Bez rewelacji, za to nudno – Steven Spielberg – „Dzień objawienia”

Marketingowcy odpowiedzialni za promocję Dnia objawienia zrobili kawał dobrej roboty. I tak mieli ułatwione zadanie, bo Steven Spielberg jako ikona kina przyciąga widzów od wielu dekad. Ale zlepienie zwiastuna właśnie w ten sposób okazało się być majstersztykiem – na który i ja się nabrałem. Trailer przecież sprawia wrażenie, jakbyśmy mieli do czynienia z dziełem wielowątkowym, niezmiernie skomplikowanym i pełnym zaskoczeń. Ale to wszystko okazało się być jedynie fasadą, ponieważ Dzień objawienia to film, który spalał swój potencjał z każdą kolejną sceną, aby na końcu stać się groteskowym zwieńczeniem kariery Spielberga – a przynajmniej jeśli chodzi o kino science fiction.

Fundamentem filmu są pojawiające się często teorie spiskowe, jakoby rząd (w tym przypadku oczywiście chodzi o rząd amerykański) przez dziesięciolecia ukrywał przed opinią publiczną informacje na temat kontaktów z istotami pozaziemskimi. I jest to pomysł trafiony, bo przecież jeszcze niedawno internet znowu się rozchulał od pogłosek, że na światło dzienne mają wyjść rewelacyjne informacje o kosmitach na Ziemi. Myśl o statkach kosmicznych i obcych odwiedzających ludzkość rozpala wyobraźnię, ale jeśli wieloletni bóg kinematografii prezentuje nam opowieść tak płaską i naiwną, to należy się martwić, czy stać go jeszcze na coś godnego uwagi.

Dzień objawienia bardzo szybko rozwiewa nadzieję widzów na to, że będzie to film przełomowy i wciągający. Ta pozorna gmatwanina wątków okazuje się być tylko kłębkiem, który tworzy jeden nieporadny kołtun, coraz bardziej zawadzający przy oglądaniu. Daniel Kellner jako osoba odpowiedzialna za całe to fabularne zamieszanie, chce przekazać światu ściśle tajne dokumenty potwierdzające, że ludzkość miała kontakt z istotami pozaziemskimi. Licząc, że… no właśnie, że co? Motywacje bohatera odgrywanego przez Josha O’Connora są mało klarowne, bo wydaje się, że on sam niewiele o tym myśli. Uważa, że ludzkość „po prostu musi wiedzieć”, nie zastanawiając się o konsekwencjach. Gdy jego dziewczyna słusznie pyta go, czy zdaje sobie sprawę, że ludzie mogą różnie na to zareagować – paniką, strachem, zamieszkami – z rozbrajającą naiwnością stwierdza, że „jakoś sobie poradzą”.

Postać Daniela zresztą nakazuje widzowi częściej wyłączać myślenie, ponieważ jego przedzieranie się przez filmowy scenariusz wygląda, jakbyśmy oglądali faceta chodzącego po wodzie. Nie do pojęcia jest naiwność, z jaką Steven Spielberg każe nam wierzyć w szczęście swojego bohatera. Katastrofalne są zwłaszcza sceny ucieczek i pościgów, które są skutkiem straceńczej misji Daniela. Jak można w jednej scenie przedstawić tajną jednostkę jako wyspecjalizowaną komórkę rządową z niesamowitym wyszkoleniem i sprzętem, aby zaraz pokazać, że nie potrafią znaleźć gościa ukrytego za dużym kamieniem? Spielberg chyba nadal chce wierzyć, ze filmom wybacza się tyle samo, co w latach osiemdziesiątych.

Bardziej bajkową postacią jest natomiast Margaret, która ma nam opowiedzieć wątek fantastyczny. Okazuje się, że nagle włada jakąś nadludzką intuicją, która zmusza ją do poszukiwania Daniela, ale również do dawania ludziom dobrych rad. Jej dar sprawia, że jedno spojrzenie w czyjeś oczy otwiera przed nią człowieka niczym książkę (ze streszczeniem i przypisami). Początkowo nawet to wprowadza trochę humoru i ciepła do filmu, ale później irytuje gdy Spielberg znowu chce pokazać, że bohaterka odgrywana przez Emily Blunt wie więcej. Z biegiem czasu Margaret coraz bardziej frustruje, a gdy przybiera rolę mesjasza, staje się wręcz komiczna.

To wszystko zmierza do bardzo dziwnej klamry, która chyba ma wstrząsnąć widzem, ale co najwyżej wybudza z letargu. Na tym etapie Dzień objawienia jest już tak męczący, że człowiek czeka już tylko na napisy końcowe. I trudno nie odnieść wrażenia, że jest to film, który w portfolio Stevena Spielberga ma być bardziej dojrzałą wersją E.T., gdzie świat magiczny ma się zetknąć z brutalnym światem polityków i tajnych służb. Niestety, nic tu nie zagrało poprawnie, włącznie z aktorami (Colin Firth wyglądał na bardzo znudzonego i chyba żałował, w co się wpakował). Scenariusz zrealizowano według przestarzałych metod i skoro taki reżyser go zaakceptował, to źle świadczy o jego spojrzeniu na współczesne kino science fiction. Nie mówiąc już o tym, że samo zakończenie jest bardzo łatwo rzuconym cliffhangerem, pójściem na łatwiznę z nadzieją, że widzowie będą dopowiadać sobie dalsze wydarzenia. Nie dość, że przez większość filmu czułem się, jakbym był uważany za idiotę, to na koniec napluto mi w twarz. Jeśli Spielberg w ten sposób wraca do kina fantastycznego, to może niech lepiej już sobie odpuści.

Fot.: United International Pictures Sp z o.o.

PS. Na film wybraliśmy się dzięki Cinema City.

zwierzogród 2

Overview

Ocena
4 / 10
4

Write a Review

Opublikowane przez

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *