Wóda i bala

Debiut na wariackich papierach – Grzegorz Żurek – „Wóda i bala” [recenzja]

Z debiutami literackimi bywa różnie. Czasami jest tak, że czytelnik od razu widzi, iż oto trzyma w rękach czyjeś pierwsze wydrukowane, przyjęte przez wydawnictwo dzieło. Innym razem zdarzy się, że na wieść o tym, iż właśnie przeczytaliśmy debiut danego pisarza, nie dajemy temu wiary. Debiuty bywają niezwykle udane, mniej lub wcale. Jedne są ostrożne, jakby pisarz wciąż stąpał po niepewnym dla siebie gruncie, inne z kolei są odważne, zachłanne. Niektórzy debiutanci nie boją się przejrzenia ich jako początkujących twórców, inni wręcz przeciwnie – starają się pisać tak, aby słowo „debiutant” nawet nie wpadło czytelnikowi do głowy. Są debiuty gorsze i lepsze. Są debiuty ciekawe i odpychające. A debiut Grzegorza Żurka? Jego debiut jest szalony. Po prostu szalony.

Wóda i bala już na pierwszych stronach przedstawia się swojemu czytelnikowi jako powieść nietuzinkowa; nie ukrywa swojej natury, więc postępuje fair – każdy, kto chce, może się jeszcze ratować, odłożyć ją na półkę, sprzedać, podarować lub użyć jako podstawkę pod schłodzoną butelkę wódki, na której zaczynają pojawiać się pierwsze spływające po szyjce krople. Jeśli jednak taki czytelnik zdecyduje, że forma książki, szczera narracja i wesoło machające do nas z każdej strony wulgaryzmy i przekleństwa (odmachujemy, odmachujemy!) go nie zrażają, da się tym samym zaprosić na szaloną jazdę bez trzymanki, w której można się nieźle pogubić. Będzie zabawnie, będzie nietuzinkowo, będzie dziwnie i będzie momentami wręcz dziwacznie, a nawet psychodelicznie. Czy warto? To zależy, co kto lubi. Jeśli jednak lubicie nietypowe debiuty, którymi pisarz odważnie i wariacko wręcz wkracza na bezlitosny rynek książki, powinniście być przynajmniej niezawiedzeni.

Podobno popularną radą dla pisarzy (zwłaszcza tych początkujących) jest to, aby pisali o czymś, co znają (powiedzcie to pisarzom fantasy albo science fiction!). I jeśli Grzegorz Żurek wziął sobie do serca tę radę, to tym bardziej jego pierwszą powieść należy uznać za odważną. I chyba tak musimy zrobić, bo raczej nie bez powodu na czwartej stronie okładki widnieje takie oto o nim zdanie: Z bohaterem Wódy i bali łączy go wszystko. Jeśli wrócimy na bardziej reprezentatywną stronę książki, a więc przód (choć jak każdy fan piłki wie, tyły również obstawione być muszą) i zaczniemy czytać, dowiemy się, że z całą pewnością autora i narratora (a także głównego, bądź co bądź, bohatera) łączy imię. Grzegorz, Grześ, Grzesiek, Grzesiu – zwał jak zwał, ważne, że jest i już przymierza się do tego, żeby opowiedzieć nam, jak wielki ból towarzyszyć potrafi zerwanemu więzadłu przedniemu krzyżowemu. Bo od tego się przecież zaczyna, mam rację? Zatem prawdę świętą prawił ten, który mówił, że cierpienie uszlachetnia! A że szlachetność miewa wiele odcieni… to już opowieść na inny czas, przy innej wódzie i podczas kopania zupełnie innej bali.

