Kocham Pana, Panie Lynch! – czyli o tym, dlaczego w 2018 roku nadal kocham Davida Lyncha

Lyncha

Źródło tego szczerego wyzwania ma początek gdzieś w latach 90. w bloku z wielkiej płyty. To właśnie wtedy, jeszcze jako dziecko, pierwszy raz zobaczyłam opening Twin Peaks Davida Lyncha; chwilę potem przegoniona przez mamę z pokoju, stojąc w piżamie, w ciemności, i tak zaglądałam tam z przedpokoju. „Co to za dziwne kino” pomyślałam, kiedy zwłoki znalezione na plaży miały już swoje imię, a klimat pierwszego odcinka (w którym w zasadzie nic takiego Lynchowskiego się nie działo) nieco już odstawał od klimatu seriali kryminalnych tamtych czasów. To właśnie w tamtym momencie Lynch zawładnął moją duszą na dobre.  

Potem wcale nie było łatwiej. Moja platoniczna do niego miłość wciąż pchała mnie do poszukiwania o nim informacji, wypytywania znajomych o to, czy ktoś nie chciałby kupić mojej duszy za piracką kopię Głowy do wycierania, o której słyszałam tylko pogłoski i przeczytałam jeden akapit w cudownym, jeszcze wtedy, czasopiśmie „Film”. Płyta z tym filmem przywędrowała wtedy do mnie na Śląsk z okolic Zielonej Góry. Emocje podczas seansu sięgały zenitu, gdzie stary PC wyjątkowo wtedy nie złamał mi serca fikuśnym nie czytaniem płytek. I o ile znane mi już wtedy były Miasteczko Twin Peaks, Człowiek Słoń i Blue Velvet, o tyle Głowa do wycierania sprawiła, że moje poczucie estetyki filmowej wyolbrzymiło się, złamało wpół, kilka razy zdeformowało, żeby wpełznąć do mojej podświadomości na zawsze. Lynch mnie sobą opętał.

Skrawki dziwnych światów

Czasy, w których dorastałam, jak już delikatnie wspomniałam wcześniej, nie pozwalały na przeglądnięcie całej działalności ukochanego reżysera. Były jednak Króliki oglądane w programie 2 czeskiej telewizji (jak dobrze, że wieczorami decydowali się na oryginalny język i napisy), Zagubiona Autostrada na TVP2, na którą czekałam cały tydzień, ale po całym dniu wakacyjnych szaleństw zasnęłam zaraz przed filmem w fotelu i przebudziłam się na napisach końcowych (ten ból zawodu umiem sobie przypomnieć nawet teraz); pierwsze informacje o tym, że Lynch też maluje, Abecadło obejrzane 30 razy z rzędu (dzisiaj zachwyca nadal tak samo), W pogoni za wielką rybą przeczytane w pośpiechu z wypiekami na twarzy, kiedy czułam, że wszystko, co w tej książce powiedziane zostaje na temat kreatywności, mój Mistrz mówi prosto do mnie. Z czasem doszło do tego wyszukiwanie jego kolejnych muzycznych dzieł i godziny spędzone na słuchaniu w kółko utworów takich jak np.: David Lynch & Lykke Li – I’m Waiting Here.

David Lynch & Lykke Li – I'm Waiting Here

Wieczorne oglądanie Inland Empire, wykłócanie się o interpretację Mullholand Drive, ostentacyjnie maniakalne ignorowanie ludzi, którzy twórczość Lyncha mają śmiałość przy mnie określać jako „dziwne, niezrozumiałe głupoty” -już wtedy obsesja stała się fundamentem mojej miłości.

O tym, jak Lynch rozkochał mnie w sobie na nowo w 2018 roku

Jestem niemal pewna, że wszyscy czytający teraz ten nagłówek pomyśleli o tym, że ogień miłości w mym ekranowym sercu rozpalił nowy sezon Miasteczka Twin Peaks (o “genialności” którego mój redakcyjny kolega opowiada TUTAJ). Jest to prawda jedynie połowiczna, ponieważ 10. odcinek nowego sezonu szybko uświadomił mnie, że zdecydowanie muszę po raz kolejny zacząć od odnalezienia Laury, przejść przez pierwsze dwa sezony i dopiero wtedy rozkoszować się tym, co David zaserwował nam dokładnie 25 lat po ostatnim odcinku Miasteczka… Tak naprawdę jednak Lynch naprowadził mnie krętymi ścieżkami na odkrycie jego wielkiej inspiracji, czyli filmu Laura z 1944 roku. Film Otto Premingera oraz Roubena Mamouliana nie tylko wpisywał się w – nie ukrywajmy – pasujący do Lyncha klimat filmów noir, ale również pozwalał nam poznać pierwowzór postaci Laury właśnie. Tajemnicza historia zapadnięcia się pod ziemię tytułowej bohaterki, poznawanie jej w czasie śledztwa z perspektywy opowieści o niej, faktycznie przywodzi na myśl Laurę. Tę dziewczynę, która w trzecim sezonie stanie się transcendentnie pełna znaczeń, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.

Jest 2018, a David Lynch znowu podsunął mi pod nos tekst kultury, który mnie zachwyca, pozwala sobie w głowie ułożyć kolejny fragment układanki związany z Twin Peaks. Znów mnie intryguje, trochę wzrusza, wodzi za nos i pozwala się odkrywać jedynie połowicznie. Ile jeszcze przede mną takich chwil? Oby jak najwięcej, życzyłabym sobie ich nawet w następnych wcieleniach i mam nadzieję, że i tam spotkam się z Lynchem nie raz, może i nawet nie dwa.

Fot.: Wikimedia Commons, Twentieth Century Fox Film Corporation

4 komentarze

  1. Michał Bębenek napisał(a):

    Mnie na szczęście rodzice nie wyganiali z pokoju jak w tv leciało Twin Peaks, chociaż w sumie to powinni ;) dzięki temu zgadzam się i popieram w 100% cały Twój tekst. A potem było Blue Velvet, Dzikość serca, Diuna… I Lynch mnie też kupił. Bardzo cieszę się, że udało mi się zobaczyć jego wystawę, która była w Toruniu jakiś czas temu, dzięki temu mój podziw dla tego człowieka jeszcze bardziej poszybował w górę :)

  2. Zbigniew Lebowski napisał(a):

    Czuję się zachęcony.
    Mam fatum na Głowę do wycierania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *