Dramat wojenny? – Gareth Edwards – „Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie” [recenzja]

Podobnie jak rok temu grudzień w kinie upływa pod hasłem Gwiezdnych wojen. Popularnością tej marce bardzo trudno dorównać, a po latach niedosytu widzowie chętnie powrócili do stworzonego przez George’a Lucasa świata w Przebudzeniu Mocy. Siódma odsłona sagi została przyjęta pozytywnie, ale na następną przyjdzie poczekać nam jeszcze rok. W międzyczasie – zgodnie z planami Disneya – możemy obejrzeć pojedynczy film osadzony w tym samym uniwersum pt. Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie.

Stawianie na zróżnicowaną konwencję to bardzo dobry zamysł, niepozwalający na znużenie serią. Jego efekty widać właśnie w recenzowanej produkcji, która odchodzi od niektórych znanych elementów. Nie ma tu Jedi, bohaterami są zwykli ludzie i nie brakuje widowiskowych potyczek między rebeliantami a siłami Imperium. Miał z tego powstać dramat wojenny w świecie Gwiezdnych wojen, czyli coś, czego do tej pory nie uświadczyliśmy. Nie w pełni się to udało, ale trzeba przyznać – Moc jest, a do kina warto się wybrać.

Przede wszystkim nie jest to historia oderwana od pozostałych filmów czy nawet nadal emitowanego serialu Star Wars: Rebelianci. Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie doskonale łączy się z następującymi po nim wydarzeniami z Nowej nadziei. Pojawia się tu kilka rozpoznawalnych osobistości, do tego roi się od nawiązań, których obecność z pewnością sprawi radość fanom. Muzyka skomponowana przez Michaela Giacchino dodaje obrazowi rozmachu, lecz czasami trafia się ścieżka dźwiękowa znana z poprzednich produkcji. W ostateczności mamy więc tytuł mocno trzymający się (na razie) siedmioczęściowej sagi, jednak wcale nieutrudniający oglądania zupełnie nowym widzom. Nie wyłapią oni każdego niuansu, zamiast tego ciesząc się bardziej nieprzewidywalną fabułą.

Przyznam, że spodziewałem się trochę innej historii. Chociaż jest ona nastawiona na konflikt zbrojny, to nadal ma w sobie ducha przygody, który sprawia, że niełatwo uznać film za typowy dramat wojenny. Być może oczekiwania były nieco za duże, ponieważ Disney nie mógł zrobić produkcji tylko dla dorosłych, w której bardziej popuściłby hamulce. Mimo to Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie nadal się wyróżnia. Starcia, w szczególności ostatnie pół godziny w tropikalnych sceneriach, są spektakularne i emocjonujące. Wybuchy, walki wręcz, strzelaniny, bitwy w kosmosie – te sceny robią wrażenie. W ogóle druga połowa wydaje się lepsza od pierwszej, zwłaszcza gdy uwzględnimy zakończenie, które tym mocniej utwierdza nas w przekonaniu, że obejrzana produkcja była wyjątkowa.

Nietypowość filmu w stosunku do Przebudzenia Mocy przejawia się w większym mroku. Tutaj ludzie nieustannie giną, Rebelia, teoretycznie ta dobra strona konfliktu, ma niejedno za uszami, a wśród głównych bohaterów przynajmniej jedna sylwetka nie wydaje się krystalicznie dobra. Imperium zostaje ukazane bez zmian jako zło, lecz prezentacja ambicji i potęgi jego przedstawicieli wypada bardzo wyraziście. Czuć, że między negatywnymi postaciami toczy się walka o władzę. Oglądamy tu makiawelistycznego Tarkina i Dartha Vadera, który daje pokaz swojego okrucieństwa. Jednak najwięcej ekranowego czasu otrzymał Orson Krennic. Nie wiemy o nim wiele (jak o dużej części charakterów) i raczej nie zapadnie nikomu w pamięci, ale w wykonaniu Bena Mendelsohna okazuje się przekonującą sylwetką.

Twórcy obrali specyficzną drogę przy przedstawianiu postaci, które wcześniej pojawiły się w Gwiezdnych wojnach, ale grający ich aktorzy nie mogli ponownie wystąpić, w każdym razie nie bez problemów. Głównym przykładem jest Tarkin. Jego twarz to komputerowo odtworzony, nieżyjący już Peter Cushing. Niestety grafika jest aż nadto widoczna i razi sztucznością, nie ma wręcz mowy, żeby wziąć ją za realistyczną. Lepszym wyjściem byłoby zatrudnienie nowej osoby do takich ról (trafia się jeszcze jedna), zamiast kombinowania, jak przywrócić kogoś z obsady pierwszej trylogii.

Co ciekawe, chociaż fabuła okazuje się smutna i wstrząsająca, to w scenariuszu znalazły się akcenty humorystyczne. Przoduje w nich do bólu szczery, zawsze informujący o niskich szansach na przeżycie i pałający niechęcią do bohaterki droid K-2SO. Trochę kojarzył mi się z HK-47 z gry Star Wars: Knights of The Old Republic, choć był od niego łagodniejszy. Szkoda, że K-2SO nie został bardziej wyeksponowany, bo sprawiał frajdę w każdym dialogu, w którym brał udział. Ten sam zarzut można przytoczyć pod adresem reszty bohaterów. Przy czym ci są prostsi i poprzestają na budzeniu sympatii – niczym w gruncie rzeczy nie porywają, ponieważ nie poznajemy ich przeszłości czy w odpowiednio dużym stopniu wewnętrznych dylematów.

Wyjątkiem jest protagonistka. Na niej rzeczywiście scenariusz się koncentruje, dzięki czemu otrzymujemy żywą i interesującą postać, do tego doskonale odgrywaną przez Felicity Jones. Brytyjska aktorka ma nieodparty, naturalny urok, tak jak Daisy Ridley. Jej zatrudnienie było świetną decyzją. Pozostali aktorzy również dobrze się spisują. Może tylko Forest Whitaker jako Saw Gerrera wygląda, jakby urwał się z planu nowego Mad Maxa, dlatego nie każdemu przypadnie do gustu. Wyróżniłbym jeszcze Donnie’ego Yena, który wciela się w uduchowionego, preferującego walkę wręcz i całkiem zabawnego wojownika. Mads Mikkelsen niestety nie dostał nic ciekawego do pokazania, odnotowując tylko niezły występ.

Nie w każdej minucie Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie wciąga. Historia rozgrywa się etapami, przez co nie zaskakuje jak Przebudzenie Mocy oraz momentami budzi niewielkie (lecz jednak) znużenie. Mogłaby tu pomóc lepsza ekspozycja postaci, ale trudno – przynajmniej te są dalej bohaterami, których los nie jest widzowi obojętny. Ogólnie film Garetha Edwardsa zapewnia atrakcyjną rozrywkę, w której nie brakuje sympatycznych sylwetek, zarówno poruszających, jak i zabawnych momentów, mrocznej atmosfery i wspaniale nakręconych starć. Nawet potencjał świata jest wykorzystywany, bo oglądamy zróżnicowane miejsca akcji, a na ekranie nie pojawiają się wyłącznie ludzie. 7,5/10.

Fot.: Disney

Write a Review

Opublikowane przez

Krzysztof Lewandowski

Student dziennikarstwa i miłośnik fantastyki. Uwielbia czytać książki (fantastyczne) oraz oglądać filmy i seriale telewizyjne (nie tylko fantastyczne). Nie ma nic przeciwko dobrej grze, zwłaszcza z gatunku cRPG, ale ostatnio częściej grywa w Fifę. Piłka nożna to jego pasja, lecz zdarza mu się śledzić zmagania w innych dyscyplinach sportowych - gdy jest komu kibicować.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.