Wóda i bala nie jest powieścią jednostajnie płynącą i skupiającą się wokół jednego wątku. Powieść Żurka składa się z niecodziennej (choć mam wrażenie że ostatnio, krok po kroczku, coraz bardziej popularnej) narracji, dzięki której narrator raz po raz ośmiela się zwracać do swojego czytelnika bezpośrednio (a więc, skubany, już pisząc, musiał wiedzieć, że go wydadzą), tłumacząc coś, zadając retoryczne pytania (choć oczywiście nie byłyby retoryczne, gdyby książka dawała nam prawo odpowiedzi) i wciągając nas w nieistniejący dialog, jak na przykład tutaj, właściwie jeszcze przed rozpoczęciem właściwej historii:

Cieszę się, że zdołałem was przekonać. Bo zdołałem, prawda? Pozwólcie więc, że teraz w spokoju wyciągnę korki, getry, koszulkę, spodenki i inne piłkarskie fatałaszki. W spokoju spakuję to wszystko do dużej sportowej torby i ze spokojem wyjdę na trening.

No przecież! Na śmierć zapomniałam poinformować, że Grześ jest fanem piłki nożnej! Czy może jednak wspomniałam o tym? No trudno, najwyżej się powtórzę – otóż, nie wiem, czy wiecie, ale Grześ jest fanem piłki nożnej! I to nie byle jakim fanem, ale oddanym, wiernym i praktykującym! Teraz zapewne zaczyna docierać do Was zgroza słów: zerwane więzadło przednie krzyżowe, prawda? Ale tak to już jest, że bohater powieści musi cierpieć, musi przeżyć coś, co pozwoli mu otworzyć się na nowe światy, nowe horyzonty i doznania. A takich Grześ doznaje, trzeba przyznać, całkiem sporo, a my razem z nim – krążąc chaotycznie po książce, plącząc się w wątkach, mijając z głównym bohaterem tu i ówdzie, przeskakując z tematu na temat, na przemian rozumiejąc i nie mając pojęcia, o co właściwie chodzi. Możecie pomyśleć, że uprawiam teraz, na Waszych oczach, w dodatku w biały dzień (choć kiedy to piszę, noc bezczelnie krzyczy za oknem jak nienakarmione dziecko), ściemnianie i lanie wody, zamiast skupić się na klarownym wytłumaczeniu, o czym właściwie opowiada Wóda i bala. Problem jednak w tym, że nie da się ani lapidarnie, ani nawet sensownie wyjaśnić komuś, kto nie czytał tej książki, w kilku tylko zdaniach, o czym traktuje. Alkohol leje się tu strumieniami – to fakt. Uczestniczymy w opuszczeniu więzienia i na nowo wkroczeniu w wolność – to również fakt. Bala toczy się po murawie – można tak powiedzieć. Bohater przeżywa straszne i jednocześnie porywające przygody – również można zaryzykować takie stwierdzenie. Grześ jest – co wielokrotnie zostaje podkreślone – nad wyraz inteligentny. Jak to jednak w naszym pięknym kraju bywa, inteligencja ląduje w koszu zaraz obok pięknego wnętrza i szczerości, więc nie powinno nikogo dziwić, że nasz bohater nie opływa w propozycje pracy, a życie nie układa mu się tak, jak by sobie tego życzył. Czy jednak tylko głuche na ironię, cynizm i wysokie IQ państwo można winić za taki stan rzeczy? A może poniekąd również samego Grzesia, który dał się złapać w pułapkę wyjątkowości i bycia ponad to, która niejednego sprowadziła już na manowce…

