Filmy,Patronat,Recenzje

Przypowieść o moralności – Albert Dupontel – “Do zobaczenia w zaświatach” [recenzja]

Do zobaczenia w zaświatach
Do zobaczenia w zaświatach

Już dziś premiera niezwykłego, magicznego, zabawnego, wzruszającego oraz pełnego uroku filmu Alberta Dupontela – Do zobaczenia w zaświatach. Dystrybutorem filmu w Polsce jest Aurora Films, natomiast Głos Kultury objął produkcję patronatem medialnym, z czego jesteśmy niezwykle dumni. To ważne dzieło, które może nie zmieni kina, ale z pewnością zapisze się na kartach jako jeden z lepszych filmów francuskich ostatniego roku, o czym świadczy pięć Cezarów.

Końcówka I wojny światowej. Francuscy żołnierze stłoczeni w okopach wyczekują (podobnie jak rywale po stronie niemieckiej) informacji o zakończeniu konfliktu. Wszyscy odczuwają olbrzymie zmęczenie wojną i nikt tak naprawdę nie chce nadstawiać karku w sytuacji, gdy zawieszenie broni jest niemalże faktem. Niestety porucznik Pradelle zdecydowanie należy do osób niebezpiecznych, a władza w takich rękach to nigdy nic dobrego. Nie inaczej jest tym razem – Pradelle mimo otrzymania oficjalnego potwierdzenia rozejmu, wysyła na zwiad swoich dwóch żołnierzy. Zwiadowcy oczywiście umierają, co staje się przyczyną do (prawdopodobnie) ostatniej dużej bitwy między siłami francuskimi i niemieckimi. Jednak w trakcie starcia główny bohater – Albert Maillard – odkrywa, że zwiadowcy zostali zamordowani strzałem od tyłu, co wyraźnie wskazuje na porucznika Pradelle’a, a to dopiero wierzchołek całego sukinsyństwa, jakim przepełniony jest główny antagonista. Splot zdarzeń w trakcie bitwy doprowadza do tego, że Maillard zostaje przysypany ziemią, ale na ratunek śpieszy mu młodziutki artysta Edouard Péricourt. Niestety chłopak przypłacił swój dobry uczynek deformacją twarzy, jednak to zdarzenie łączy losy obu mężczyzn i staje się fundamentem pod późniejsze wydarzenia, które zatrząsną powojenną stolicą Francji.

Czy jest coś, czego spodziewałem się po filmie Do zobaczenia w zaświatach? Myślę, że tego, do czego przyzwyczaił nas dystrybutor Aurora Films, a więc filmu niszowego, ambitnego, dającego bardzo szerokie pole do rozważań i chociaż odrobinę “ciężkiego”, w czym można by zanurzyć swoją duszę i czerpać z tego przyjemność. I otrzymałem wszystko, poza tym pierwszym – mianowicie francuskie dzieło Alberta Dupontela z pewnością nie jest produkcją niszową i nastawioną na bardziej wymagającego widza. Do zobaczenia w zaświatach to film uniwersalny, na którym dobrze bawić będą się także niedzielni zjadacze popcornu, którzy w normalnych okolicznościach raczej unikają produkcji niewyświetlanych w multipleksach. Na szczęście fakt ten nie odbija się na widzach, którzy są docelowym targetem polskiego dystrybutora i Do zobaczenia w zaświatach oferuje rozrywkę ambitną, mimo iż jest jej zdecydowanie bliżej do mainstreamu niż innym dziełom proponowanym przez Aurora Films.

Zacznę od tego, co nie do końca mi się podobało. Na szczęście był to zaledwie jeden element, który w odniesieniu do całości jest zaledwie banałem, ale siedzi mi to w głowie na tyle, że postanowiłem się tym podzielić. Nie podobało mi się ciągnięcie tego samego żartu raz po raz. Mianowicie chodzi o te sceny, w których do Pana Péricourta przychodzi służalczo uniżony polityk. Momenty te opierają się na rosnącej niecierpliwości pociągającego za miejskie sznurki Péricourta wobec kompletnie nierozgarniętego i… co tu dużo mówić: głupiego, skorumpowanego polityka, który jadłby z podłogi, gdyby tylko jego rozmówca mu to nakazał. Ich pierwsza wspólna scena była nawet zabawna, ale z każdą kolejną rosła też moja irytacja, że tak wiele uwagi poświęca się niepotrzebnemu i sztucznie zabawnemu przerywnikowi. Można również przyczepić się do tego, jakim cudem będący na garnuszku Péricourta były porucznik Pradelle w żaden sposób nie połączył losów jego syna i szeregowego Maillarda, ale można zwalić to na karb zapatrzenia w siebie. 

Z kolei jeśli mowa o zaletach filmu – tutaj już otwiera się worek obfitości – fenomenalne kostiumy, charakteryzacja i scenografia, bardzo dobra gra aktorska, ciekawy i wciągający scenariusz, sensownie poukładane retrospekcje oraz to, co najistotniejsze, czyli tematyka filmu . Nawet ten mocno przypowieściowy ton mi nie przeszkadzał, bo ważniejsze od sposobu narracji jest to, co ona niesie wraz z sobą, czyli bezlitosne, jednoznaczne i silnie zaakcentowane sprzeciwienie się konfliktom i wszystkiemu, co z wojnami związane – a więc bezsensownym zabijaniem żołnierzy, bogaceniu się na prowadzeniu działań zbrojnych oraz, co chyba jeszcze gorsze, na poległych w walkach ludziach. Twórcy w tym wszystkim znajdują miejsce dla historii bardziej przyziemnych i uniwersalnych zarazem, jak choćby nieśmiertelne konflikty na linii ojciec-syn, artystyczneniezrozumienie, wyobcowaniew rodzinie, męska przyjaźń czy cywilna odwaga. Do zobaczenia w zaświatach porusza wiele wątków, ale do każdego podchodzi z podobnym zaangażowaniem oraz – o dziwo przy takiej kumulacji –  z każdego wychodzi obronną ręką.

Aktorsko jest bardzo dobrze, chociaż paradoksalnie to właśnie rola Alberta Dupontela jest moim zdaniem tą trudniejszą, bardziej złożoną i pozwalającą aktorowi do ukazania pełnego wachlarza umiejętności, przy czym wydaje mi się, że będę w swojej opinii raczej odosobniony, bo większość będzie zachwycać się tym, co zrobił Nahuel Pérez Biscayart, wcielający się w okaleczonego (psychicznie i fizycznie) Edouarda Péricourta. I jasne, nie można powiedzieć, żeby ta rola była czymś złym, ale gdzieś w połowie filmu młody Péricourt staje się bardziej symbolem narodu oraz sytuacji powojennej i zatraca się jego osobisty, tragiczny rys. Rekompensuje nam to mocny finał, ale uważam, że scenariusz odrobinę zagubił wyjątkowość tego bohatera, pokazując go w niezbyt równy sposób.

Siła Do zobaczenia w zaświatach tkwi w drobnych scenach, które dobitnie ukazują, że pieniądze nie są w stanie wypełnić pewnych powstałych w naszym życiu luk. To film, który w wyraźny sposób oznajmia, że bez miłości jesteśmy niczym i nie jesteśmy w stanie w żaden sposób wypełnić sensem swojej egzystencji, jeśli zaprzepaścimy szansę na miłość. Możemy być najbardziej szanowanym w mieście człowiekiem, z którym konsultowane są wszelkie decyzje, ale we wnętrzu naszego gabinetu przyciskać do ziemi będzie nas świadomość, że bezpowrotnie utraciliśmy syna, któremu okazaliśmy w młodości zbyt mało uczucia. Możemy szybko się dorobić i nosić na sobie najdroższe materiały, ale wciąż będziemy wyglądać jak największy osioł, ponieważ nie będzie przy nas nikogo, kto wspomoże nas dobrą radą. Możemy być wielkim artystą, który w głębi serca wciąż jest niedocenionym i skrzywdzonym chłopcem, który pragnie miłości i akceptacji. Dlatego też wszyscy nosimy maski, które pomagają nam przetrwać. Do zobaczenia w zaświatach jest oczywiście filmem skrajności i stereotypów, ale seans sprawia olbrzymią przyjemność, ponieważ we własnym wnętrzu musimy rozważyć, co jest dobre, a co złe; jak daleko znajduje się granica moralności i kto tak naprawdę ją wyznacza.

Ekranizacja nagrodzonej powieści, autorem której jest Pierre Lemaître, to dzieło bardzo dobre na wielu płaszczyznach – od reżyserskiej, przez scenograficzną, kostiumową, na fabularnej i aktorskiej kończąc. Do zobaczenia w zaświatach to filmowa przypowieść pełna kolorytu i niebanalnych zdarzeń o zwykłych ludziach, którzy zniszczeni wojną upodabniają się do tych, którymi gardzą. To kino stojące gdzieś pomiędzy typowo rozrywkowymi produkcjami a ambitnymi dziełami, które zmuszają do analiz oraz wzmożonej pracy szarych komórek. Na szczęście ten rozkrok nie decyduje o spadku jakości samej produkcji – z ulgą donoszę, że reżyser i scenarzysta 9 długich miesięcy jest w formie!

Ocena: 7/10

Fot.: Aurora Films 

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel serwisu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Specjalizuje się w literaturze (poza tradycyjną formą słucha audiobooków), kinematografii oraz w serialach telewizyjnych. Nie pogardzi dobrą muzyką, grami komputerowymi oraz wszelkiego rodzaju grami planszowymi. Kontakt: redakcja@gloskultury.pl lub czarnepioro@gmail.com