapytania pojawia się coraz więcej.

Te wszystkie zagadki i wątpliwości sprawiają, że na finał wyczekuję z niecierpliwością – nawet jeśli na Na krawędzi zagłady zdarzy mi się leciutko ponarzekać. Jako że do tej pory Robert J. Szmidt potrafił wyłamać się z kliszowych schematów typowych dla powieści science fiction, mam niemałą pewność, że Pola dawno zapomnianych bitew zostaną sfinalizowane tak, że na długo będę jeszcze to pamiętał. Przy tak ciekawie skonstruowanych Obcych, o których wiemy coraz więcej, a także coraz lepiej rozumiemy ich powody tak brutalnych działań, które są po prostu przerażające… To nie może się nie udać! Pola dawno zapomnianych bitew to science fiction godne światowej jakości, w którym autor utworzył wyrazisty świat z takimi uroczymi detalami jak własny język (który swoją drogą Robert J. Szmidt dopieszcza tak pięknymi wulgaryzmami jak „skurwyklon” czy „kurwirtual”), napięty układ polityczny i przede wszystkim poczucie ogromnej przestrzeni kosmicznej i świadomości, że człowiek nigdy nie może czuć się bezpiecznie, a chełpliwe poszukiwania braterstwa w kosmosie może się skończyć tragicznie.

Fot.: Dom Wydawniczy REBIS

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.