Cudowny Steinbeck – John Steinbeck – „Cudowny czwartek” [recenzja]

Nie tak dawno, bo 2 tygodne temu recenzowałem na łamach Głosu Kultury wcześniejszą powieść Johna Steinbecka traktującą o losach mieszkańców tytułowej Ulicy Nadbrzeżnej i bardzo ową pozycję zachwalałem. Tym razem przyszło mi ponownie spotkać się z ludnością miasteczka Monterey, zamieszkującą ulicę Nadbrzeżną, ale w powieści Cudowny czwartek. I nie będę się wdawał w bezsensowne rozwlekanie – to najlepsze dzieło amerykańskiego noblisty, jakie dotychczas dane mi było sobie przyswoić.

Zarówno Ulica Nadbrzeżna jak i Cudowny czwartek rozgrywają się w tym samym miejscu, a większość bohaterów występuje w obu powieściach. Fundamentalną różnicą jest czas akcji. Między publikacją Ulicy Nadbrzeżnej Cudownego Czwartku było siedem lat przerwy i mniej więcej tyle dzieli wydarzenia zawarte w tych dwóch powieściach. Na ulicy Nadbrzeżnej doszło do kilku istotnych zmian – po II wojnie światowej część mieszkańców nigdy nie wróciła, pojawili się nowi, a ci, którzy wrócili zmienili się nie do poznania. Tak też stało się z Doktorem, który po wojnie za nic nie potrafi odzyskać dawnej werwy i czerpać radości z życia. Problemy Doktora nie pozostają na szczęście obojętne mieszkańcom Nadbrzeżnej, na czele z Mackiem i jego spółką , co – oczywiście – zaowocuje ogromem sytuacji rodem z komediodramatu.

To co spodobało mi się najbardziej w Cudownym czwartku, to mocno zauważalna zmiana w stylu Steinbecka. Nie da się nie odczuć postępu, jaki nastąpił w pisarstwie Steinbecka względem tego, co było w Ulicy Nadbrzeżnej. W kontynuacji po prostu widać na każdej stronie, że autor czuł się bardzo dobrze, opisując przygody bohaterów. Zaryzykuję stwierdzenie, że jeśli nie jest to szczytowe osiągnięcie pióra Steinbecka, to z pewnością 1952 był jednym z najlepszych roczników dla pisarstwa późniejszego noblisty. Nie jestem pewny, czy do końca wiem, jak oddać wszystkie wrażenia towarzyszące mi podczas lektury, ale zagłębiając się w fabułę, czułem wszechobecnego ducha pisarza, tak jakby na każdej stronie zostawił swój niezmywalny ślad, co jednocześnie pozwoliło mi – czytelnikowi – poczuć, że sam jestem częścią społeczności, o której opowiada w Cudownym czwartku. Już kiedyś zresztą pisałem o tym, że dla mnie Steinbeck jawi się jako poczciwy wujek, który siedzi gdzieś w rogu z nabitą fajką i oto snuje przed nami swoją opowieść, budząc w czytelniku nie do końca sprecyzowane poczucie bezpieczeństwa oraz przyjemności z słuchania. Po skończonej lekturze miałem też bardzo długie uczucie radości wymieszanej ze smutkiem. Radości z obrotu spraw i smutku spowodowanego tym, że to już koniec. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że Steinbeck w żaden sposób nie eksperymentował, ani nie czarował w swojej powieści. Niemniej jednak jego proza ma w sobie taką dawkę magii, że czytelnik wychodzi ze spotkania z autorem z czytelniczym nasyceniem oraz z głową wypełnioną przemyśleniami. Po Cudownym czwartku mogę bez wahania stwierdzić, że John Steinbeck jest jednym z moich ulubionych pisarzy.

Paradoksem wielu powieści Steinbecka jest to, że nie do końca jasno można sprecyzować rys fabularny, który nadawałby się do opisu na tylną stronę okładki książki,  jednak mimo to autor pakuje w swoje dzieła tak wiele, a problematyka jest tak różnorodna i niejednoznaczna, że niejeden jego fan bądź badacz literacki mógłby pokusić się o dogłębne analizy o objętości prac magisterskich. Żeby nie szukać daleko potwierdzenia dla moich słów, napiszę tylko kilka podstawowych, narzucających się w pierwszym odruchu przemyśleń na temat tego, o czym tak  n a p r a w d ę  jest Cudowny czwartek.

Powieść Steinbecka to jedno z najpiękniej ujętych w literaturze studium nie tyle opowiadające o miłości, co na temat relacji damsko-męskich w ogóle. Amerykański pisarz nie śpieszy się w przedstawianiu uczucia, które rodzi się między Doktorem a pewną zadziorną, skomplikowaną, ale na swój sposób uroczą kobietą. Owa relacja ujmuje czytelnika właściwie od pierwszej sceny, w której zostaje zarysowana, otulając nas ciepłem i pozytywnymi odczuciami, by w kilku kulminacyjnych momentach zedrzeć z nas milutkie wrażenia i osaczyć nas beznadzieją, niepewnością i żalem. Steinbeck bawi się z czytelnikiem niczym stary pies z przysłowiową kością, nadgryzając nerwy czytelnika stopniowo, acz wytrwale, przez co lekturze towarzyszą właściwie wszystkie emocje związane z samym tylko tematem miłości ujętym w Cudownym czwartku! Jeśli ktoś w tym momencie myśli, że pisarz będący klasykiem literatury stworzył powieść miłosną na miarę Sparksa bądź Danielle Steel, ten jest w potwornym błędzie. Miłość u Steinbecka nie razi sztucznością, ani nie drażni naiwnością. Miłość u Steinbecka to uczucie niezwykle złożone, które na dobrą sprawę moglibyśmy przeżyć sami.

Kolejnym – niezwykle istotnym – elementem Cudownego czwartku jest problem depresji oraz samotności, która jak już przyczepi się do człowieka, to dzień po dniu demoluje jego wnętrze, niczym narkotyk niszczący ciało narkomana. Samotność oraz depresja przedstawione przez autora niejednokrotnie paraliżują czytelnika, są niczym ściana gradu dla kierowcy samochodu – niebezpieczne, mroczne, zimne, nieprzyjemne. Zmagania z tym potwornym dla człowieka stanem stanowią lwią część omawianej tu powieści i autor zręcznie przeplata samotność z miłością. Zresztą – Steinbeck w Cudownym czwartku lubuje się w licznych zestawieniach, dzięki czemu czytelnik otrzymuje słodko-gorzką opowieść o zwyczajnym życiu i nie sposób tego nie docenić.

Ostatnia wysuwająca się na pierwszy plan składowa dzieła Steinbecka to przyjaźń. Ta międzyludzka. Bez podziałów na przyjaźń męską, damską czy też damsko-męską. Autor nie rozgranicza, nie wdaje się w żadne rozważania na temat tego, jaki rodzaj przyjaźni jest najlepszy. W jego kreacji ludzkie braterstwo to największa potęga świata, większa niż wszystkie żywioły razem wzięte. Podczas lektury miałem autentycznie momenty, w których musiałem na chwilę przystanąć, by nieco dłużej rozważyć w głowie fragment, z którym miałem do czynienia i nie raz zdarzyło się, że się zaśmiałem w głos, bądź wydałem z siebie pomruk aprobaty.

Poruszyłem tylko podstawowe zagadnienia przedstawione przez autora w Cudownym czwartku. A tych jest znacznie więcej – od kwestii tolerancji, podejścia do konfliktów zbrojnych, reakcji na śmierć, wiary w przesądy, przez poczucie niezrozumienia, bunt młodości, poświęcenie dla innego człowieka, na kłopotach finansowych, wytrwałości czy zagubieniu kończąc. A to wszystko ujęte w sposób tak ciepły, tak naturalny i tak zabawny jednocześnie, że jak dla mnie jest to powieść idealna. Bo sprawdza się zarówno jako dzieło pozwalające człowiekowi na ocean przemyśleń oraz jako komedia na poprawę nastroju.

Tak się skupiłem na próbie przekazania niezwykłości Cudownego czwartku, że zapomniałem wspomnieć kilku słów na temat jakości audiobooka, za pomocą którego przyswoiłem sobie wreszcie treść literackiego klasyka. Podobnie jak w Ulicy Nadbrzeżnej lektorem jest Maciej Kowalik, który swoją robotę wykonał perfekcyjnie, potęgując pozytywne wrażenia z lektury. Audioteka ma dar do dopasowywania głosów pod konkretne powieści i nie jest to z mojej strony kurtuazja.

Cudowny czwartek to dzieło niezwykłe, które w moim sercu zajmować będzie bardzo wysoką lokatę. Nie wiem, czy ta powieść trafiła z taką siłą akurat we mnie, a inni nie poczują wszystkich jej smaczków w takim stopniu, jak odebrałem to ja, niemniej jednak jest to dzieło, które trzeba znać, choćby z tej racji, że jest to idealna książka na tak zwanego doła.

Przeczytaj także: Życie jak impreza – John Steinbeck – „Ulica Nadbrzeżna” [recenzja]

audioteka claim PL reserved black

Fot.: Audioteka.pl

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.