Cudowne lata 70. – Will Graham – „Daisy Jones and The Six”

Chcemy w każdym dziele ekranowym widzieć tę cząstkę sztuki, ambicji i czegoś niepowtarzalnego. Czasem przez to, przez własne oczekiwania właśnie, zapominamy, czemu ma służyć również ten typ rozrywki – dostarczeniu emocji, poruszenia i zainspirowania. To wszystko pojawia się w dużych ilościach w nowym serialu Amazon Prime. Daisy Jones and The Six to produkt rozrywkowy, emocjonalny, sprawiający wrażenie, że jest być może czymś więcej niż tylko historią o rockowym bandzie, pogubionym w świecie wielkiej machiny show biznesu. To historia żywa, kolorowa, przyciągająca, w jakiś sposób także sensualna, ale poza walorami, o których wspominam, trudno było mi się doszukać jakiegoś drugiego dna, czegoś, co doda obrazowi głębi, tej niepowtarzalnej iskry. Mimo wszystko serial uważam za bardzo udany, niezwykle przyciągający do ekranu, a wszystkie 10 odcinków można w zasadzie obejrzeć jednym ciągiem. Jeśli ktoś ma wolne te 10 godzin. Zapraszam do lektury recenzji. 

Różowe lata 70.

Podczas oglądania Daisy Jones and The Six miałam wrażenie, że już to gdzieś widziałam, że znam tę historię, że wiem, jak się skończy. Jednak twórcy serialu postawili na zaskoczenie, na nietuzinkowość i w pewnym stopniu oryginalność pewnych fabularnych rozwiązań. Dotyczy to w głównej mierze postaci z pierwszego planu – Daisy Jones oraz Billy’ego Dunne’a. Byli tutaj orbitującymi wokół siebie planetami, które, stykając się, rozpętywały burzę. Nie chcę przez to powiedzieć, że cały serial opierał się na chemii między postaciami, ale można powiedzieć, że było to niezłe spoiwo fabularnej konstrukcji wydarzeń.

Zatem co mamy w Daisy Jones and The Six? Garażowi twórcy, „prawie Rockmani”, młodziki z Pittsburgha w Pensylwanii sięgają marzeniami wysoko, a przynajmniej część z nich. Na pewno wielkim marzycielem jest Billy Dunne (Sam Claflin), który żyje trochę mrzonką o wielkiej karierze rockowego bandu, któremu się uda zaistnieć, nagrać płytę i być „kimś”. Nie jest to jednak marzenie będące tylko jego udziałem. Akcja rozgrywa się bowiem w pięknych latach 70., tych, w których, by wyłowić perełkę z morza bylejakości, było niezwykle trudno. Kiedy już się to jednak udawało, dostawaliśmy takie zespoły Fleetwood Mac, na którym to właśnie wzorowana była historia bandu z serialu Daisy Jones and The Six.

Marzycielką, ale lekko wycofaną i zamkniętą w sobie jest też Margaret „Daisy” Jones (Riley Keough), która jest niezbyt pewna tego, czy ma w sobie talent. Jednak odkrywa w sobie pokłady wrażliwości, które pozwalają jej bez nadmiernego wysiłku tworzyć kompozycje i aranżacje, które mają w przyszłości stać się hitami. Na podstawie jej postaci oraz postaci jej najlepszej przyjaciółki Simone Jackson obserwujemy też niepokojące zjawiska wyzysku, manipulacji, uprzedmiotawiania kobiet i tego wszystkiego, czym okrył się niesławnie cały światek show biznesu, nie tylko muzycznego.

