warfist

Do szpiku kości – Warfist – „Metal To The Bone” [recenzja]

Warfist chyba nie mogli lepiej zatytułować swoje nowej płyty. Metal To The Bone to tytuł w punkt oddający specyfikę materiału, który ujawnili światu zielonogórscy muzycy. Czysty, absolutnie niczym nieskrępowany black/thrash metal, bez zbędnej ornamentyki, upiększania brzmienia i innych tego typu zbytecznych w dobrej muzyce rzeczy. Jeśli ktoś z podziemia metalowego uznałby, że chce stworzyć coś w rodzaju Mein Kampf dla metalowców, to Metal To The Bone byłby niczym Aryjczyk dla Hitlera, idealnym przykładem czystego metalowego uderzenia. Wiem, że to durny przykład, ale chyba idealnie oddaje charakter najnowszego dzieła od Warfist.

Oczywiście dla każdego „czyste metalowe uderzenie” może oznaczać coś zgoła innego. Dla niektórych przykładem kanonu gatunku mogą być machający mieczami wojownicy z Manowar, dla innych metal to radosne patataj rodem z Iron Maiden, a jeszcze inni metalem nazywają dokonania Szwedów z Sabatonu. Gusta są niezbadane i zasadniczo – niezliczone. Na szczęście spora grupa osób ceni sobie brudną, nieokiełznaną i smolistą nawalankę rodem z Sodom tudzież Destruction i z pewnością łyknie od razu najnowszy wyziew od Warfist.

Szczerze mówiąc, wiele nie oczekiwałem przed pierwszym odsłuchem. Liczyłem na kawałek solidnego, black/thrash metalowego grania i nic poza tym. Ale to, co usłyszałem na Metal To The Bone, przeszło wszelkie moje wyobrażenia. Od razu wyjaśnię, że Warfist absolutnie nie odkrywają nowych, gatunkowych rubieży. Ta płyta jest klasyczna aż do bólu, śmiało można rzecz, że jest to muzyka, która wiele razy już była grana, a kapel uprawiających metal w takiej właśnie stylistyce jest na pęczki.

No więc w czym tkwi siła i wyjątkowość Metal To The Bone? Po pierwsze materiał ten jest idealnie skrojony. Całość trwa perfekcyjne trzydzieści minut. Jest szybko, intensywnie, Warfist bynajmniej nie biorą jeńców, lecz słuchacz zupełnie nie czuje przesytu. Co za tym idzie, nie ma na tej płycie zapełniaczy – zielonogórska ekipa stawia na konkret i nie mydli fanom oczu, wrzucając na płytę kilka gorszej jakości kawałków. Co do samej jakości, to pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to fantastyczna w każdym calu praca gitarzysty, a mianowicie człowieka ukrywającego się pod pseudonimem Mihu. Wiosłowy na tej płycie jest perfekcyjny pod każdym względem, dawno nie słyszałem tak wciskających w fotel riffów.

Niesamowite jest to, że polskie podziemie co rusz funduje takie strzały. Warfist stworzyli krążek idealny pod każdym względem – soczyste brzmienie, fantastyczne kompozycje, niespotykany poziom agresji wykonawczej i prostolinijność, połączona z totalnym brakiem pretensjonalności, który często jest skazą wielu metalowych załóg. Cieszy mnie również to, że w tym roku na czoło krajowej sceny wysuwają się kapele takie jak Stillborn, Warfist, Mentor i Vader, które hołdują klasycznej szkole ciężkiego grania.

Fot.: Godz ov War Productions

warfist

Write a Review

Opublikowane przez

Jakub Pożarowszczyk

Czasami wyjdę z ciemności. Na Głosie Kultury piszę o muzyce.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.