Komiksy,Recenzje

Zombi wiecznie żywe – Tom Taylor, Trevor Hairsine – „DCeased” [recenzja]

Czy nie mamy już dosyć tematyki zombi? W moim odczuciu boom na filmy, książki, seriale i komiksy zaczyna się odbijać popkulturze i jej fanom czkawką, chociaż nowych produkcji nie brakuje. Coraz częściej zmienia się tylko podejście twórców, którzy klimat gore i horroru, ikoniczny dla klasyków kina, starają się „ugryźć” (żart sytuacyjny już we wstępie!) od innej strony. To oczywiste, kultura masowa wszak wciąż ewoluuje i prędzej czy później musiało dojść do sytuacji, że produkcje traktujące o zombi coraz częściej romansują z komedią czy pastiszem. Dlatego takich filmów jak Zombieland czy Truposze nie umierają nie nazwiemy kinem grozy, chociaż bohaterowie co chwila walczą o swoje życie. Widz już znudził się strachem przed żywymi trupami, więc niech się chociaż pośmieje. Osobiście straciłem zainteresowanie zombi po kilku sezonach The Walking Dead, serialu, który moim zdaniem znacznie przyczynił się do rozmnożenia się pokrewnych produkcji. Niemniej jednak, co pewien czas sprawdzam, czy odór stęchlizny wciąż się utrzymuje, również na kartach komiksów. Stąd decyzja o sięgnięciu po DCeased.

Czy moda na zombi mogła ominąć największych wydawców komiksów? Oczywiście, że nie! Zarówno Marvel wydał swoją miniserię (Marvel Zombies), jak i DC (DCeased – tu punkt zdobywa te drugie studio za udaną grę słowną w tytule). Robert Kirkman, zmieniając Spider-Mana i spółkę w spragnionych ludzkiego mięsa nieumarłych, poszedł po linii najmniejszego oporu – postawił na zwyczajną sieczkę z latającymi flakami i mało poważną historią. DCeased natomiast stoi w rozkroku. Komiks od początku sili się na opowiedzenie historii na poważnie, obserwujemy bowiem najpierw powstanie wirusa w dramatycznych okolicznościach i jego rozprzestrzenienie się po Ziemi.

Zatrzymajmy się tutaj na chwilę. Źródło wszelkich nieszczęść w produkcjach o zombi najczęściej okazuje się najbardziej intrygującą częścią. Czy jest to wirus, który wymknął się z jednego z tajnych laboratoriów? Czy jest to naturalna mutacja, która nagle objawiła się w przyrodzie? Czy to tajemnicza substancja spoza kosmosu? Pole do popisu jest ogromne, szanse na spartolenie opowieści jakimś dziwactwem – jeszcze większe. Jeśli jest to coś innowacyjnego, to może być kluczem do sukcesu, a twórcy kombinują, jak mogą, żeby dodać do tego kotła z zombi coś nowego. Tom Taylor, scenarzysta niniejszego komiksu, niczym czytelnika nie zaskakuje. Powiem więcej, wymyśla na tyle pretensjonalny powód wybuchu apokalipsy zombi, że nie miałem nawet śmiałości drugi raz zastanawiać się nad tym, co przeczytałem. Wziąłem głęboki oddech i ruszyłem dalej.

A, bardzo ważne! Tom Taylor ustami superbohaterów wbija nam do głowy, że nie mamy do czynienia z zombi. To są „tylko” nieumarli. Oni nie chcą jeść ludzkich ciał, oni chcą jedynie wszystkich pozabijać. Tylko że jednocześnie inni bohaterowie nazywają ofiary wirusa zombiakami, a zachowanie nieumarłych kubek w kubek przypomina najpopularniejsze klisze z popkultury. Krótka dygresja – w trailerze do nadchodzącego filmu Zacka Snydera Armia Umarłych możemy zauważyć, że horda zombi jest zorganizowana, myśląca, co zmienia nieco ujęcie nieumarłych chaotycznie atakujących ludzi (jak ten eksperyment wyjdzie, nie mam pojęcia). Scenariusz DCeased, chociaż próbuje przyciągnąć uwagę czytelnika czymś nowym, sam strzela sobie w stopę. Mamy tu klasyczną hordę, polującą na pozostałych przy życiu ludzi. Atakują przede wszystkim zębami, w ten sposób roznosząc wirusa dalej. Przykro mi, ale pomimo wbijania mi do głowy, że to wcale nie są zombi, to ja widziałem tylko i wyłącznie zombi, do czego tym bardziej przekonywały mnie rysunki Trevora Hairsine’a i gościnnych artystów. Skąpane we krwi, powykrzywiane nienaturalnie istoty nie odbiegają od standardowych obrazków, a ich twarze na widok człowieka mówią jedno – mięso! I chociaż niektóre kadry są piękne (zarażony Joker spoglądający szalonym wzrokiem na Harley Quinn to zwycięzca tego komiksu w kategorii artystycznej), nie zmieniały mojego zdania – to wciąż kolejna, nijaka opowieść o zombi.

Wróćmy jeszcze do tego rozkroku, w którym stoi niniejszy komiks. DCeased nie chce iść w kierunku pastiszu, nie wyśmiewa opowieści o apokalipsie żywych trupów. Fabuła toczy się wokół kurczącej się ekipy superbohaterów, którzy próbują zaradzić końcowi świata, ale scenariusz nie pozwala zapomnieć o prostej rzeczy – Superman, Batman i ich partnerzy również mają rodziny i przyjaciół, bliskich ludzi, o których się martwią. Widzimy wiele kadrów, w których oni cierpią na wieść o utracie swych towarzyszy. Narrator stosuje pewną pętlę narracyjną, która ma chwycić za serce czytelnika, uświadomić mu, jak wielki ból stanowi próba obronienia najbliższych przed nieuniknionym. Dramatów tu sporo, wylane łzy można byłoby zbierać w szklankach, chociaż ta powaga jest właśnie tym, co mnie najbardziej wynudziło. DCeased to komiks stworzony bezpośrednio na potrzeby kinematograficzne, bo kolejne postępy fabularne śledzi się właśnie jak typowy film o superbohaterach. Występuje tu wiele efektownych starć szeregu bohaterów z uniwersum DC, kadry obfitują w wybuchy, pościgi i eksplozje, akcja wręcz wylewa się z kart komiksu. Do tego dochodzą niezbędne już w tego typu filmach superhero komiczne one-linery. Tak, chociaż fabuła stroi piórka na dramatyczną, nagle pojawiają się teksty, które nijak nie pasują do tego, że stronę wcześniej jeden z bohaterów stracił połowę rodziny. Myślałem, że rzucone po jednej z licznych walk z nieumarłymi hasło: Mam czyjeś ucho w gatkach, to pomyłka, ale po chwili pojawia się jeszcze większy zgrzyt, który w tym przypadku mało śmieszy – ale w filmie byłby pewnie nagrodzony wybuchem śmiechu na widowni.

DCeased to nie jest komiks najwyższych lotów i nie sprawił mi zbyt wiele przyjemności. Wydaje się, że Tom Taylor, tworząc scenariusz, do końca nie potrafił się zdecydować, jak bardzo poważnie podejść do motywu zombi. Liczne rozterki emocjonalne bohaterów gubią się w masie nijakości całej historii, z genezą wirusa włącznie. To powodowało stopniowy brak zainteresowania z mojej strony, a w konsekwencji brak jakichkolwiek pozytywnych emocji po lekturze. Wyszedł z tego typowy akcyjniak, który mógłby zostać przerobiony na film – o ile widownia będzie chciała kolejnego filmu o nieumarłych. Moja osobista refleksja jest taka, że zombi przyjmuję już wyłącznie w wersji komediowej, gdy twórcy świadomie bawią się tematyką, która jest już przemielona przez kilkadziesiąt lat popkultury. W końcu jeden z odcinków w drugim tomie serii Hitman, w którym doprowadzono motyw zombi do granicy absurdu, po czym tę granicę śmiało przekroczono, do dzisiaj wspominam z uśmiechem na ustach. A o DCeased pewnie szybko zapomnę.

Fot.: Egmont


Przeczytaj także:

Recenzja komiksu Green Class

Podobne wpisy:

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *