Dom Holendrów

Dom złej przeszłości – Ann Patchett – „Dom Holendrów”

Ann Patchett powieścią Dom Holendrów przypomniała mi, jak bardzo lubię sagi rodzinne, dziejące się na przestrzeni dziesiątek lat monumentalne historie o przodkach, o skomplikowanych i splątanych ze sobą liniach życia, które doprowadzają nas do teraźniejszości. Swego czasu zachwycałem się Półbratem czy mniej u nas znaną powieścią Co widziały wrony?, a teraz to uczucie odżyło. Ann Patchett opowiedziała historię sentymentalną, momentami przybijającą czytelnika do gruntu, powalającą melancholią uciekającego życia i tego, jak trybiki napędzające czas potrafią zmienić czyjąś perspektywę.

Jeśli już mówimy o perspektywie, to narracja – podobnie jak w przytoczonych przeze mnie innych powieściach w powyższym akapicie – należy do najmłodszego z członków rodziny, w tym przypadku do Danny’ego zamieszkującego tytułowy Dom Holendrów. Ta nazwa własna może trochę mylić, bo akcja dzieje się w USA, sam budynek jednak jest schedą po holenderskich potentatach, którzy w pewnym momencie byli zmuszeni do sprzedaży domu – w ten oto sposób rodzice Danny’ego weszli w posiadanie budynku, który stanie się osią ich życia, ale również punktem zapalnym. Posiadłość bowiem chociaż jest okazała i prestiżowa, zdaje się marzeniem tylko części familii Conroyów. Doprowadza to do bolesnego dla dzieci rozpadu rodziny, co jest pierwszym – i niestety niejedynym – dramatem w życiu Danny’ego i jego starszej siostry Maeve.

Gdy narrator przemawia do nas po praz pierwszy, ma osiem lat i chociaż już nie jest tak naiwny, to wciąż wiele rzeczy go przerasta. Więcej rozumie za to Maeve, która zdaje się jak na swój wiek wystarczająco dojrzała, aby rozumieć, że zbliża się kolejny rozłam w ich już pokiereszowanej rodzinie. Wokół domu i ich ojca krąży nowa kobieta, która od początku zakochuje się w Domu Holendrów. W oczach nieufnych dzieci staje się od razu czarnym charakterem, co sama nowo przybyła mimo wszystko potwierdza swoimi kolejnymi czynami. Dla Danny’ego i Maeve to oznacza trudny okres dojrzewania w warunkach niemal patologicznych: pełnych strachu, złości i nienawiści oraz najbardziej bolącej bezsilności.

Chociaż narratora poznaliśmy w wieku dziecięcym, rozstanie z nim przypada na jego podeszły wiek, więc możecie sobie wyobrazić skalę czasu, w jakiej poznajemy losy rodziny, która zamieszkiwała tytułowy Dom Holendrów. Ten okres dla bohaterów jest czasem sentymentalnych podróży do przeszłości, zwłaszcza w postaci rytualnej obserwacji posiadłości w zaparkowanym w pobliżu samochodzie przez najmłodszych z rodziny Conroyów. To wtedy Danny i Maeve przypominają sobie epizody z czasów, gdy ich dzieciństwo zostało rozszarpane na strzępy. Słuchanie ich historii – chociaż w większości bolesnych i smutnych – to genialny sposób Ann Patchett na budowanie narracji i wypełnianie historii opowieściami z przeszłości. Dzięki temu nie tyle poznajemy historię linearnie od początku do końca, ile wykonujemy spontaniczne skoki w czasie, zgodnie z tym, co akurat przypomni się głównym bohaterom. Dom Holendrów faktycznie wygląda wtedy jak rozmowa dwóch osób, które po latach spotkały się, aby powspominać dzieciństwo.

Czytając Dom Holendrów, nie mogłem się nadziwić, ile nieszczęścia można upchnąć do jednego worka. Dramatyczna jest zwłaszcza postać Maeve, która przeżywając te wydarzenia w wieku nastoletnim, do końca  życia nie mogła się pozbyć traumy, która na nią spadła jak grom z jasnego nieba. I gdy wydawało mi się już, że Ann Patchett w swej powieści pozostawi czytelnika na zgliszczach, robi coś nowego, ale tak przecież oczywistego – chociaż bohaterowie żyją przeszłością, żyją również w teraźniejszości, a ona przecież nie oferuje jedynie bólu i cierpienia. Pojawiają się kolejne pokolenia, które mogą zmienić rodzinną narrację z bolesnej na szczęśliwą. Zapala się światełko w tunelu podpowiadające, że życie wyłącznie wspomnieniami o przeklętym domu do niczego nie prowadzi. I chociaż Danny i Maeve obiecali sobie, że już nie wrócą więcej do historii tytułowego domu i zaprzestaną żyć przeszłością, los daje im nową okoliczność na rozliczenie się z dawnymi cierpieniami.

Dom Holendrów nieustannie wzrusza – najpierw niezasłużonym cierpieniem i niesprawiedliwością, a następnie słodko-gorzkim powrotem do przeszłości i rozliczeniem się z nią przez bohaterów. To nie zawsze oznacza uzyskanie spokoju duszy, ale czasami odpowiedź na kilka pytań pozwala wybaczyć. A czasami wystarczy nawet szokująca obserwacja, że czas nigdzie nie staje w miejscu. Prędzej czy później pewne rany przejdą do historii, którą wspominać będą nowe pokolenia.

Fot.: Wydawnictwo Znak

Dom Holendrów

Write a Review

Opublikowane przez

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.