Sex, drugs and rock’n’roll

Każdy zna to hasło. Muzyka rockowa i zespoły wirujące w ekstatycznym uniesieniu na scenie, ochrypnięte głosy i rozwalone w drzazgi gitary. Uwielbiam ten klimat, który w Daisy Jones and The Six niewątpliwe jest. Klimat tej ulotności, świadomości, że jest to „ta chwila”, by być tutaj i móc zaśpiewać na scenie, poczuć więź z fanami, być gwiazdą. Klimat rozśpiewanych i kolorowych lat 70., które objawiały się w scenografii, kostiumach, sposobie wyrażania się bohaterów. Oczywiście także muzyka, która była bardzo dobrze dopracowana i można było poczuć przez chwilę, że kiedyś może rzeczywiście taki band jak Daisy Jones and The Six istniał. I choć ten konkretny zespół jest czysto fikcyjny, to ich przejścia, próby, stawanie się, było udziałem wielu wschodzących i upadających gwiazd muzycznej sceny lat 70.

To także próba opowiedzenia historii o uzależnieniu, samotności i wrażliwości na otaczający świat, który są w stanie stłumić tylko narkotyczne odloty, strumienie alkoholu i przygodny seks. Tutaj też chcę zauważyć, że postać Daisy gra w tym temacie pierwsze skrzypce. Widz może nawet nie zauważyć, że delikatna i humorzasta Daisy co rusz łyka jakieś tabletki. Później nie kryje się wcale z wciąganiem białego proszku i narkotycznymi odlotami w hotelowych pokojach. Jednak za postacią Daisy kryje się tutaj ogromny ból samotności, poruszająca i niszcząca relacja z matką, która małej dziewczynce powiedziała wprost: „Nikt nie chce Cię słuchać”. Kiedy Daisy przestała śpiewać, straciła część siebie, którą potem uwolniła na scenie tuż obok wierzącego w nią (wbrew pozorom) Billy’ego Dunne’a. Znał on siłę nałogu, gdyż sam, w chwili pierwszego małego triumfu, rozleciał się na kawałki, oddając się bez reszty pokusom pierwszej trasy koncertowej. Billy tym samym zaprzepaściłby szansę zespołu na wybicie się, ale pokrętna droga jego bandu dopiero się wtedy rozpoczynała.

Nie byłabym sobą, gdybym nie napisała o tym brudnym i posępnym Los Angeles, które w oparach mgły i słońca powitało bohaterów serialu. Być może ten klimat, ta otoczka szaleństwa, koncertów w pełnym słońcu i wirującej na scenie Daisy sprawiły, że kupiłam Daisy Jones and The Six – i to całym sercem. I to nie jest tak, że to serial doskonały, o czym pisałam we wstępie. Jest tu miejsce na dłużyzny (zwłaszcza pierwsze dwa, trzy odcinki), na niezbyt ciekawych dla mnie bohaterów (jakoś nie polubiłam się z Simone), na koncepty pełne uproszczeń i fabularny zarys rozwiązania zagadki upadku wielkiego zespołu końcówki lat 70. Bo jeśli aura tajemniczości wynikająca z oprawy serialu i jego stylizacji na dokumentalną opowieść o minionych czasach jest ciekawa i dla mnie przystępna, to już samo zakończenie niezbyt do mnie przemawia. Być może jednak uwierzyłam za mocno w romantyczny mit wielkiego bandu złożonego z charyzmatycznej Daisy i ponurego Billy’ego(i całej reszty, którą przysłonił blask tej dwójki). W mit wpadnięcia w otchłań, która przecież zabrała tak wielu wybitnych muzyków, ludzi sztuki, artystów. Młodych, utalentowanych i już martwych.

Serial Daisy Jones and The Six można obejrzeć na platformie Prime Video

 

Overview

Write a Review

Opublikowane przez

Anna Sroka-Czyżewska

Na zakurzonych bibliotecznych półkach odkrycie pulpowego horroru wprowadziło mnie w świat literackich i filmowych fascynacji tym gatunkiem, a groza pozostaje niezmiennie w kręgu moich czytelniczych oraz recenzenckich zainteresowań. Najbardziej lubię to, co klasyczne, a w literaturze poszukuje po prostu emocji.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *