Ckliwy wicherek – Sandra Brown – „Tornado” [recenzja]

Sandra Brown. Dla tych, którym nazwisko to jest obce, spieszę z wyjaśnieniem – jak głosi Internet – Jest główną konkurentką Danielle Steel w dziedzinie tzw. literatury kobiecej, choć jej książki to literatura zdecydowanie wyższego lotu. Być może trafiłem na złą powieść, chcąc rozpocząć przygodę z twórczością pisarki, jednak oceniając po jej najnowszej powieści – Tornado – niełatwo mi sobie wyobrazić, że jest to „literatura wyższego lotu”, porównując ją do twórczości jakiegokolwiek innego autora. Mogę się jednak mylić, gdyż miliony sprzedanych egzemplarzy, kilka bestsellerów oraz rzesza fanów (a raczej fanek) autorki też o czymś świadczą. I to wspomnianym właśnie fankom stylu pani Brown „Tornado” powinno się spodobać.

Kiedy Bellamy Lyston miała zaledwie dwanaście lat, jej starsza siostra została brutalnie zamordowana w Dniu Pamięci, podczas burzy; w trakcie tornada, które całkowicie zniszczyło miejsce i dowody zbrodni. Tornado to w tym wypadku słowo-klucz, ponieważ taki właśnie tytuł nosi powieść wydana przez Bellamy osiemnaście lat po tragicznych wydarzeniach. Staje się ona bestsellerem – tym większym, że szybko na światło dzienne wychodzi fakt, iż autorką jest właśnie pochodząca z bogatego domu Panna Lyston (Tornado pisane jest pod pseudonimem), a sama historia oparta jest na prawdziwych wydarzeniach.

Jak nietrudno się domyślić, rozgłos ten sprawia, że cała sprawa zostaje po latach odgrzebana i (jak również można przewidzieć) okazuje się, że człowiek, który został skazany za morderstwo starszej z sióstr, niekoniecznie musi być winny. I tu zaczynają się schody, ponieważ do największych minusów powieści zaliczyć można irytujących bohaterów, grubymi nićmi szytą historię oraz kulejące dialogi… ale po kolei.

Najpierw zagadka. Kto okazuje się największym sprzymierzeńcem Bellamy w drodze do odkrycia prawdy? Odpowiedź: niewidziany przez osiemnaście lat były chłopak jej siostry, którego rodzina Lyston nie znosi (w sumie to już o nim zapomnieli, bo nie widzieli go – jak wspomniałem – osiemnaście lat!); mężczyzna bardziej biedny niż bogaty, typ łobuziaka z zadziorną grzywką, taki „co to dziewczęta się za nim oglądają”. Oczywiście kawaler; oczywiście Bellamy także swego czasu skrycie za nim szalała.

Sposób, w jaki Pani Brown dosłownie na kilku stronach przechodzi od „nie lubimy się” do „jesteśmy najsłodszą parą detektywów na świecie”, oraz tok rozumowania dwójki głównych bohaterów Tornada woła o pomstę do nieba! Generalnie cała reszta postaci nakreślonych przez pisarkę – najdelikatniej mówiąc – nie błyszczy intelektem, choć muszę sprawiedliwie oddać, iż ”ci źli” prezentują się o wiele lepiej niż „ci dobrzy”. Tu na szczególne wyróżnienie zasługuje Gall (choć to akurat bohater pozytywny) – starszy pan, właściciel lotniska, wieloletni mentor naszego cudownego chłopaka z grzywką.

Druga sprawa to dialogi. Naprawdę nie jest moim celem obrażanie nikogo, ale momentami miałem wrażenie, jakbym czytał wypociny nabuzowanej hormonami nastolatki, i to takiej, która powtarzała kilka razy którąś z klas. Nie będę przytaczał cytatów, jednak z ręką na sercu – był to poziom dialogów ze Zbuntowanego anioła, Mody na sukcesKlanu (po raz kolejny – nikogo nie obrażając). Bijąca po oczach naiwność, „słodkość” (że tak to nazwę) każdego kolejnego dialogu, zwłaszcza na linii Bellamy – cudowny chłopak, najzwyczajniej w świecie powodowała u mnie zgrzytanie zębów. Może się nie znam, jednak na mój gust – ludzie w ten sposób ze sobą nie rozmawiają.

Napisałem wyżej, że autorka Tornada podsuwa nam pod nos historię grubymi nićmi szytą i tak właśnie jest – niezdarni policjanci, błyskotliwa para na tropie zbrodni sprzed lat itd., itp. Są jednak w powieści pani Brown plusy. Pierwszym jest to, że udaje się autorce kilka udanych twistów fabularnych i – o dziwo – nie są one ckliwe i naiwne, a raczej brutalne i życiowe. Inną zaletą Tornada jest fakt, że nawet pomimo wszystkich banałów w nim opisanych i całej tej dziwnej romantyczno–kryminalnej otoczki, czyta się niezwykle szybko, a sama historia na swój sposób wciąga. Na plus również zapisuje się samo rozwiązanie zagadki, które być może nie szokuje, jednak na tle całości wypada naprawdę nieźle.

Przyznaję, że chwyciłem za powieść Sandry Brown w ciemno, licząc (zgodnie z opisem książki) na thriller/kryminał. Dostałem jednak coś, co określić można mianem romansidła z kryminalną zagadką w tle. Nie jest to typ literatury, który do mnie przemawia, stąd też odczucia po skończonej lekturze są takie, a nie inne. Fanem pisarki z Texasu raczej nie zostanę, jednak myślę, że ta jedna powieść pozwala mi mniej więcej określić, jaki styl prezentuje autorka i… potrafię zrozumieć, że to może się pewnej określonej grupie czytelników (głównie czytelniczek) podobać.

Powieść czyta się szybko, są tu elementy kryminału i thrillera, do tego tragedia w tle i romans, który nie powinien się wydarzyć.Wszystkim czytelni(cz)kom, którym taki rodzaj literatury się podoba, śmiało mogę Tornado polecić – nie powinno sprawić zawodu. Ja jednak zmuszony jestem na tej jednej powieści zakończyć przygodę z  twórczością pani Brown.

Fot. Wydawnictwo Świat Książki

 

Write a Review

Opublikowane przez
Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.