Od strony stylistycznej i gatunkowej powieść Grzegorza Żurka to istny miszmasz… w zasadzie wszystkiego. Mamy tu bowiem zwyczajną, debiutancką powieść, w którą wkracza pierwszoosobowa narracja zwracająca się wprost do czytelnika; mamy książkę, w której język całkiem niczego sobie, wręcz momentami ewidentnie nastawiony na wyższy poziom erudycji, miesza się z przekleństwami, wulgarnymi tekstami i prostackimi dialogami, które bardziej niż do książki, pasowałyby do jakiegoś kontrowersyjnego polskiego filmu; mamy zrozumiałą dla wszystkich językowo historię, do której zakrada się co rusz gawęda w śląskiej gwarze wprost z Mysłowic, skąd pochodzi autor; mamy liczne nawiązania do popkultury, w dodatku nie zawsze wyszczególnione, w związku z czym czasami może nam się jakiś fragment wydawać dziwnie znajomy, by po chwili okazało się, ze to przecież wers piosenki wpleciony bez żadnego ostrzeżenia w któryś z rozdziałów; mamy fragment dramatu (Meuch w opałach. Tragedya w jednym akcie), teleturniej z Zygmuntem Chajzerem w roli głównej; mamy znajomo brzmiący opis życia, który okazuje się być wyjętym z serialu (Otóż mam tu jasne, płócienne spodnie od kolesia, który był analitykiem w policyjnym laboratorium i wiódł z pozoru normalne życie, tylko że wieczorami urządzał sobie takie eskapady w celu mordowania różnych oprychów. Bo wiesz, gość działał według takiego prywatnego kodeksu. Zanim zabił, przeprowadzał konkretny research, żeby upewnić się, czy dany człowiek akuratnie na śmierć zasługuje. Rzesze całe namordował tych ludzi. Nie umieli go dorwać, bo biegły był w swoim fachu i umiejętnie zacierał wszelkie ślady na miejscach zbrodni.); mamy mnogość form, różne style i językowe igraszki. Czasami bywa tego za dużo, jakby autor koniecznie chciał zwrócić na siebie uwagę czytelnika, ale z drugiej strony… któremu pisarzowi na tym nie zależy? Mimo wszystko jednak momentami można odczuwać przesyt tego luźnego stylu, pełnego nawiązań i chaosu.

Nie można nie wspomnieć o problemie alkoholizmu, bo ten w powieści pojawia się i często, i gęsto, co zresztą jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę tytuł książki. W Wódzie i bali piją prawie wszyscy, a wielu z nich pije bez umiaru. Alkohol otula, daje poczucie bezpieczeństwa i wolności, raz wyostrza zmysły, innym razem otacza je mgłą słodkiego niezrozumienia i nieświadomości. Później natomiast następuje kac, który – jak słusznie zauważa Żurek – bywa bardzo różny. Raz przychodzi do nas ten, który sprawia, że nic nie jesteśmy w stanie zrobić i bliżej nam do zombie niż człowieka, innym razem pojawia się ten, który wbrew ogólnemu złemu samopoczuciu powoduje, że nagle jesteśmy w stanie zrobić rzeczy, których nie dalibyśmy rady ogarnąć w innej sytuacji, lub robimy coś tak fantastycznie, jak nigdy dotąd. Czasami właśnie ta książka brzmi tak, jakby pisana była na kacu. Ale tym dobrym, tym pozytywnym, tym mobilizującym do działania.

Kolonie, spiski, piłka nożna, alkohol, więzienie, teleturnieje, omamy, zwidy, upadek i bieda – to wszystko znajdziemy w debiutanckiej powieści Grzegorza Żurka. Nie zabraknie także zabawnych dialogów, sprośnych tekstów, filozoficznych przemyśleń, całych akapitów pisanych gwarą, a także zwykłego życia, którego szarość przebija się niekiedy przez te, zaostrzone jaskrawymi, podkręconymi barwami i zdaniami, strony książki. Ważna jest tu wolność i swoboda, ważna jest dziewczyna młoda i wódka schłodzona, ważna jest bala, którą trzeba kochać i kopać, ważna jest narracja i ważne jest to, że oryginalność nie broni się samym tylko konceptem. Wóda i bala to odważny debiut, szalony i pełen wariactw w związku z czym z pewnością nie przypadnie każdemu do gustu. Dla mnie momentami było odrobinę za dużo miszmaszu i wtrąceń z szeroko rozumianej popkultury (przez które, właściwie nie wiem dlaczego, momentami czułam się zażenowana), ale nie zostałam z pewnością zniechęcona do sięgnięcia w przyszłości po kolejną książkę autora. Tego typu powieści wyróżniają się bowiem na rynku wydawniczym i tak jak trzeba mieć odwagę, aby je napisać, tak trzeba również mieć odwagę, aby je przeczytać. To jak – tchórzycie, czy dajecie jej szansę?

Fot.: Wydawnictwo Oficynka

Wóda i bala

Write a Review

Opublikowane przez

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *