wypadek fortepianowy

Content po wypadku – Quentin Dupieux – „Wypadek fortepianowy”

Są filmy, które od pierwszych minut jasno komunikują, że albo wejdziemy z nimi w ich własną, dziwaczną logikę, albo zostaniemy na zewnątrz, trochę zdezorientowani, trochę rozbawieni, a trochę bezradni wobec tego, co właściwie oglądamy. „Wypadek fortepianowy” Quentina Dupieuxa należy właśnie do tej kategorii. To kino osobne, celowo krzywe, nieprzesadnie zainteresowane klasycznym prowadzeniem emocji, za to z upodobaniem wkładające kij w mrowisko współczesnej kultury obrazka, internetowej sławy i zbiorowego apetytu na cudze upokorzenie. Przyznam od razu, że czarne komedie nigdy nie były moją najbliższą filmową bajką. Nie zawsze odpowiada mi ten rodzaj humoru, w którym śmiech rodzi się z dyskomfortu, okrucieństwa albo obserwowania ludzi w sytuacjach moralnie paskudnych. A jednak w przypadku filmu Dupieuxa bawiłem się całkiem nieźle. Nie zawsze bezwarunkowo, nie zawsze z pełnym wejściem w jego absurdalny rytm, ale z rosnącym poczuciem, że za tą złośliwą, groteskową powierzchnią kryje się celna, bardzo współczesna diagnoza.

Punktem wyjścia jest Magalie, internetowa celebrytka znana jako Magaloche, która swoją rozpoznawalność buduje na kontrowersji, skandalu i ekstremalnym eksploatowaniu własnego ciała. Jej „kariera” nie opiera się na talencie w klasycznym rozumieniu, lecz na gotowości do przekraczania granic, wystawiania się na ból, żenadę i szok, a więc dokładnie na tym, czym żywią się algorytmy oraz widzowie udający, że przecież tylko patrzą. Po tytułowym wypadku z fortepianem bohaterka usuwa się z przestrzeni publicznej i wraz ze swoim asystentem zaszywa się w górskiej chacie. Ten pozorny azyl szybko okazuje się jednak kolejną sceną, bo w świecie, który Dupieux portretuje, prywatność jest już właściwie fikcją, a każdy kryzys można przetworzyć w materiał, wywiad, narrację albo narzędzie nacisku.

Najciekawsze w „Wypadku fortepianowym” jest to, że film nie ogranicza się do łatwego rechotu z influencerów. Owszem, Dupieux bezlitośnie punktuje pustkę kultury celebryckiej, jej groteskową zachłanność i chorobliwą potrzebę bycia zauważonym za wszelką cenę, ale równie mocno uderza w odbiorców. Bo Magaloche nie istnieje w próżni. Ktoś ją ogląda, ktoś klika, ktoś udostępnia, ktoś czeka na kolejne przekroczenie granicy. Twórca dość perfidnie przypomina, że współczesna sława bywa transakcją zawieraną między osobą gotową się upokorzyć a publicznością gotową to upokorzenie skonsumować. I właśnie w tym miejscu film staje się ciekawszy niż prosta satyra. To nie jest wyłącznie opowieść o kobiecie, która zaszła za daleko w pogoni za zasięgami. To także opowieść o kulturze, która dawno temu przestała pytać, czy coś jest wartościowe, a zaczęła pytać wyłącznie, czy da się na to patrzeć.

Dupieux prowadzi całość w swoim rozpoznawalnym stylu: oschłym, absurdalnym, chwilami niemal demonstracyjnie antyemocjonalnym. Nie szuka psychologicznego realizmu tam, gdzie bardziej interesuje go mechanizm społecznego obłędu. Jego bohaterowie bywają przerysowani, dialogi potrafią brzmieć jak zapis rozmów ludzi funkcjonujących w świecie przesuniętym o kilka stopni względem normalności, a kolejne sytuacje mają w sobie coś z koszmaru, który jest zbyt śmieszny, żeby traktować go całkiem serio, i zbyt nieprzyjemny, żeby śmiać się bez oporu. W tym sensie zrozumiałe są skojarzenia z kinem Rubena Östlunda, bo obaj twórcy lubią obserwować ludzi w momentach społecznej kompromitacji, obaj potrafią rozciągać scenę do granicy dyskomfortu i obaj interesują się tym, jak szybko pęka fasada cywilizowanego zachowania. Różnica polega na tym, że Dupieux jest bardziej surrealny, bardziej skrótowy, jakby mniej zainteresowany moralnym wykładem, a bardziej samym absurdem świata, w którym wykład i tak niewiele już zmienia.

Bardzo dobrze odnajduje się w tym Adèle Exarchopoulos, bo jej Magalie nie jest jedynie karykaturą internetowej gwiazdy. Aktorka gra ją tak, żebyśmy widzieli jednocześnie pustkę, bezczelność, zmęczenie i jakiś smutny automatyzm osoby, która zbyt długo była produktem. To nie jest bohaterka, którą łatwo polubić, ale też nie o sympatię tutaj chodzi. Ważniejsze jest to, że zaczynamy rozumieć, jak strasznie zdeformowany musi być świat, w którym autoagresja może stać się formatem rozrywkowym, a cierpienie kolejnym elementem strategii komunikacyjnej. Partnerujący jej Jérôme Commandeur i Sandrine Kiberlain dobrze wzmacniają ten ton nieustannego napięcia między farsą a czymś dużo bardziej gorzkim, choć film czasem celowo trzyma postacie na dystans, przez co nie każdemu pozwoli zaangażować się emocjonalnie.

„Wypadek fortepianowy” to nie jest film, który próbowałby przypodobać się wszystkim. I bardzo dobrze, bo jego siła tkwi właśnie w tej bezczelnej osobności. Mnie nie zawsze trafia ten rodzaj czarnego humoru, czasem miałem poczucie, że chłód Dupieuxa bardziej mnie odpycha niż wciąga, ale trudno nie docenić precyzji, z jaką reżyser rozbraja współczesne mechanizmy widzialności. To kino niewygodne, złośliwe i dziwnie lekkie mimo ciężaru tematów, jakie porusza. Film objęty patronatem medialnym Głosu Kultury nie stał się dla mnie osobistym objawieniem, ale okazał się inteligentną, kąśliwą i naprawdę sprawnie poprowadzoną satyrą na świat, w którym wszystko może zostać zamienione w content — nawet ból, wstyd i upadek. A to, czy śmiejemy się przy tym z bohaterów, czy jednak trochę z samych siebie, pozostaje najcelniejszym i najbardziej niewygodnym żartem Dupieuxa.

Fot.: Aurora Films 

wypadek fortepianowy

Overview

Ocena
6 / 10
6

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *