Człowiek o wielu duszach – James Grissom – “Szaleństwa Boga. Tennessee Williams i kobiety z mgły” [recenzja]

szalenstwa boga

Ich znajomość zaczęła się od listu wysłanego do agentki Williamsa z prośbą o radę w sprawie kariery literackiej. Później role się odwróciły i od swojego mistrza usłyszał: Chyba możesz mi pomóc. To jedno, ale jakże ważne wówczas dla niego zdanie zapamiętał na długo. Zapisał je nawet w zeszycie, we wrześniu 1982 roku. Tym wyznaniem zaczyna się ta opowieść o szaleństwach Boga imieniem Tennessee Williams. A ten zawsze podkreślał, że miał w życiu wielkie szczęście, bo był człowiekiem o wielu duszach, albowiem ofiarował duszę wielu kobietom, które naprawiały ją, napełniały i oddawały mu w użytkowanie. Każdy kto go znał, był pewien, że miał talent, prawdziwy dar. Nie dało się temu zaprzeczyć. Ale skaza, ta pierwotna, którą posiadał, była nieusuwalna i polegała na tym, że brak mu było fundamentu dyscypliny i szacunku, którego każdy potrzebuje, żeby zachować równowagę i funkcjonować.

Tennessee Williams zaliczany jest do najważniejszych dramatopisarzy XX wieku. Swoje pierwsze dramaty pisał już w latach 30. Mimo że pierwszą ważną sztuką była Szklana menażeria, to sławę przyniósł mu dopiero Tramwaj zwany pożądaniem, za który otrzymał nagrodę Pulitzera. Kolejną nagrodę odebrał za Kotkę na gorącym blaszanym dachu. Żadna jednak ze sztuk przez niego pisanych nawet nie miała szansy na zawiązanie się fabuły, póki przez scenę nie przetoczyła się mgła, z której wyłaniała się postać kobieca. Sam podkreślał, że nie wie, dlaczego tak się działo. Ale prawdą jest, że zanim w jego podświadomość wkroczyła kobieta, ważna, potężna kobieta, przez chwilę odczuwał lęk, a zapowiedzią tej chwili było pojawienie się mgły. Być może to jakiś osad z dna jego mózgu, który wyrzuca z siebie tę kobietę razem z martwymi resztkami. Towarzyszyła temu woń, ostra, gryząca, woń syczących, brzęczących, grzechoczących kaloryferów w pokojach w Nowym Orleanie, St. Louis i Nowym Yorku. W pokojach gdzie pisał, marzył, głodował, pieprzył się, płakał, czytał i modlił się. I być może to wszystko, te wyziewy stwarzają zarówno mgłę, jak i kobietę.

Wierzył, że pisarze, a właściwie wszyscy artyści, mają wiele domów. Po pierwsze jest to ich biologiczne miejsce urodzenia, a więc dom, który jest świadkiem wszystkich dobrych i złych chwil, jak również dojrzewania. Po drugie miejsce, gdzie zaczynają się wszystkie epifanie, a więc jako miejsca tożsamości wyróżnić należy szkołę, kościół, a także łóżko. Po trzecie miejsce nierozerwalnie związane z całym rytuałem pisania, gryzmolenia, śnienia, prowadzącym do sztuki lub powieści. Po czwarte w końcu, co najważniejsze, uczuciowe, niewidzialne, samodzielnie wymyślone miejsce, gdzie zaczyna się praca. To jego „teatr mentalny”, proscenium, gdzie przechadzają się bohaterowie zamknięci w pamięci.  Do tego teatru udawał się, zwłaszcza gdy był młody, kiedy potrafił marzyć i czuł się tam bezpiecznie.

W czasie swojej młodości i największej siły Tennessee Williams mógł żyć marzeniami i nie dbać o siebie. Wierzył w psychoanalizę i jej zalecenia, choć faszerował się narkotykami, topił smutki w alkoholu, a potem spoczął na łonie kościoła katolickiego. Jeśli chodzi o witalność umysłową, głównie opierał się na dziele Humphreya dotyczącym kreatywności. Pod koniec swojego życia stał się jednak przygnębiony, smutny i przegrany. Szaleństwo Boga to nietuzinkowa biografia, nieprzeciętnej osoby.

Fot.: Wydawnictwo Czarne

Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Gdańskim. Zgodnie z sentencją Verba volant, scripta manent (słowa ulatują, pismo zostaje) pracuje nad rozprawą doktorską poświęconą interpretacji muzyki w prasie lat ’70 i ‘80. Jej zainteresowania obejmują literaturę i sztukę, ale główna pasja związana jest z tempem 33 obrotów na minutę (mowa oczywiście o muzyce płynącej z płyt winylowych).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *