dziewięcioro nieznajomych

Wieje nudą – Butterworth, Kelley – „Dziewięcioro nieznajomych”

Każdy z nas nosi w sobie jakiś gniew, jakiś smutek, jakiś żal, traumę. Słowem  –  bagaż doświadczeń, który wpływa na nasze zachowanie, na to, jak wyglądają nasze relacje z innymi, a także jaki mamy stosunek do siebie samych. Są to emocje i problemy mniejsze lub większe, ale też nie sposób porównywać jednych do drugich. Nie da się ich zmierzyć i uporządkować wedle hierarchii ważności. Możemy natomiast zastanowić się, co by się wydarzyło, gdyby dziewięcioro w większości nieznanych sobie osób, z przeróżnymi traumami i doświadczonych w różny sposób przez życie, spotkało się w jednym miejscu, na pozór mającym im zapewnić spokój i swego rodzaju ukojenie, odnowę. Czy taka kumulacja napięć i iskrzących w nich uczuć może prowadzić do czegoś dobrego? Według Nicole Kidman, a raczej Maszy, w której postać wciela się ta aktorka w serialu Dziewięcioro nieznajomych, owszem  –  może. Co z tego wyniknie? Dowiedzmy się…

Dziewięcioro nieznajomych przyjeżdża do tajemniczego, ale jednocześnie sławnego ośrodka odnowy biologicznej  –  Tranquillum. Nic za bardzo o nim nie wiadomo, ale z ust do ust przekazywane są informacje, że warto tu przybyć. Pojawia się również w wyszukiwarce jako najdroższe miejsce tego typu. Każdy z bohaterów miał swój powód, aby tu przyjechać. Jedni uczynili to z własnego pomysłu, inni dali się namówić komuś z rodziny. Do Tranquillum przyjeżdżają więc: Carmel (w tej roli Regina Hall), która nie może pogodzić się z tym, że jej mąż ją zostawił dla innej kobiety, którą w dodatku uwielbiają jej dzieci, przez co czuje się niechciana, niepotrzebna i odrzucona. Szybko wychodzi również na jaw, że Carmel ma problemy z agresją. Ultradrogim i ekskluzywnym samochodem przyjeżdża młode małżeństwo  –  Jessica (Samara Weaving) i Ben (Melvin Gregg)  –  które gdzieś utraciło iskrę dawnego uczucia, poza tym każde z nich zmaga się z jakimiś problemami. On, wygrawszy niebotyczną kwotę na loterii, nie musząc nic robić, utracił sens i wpadł w stagnację, ona całe swoje życie uzależniła od opinii jej obserwatorów na Instagramie, co i tak nie uleczyło jej kompleksów. Rodzina Marconich, w której skład wchodzi ojciec Napoleon (Michael Shannon), matka Heather (Asher Keddie) i córka Zoey (Grace Van Patten) zmaga się z żałobą po synu i bracie, który popełnił samobójstwo, którym cała trójka się obwinia. Lars (Luke Evans) cierpi po rozstaniu z partnerem, z którym mieli różne wizje przyszłości, a także wciąż przeżywa nękanie, jakiego doświadczył w dzieciństwie. Lars ma też pewien sekret związany z powodem, dla którego przybył do ośrodka. Jest jeszcze sympatyczna, ale celnie posługująca się ironią i sarkazmem Frances (Mellisa McCarthy)  –  pisarka, która przeżywa kryzys twórczy, w dodatku połączony z zawodem miłosnym i tym, że padła ofiarą internetowego oszusta. Ostatni jest gburowaty, opryskliwy Tony (Bobby Cannavale), który z powodu dawnej kontuzji, jakiej doznał jako futbolista, cierpi zarówno fizycznie, jak i psychicznie, będąc uzależnionym od leków.

Na początku niemal wszyscy są do siebie wrogo nastawieni, wszyscy chcą wyłącznie odpocząć, spędzić czas na łonie natury, w gorących źródłach i korzystając z innych wygód ośrodka odnowy biologicznej. Nie zamierzają się integrować, zwierzać, zawierać znajomości ani wtrącać nawzajem w swoje sprawy. Jednak tajemnicza Masza, która założyła Tranquillum po tym, jak po postrzale przez zamaskowanego napastnika niemal umarła, ma wobec nich zupełnie inne plany, które zdają się nie mieć nic wspólnego z wypoczynkiem, relaksem i taką odnową, o jakiej myśleli goście, kiedy rezerwowali termin pobytu. Z czasem wychodzi również na jaw, że choć goście sami zgłosili się do przybytku Maszy, to spośród wielu chętnych, to właśnie ich osobiście wybrała i w zasadzie skompletowała Rosjanka. Dlaczego? To pytanie, jak i inne, będą coraz mocniej dręczyły klientów Tranquillum. Klientów, którzy ostatecznie niewiele mają do powiedzenia w kwestii tego, jak ma wyglądać ich pobyt i ich odnowa. Widz dość szybko dowiaduje się także, że od jakiegoś czasu Masza dostaje pogróżki, które stają się coraz bardziej natarczywe i rzeczywiste.

Nad serialem, jak i nad ośrodkiem odnowy, unosi się aura tajemnicy i niedomówień. Oglądając, mamy wrażenie, że w powietrzu wisi coś niepokojącego. Jednak mimo tego klimatu, ciekawego zamysłu, a także obsady, wśród której nie brakuje znanych nazwisk, serial się dłuży i rozkręca bardzo powoli, niezgrabnie i mało skutecznie wciągając w opowiadaną przez siebie historię. I choć otoczenie, w którym przebywają bohaterowie, cieszy oczy soczystymi kolorami, spokojem i feerią roślinności, to jednocześnie wydaje się sztuczne, nienaturalne i wystylizowane nadmiernie  –  podobnie zresztą jak odgrywana przez Kidman Masza, która we wszystkim jest aż „za bardzo”. Liczymy więc na niebagatelną historię, która kryje się za jej przyklejonym do twarzy uśmiechem i świętym spokojem lub chociaż na niebagatelne jej przedstawienie. Czekamy na kulminację emocji, na finał, na eskalację tego wszystkiego, co gnieździ się w dziewięciorgu nieznajomych. I kiedy już do tego dochodzi, okazuje się, że twórcy nawet w tej rozciągniętej za mocno fabule, aż nazbyt zaostrzyli apetyty widzów, którzy mieli nadzieję, że wybuch, finał, wytłumaczenie, kondensacja, wynagrodzi wcześniejsze zawody i niedociągnięcia, a otrzymali absolutnie niesatysfakcjonujący koniec, sprawiający, że można się wręcz poczuć oszukanym. 

Dziewięcioro nieznajomych miało ambicję, by stać się tytułem głośnym i bogatym w problematykę. Widać tu jakiś zamysł, ale finalnie twórcy nie dogrzebują się tak głęboko, jak wymagaliby tego widzowie, a także aktorzy, którzy ze swoich postaci mogliby wtedy wyciągnąć jeszcze więcej. W efekcie serial nie tylko nie pokazuje nam nic nowego, ale w dodatku zbiera kilka dobrze nam znanych historii i udaje, że robi z nich wielkie „coś”. I do pewnego momentu nawet dajemy się nabrać, bo klimat tajemnicy i czegoś wielkiego jest wyczuwalny. Jednak szybko okazuje się, że w zasadzie niewiele pod nim się skrywa. 

Najjaśniejszym punktem produkcji Hulu jest zdecydowanie ekranowy duet, jaki stworzyli Mellisa McCarthy i Bobby Cannavale. To na sceny z nimi czekałam najbardziej i to oni sprawiali, że w ogóle chciało mi się oglądać serial dalej. Historia i relacje rodziny przeżywającej żałobę również potrafiły wciągnąć, choć ostatecznie czegoś chyba zabrakło. Postaci pisarki i byłego futbolisty okazały się natomiast dla serialu Dziewięcioro nieznajomych takimi iskierkami, które sprawiały, że na ekranie coś rozbłyskało, coś przyciągało oczy. W przeciwieństwie do historii i postaci samej Maszy, która była (przynajmniej dla mnie) nieciekawa, a wręcz odpychająca, jej kreacje i zaplecze były nazbyt podkreślone, jakby twórcy obawiali się, że któryś z widzów przegapi zaplanowaną „wyjątkowość” tej bohaterki. A wyszło  –  no cóż – całkowicie na odwrót. 

Twórcom udało się zebrać całkiem znane grono aktorów i z tym, co mieli, wszyscy poradzili sobie bardzo dobrze. No, może poza Kidman, której rola i postać całkowicie mnie od siebie, jak już wspomniałam, odepchnęła. Tym bardziej dziwi fakt, że z pomysłu na serial, który miał w teorii wszystko (dobrą obsadę, pomysł, niezłe wykonanie techniczne, zapewne niemałe zaplecze finansowe), w praktyce wyszło dzieło nieciekawe, które gdzieś po drodze zdaje się totalnie gubić i rozmywać.

Odrębną kwestią jest sam finał, który można intepretować na dwa sposoby i ten całkowicie dosłowny jeszcze mocniej obniża ocenę serialu. Jeśli jednak potraktować zakończenie mniej dosłownie, jako wytwór wyobraźni Frances, jako ostatni rozdział jej książki, którą zainspirowały wydarzenia w Tranquillum –  jest już nieco lepiej. Chociaż nawet wizualnie i emocjonalnie finał pozostawia nie tyle niedosyt, ile wręcz uczucie rozczarowania, bo nie tego spodziewałam się, po mrocznym i tajemniczym przedstawieniu ośrodka i słynnej Maszy, a także tego, jak skrupulatnie dobiera ona swoich gości.

Dziewięcioro nieznajomych to twór, w którym coś poszło niezgodnie z planem. Ma się wręcz wrażenie, że w połowie serialu ktoś, kto miał pomysł i serce do tego tytułu, z niewiadomych przyczyn pożegnał się z produkcją. W serialu Amazona brakuje esencji, blasku, brakuje w nim życia. Wiele scen jest kompletnie niepotrzebnych, a zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że niektóre wątki i bohaterowie nie wnoszą w zasadzie nic do fabuły. Gdyby ktoś się więc zapytał, czy warto poświęcić czas na Dziewięcioro nieznajomych, to z ręką na sercu musiałabym powiedzieć, że chyba nie do końca. Tytuł ma swoje plusy i nie jest kompletną stratą czasu, nie jest to też głupią czy pozbawioną sensu produkcja, ale czegoś tu stanowczo zabrakło, przez co wieje nudą, a ma się wrażenie, że twórcy przez cały serial utrzymują, iż jest wręcz przeciwnie, nie przyznając się lub nie dostrzegając tych braków. 

 Fot.: Amazon


Przeczytaj także:

Recenzja serialu Fleabag

dziewięcioro nieznajomych

Overview

Write a Review

Opublikowane przez

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.