dzikie białko

Jeśli jeść mydło, to tylko z masłem – Joanna Chmielewska –  „Dzikie białko” – audiobook [recenzja] 

Wydawałoby się, że nagonka (mocne słowo, ale nierzadko prawdziwe w tym kontekście) na niezdrową, naszpikowaną chemią (to wszystko to jest chemia… taka bochemia rhapsody – cytując jeden z polskich kabaretów) żywność zaczęła się całkiem niedawno, że jest znakiem naszych czasów. To właśnie XXI wiek kojarzy nam się z negowaniem nieszkodliwości wszystkiego, z przekonaniem, że wszystko jest skażone, niezdrowe, otrute i że w związku z tym najlepiej mieć zagrodę i ogródek i hodować i uprawiać wszystko samemu. Jednak wtedy wkracza do akcji Dzikie białko, czyli kontynuacja kultowego Lesia, napisana przez Joannę Chmielewską w 1990 roku, a więc aż 17 lat po tym, kiedy po raz pierwszy przygody Lesia Kubajka, który postanowił zamordować personalną, ujrzały światło dzienne.

Po wydaniu Lesia jako fantastycznego audiobooka produkcji Storytel (moją recenzję znajdziecie tutaj) z równie fantastycznym Tomaszem Kotem w roli narratora, Lesia, Karolka, Barbary, Janusza, naczelnego inżyniera i wszystkich innych występujących w powieści postaci, musiało być tylko kwestią czasu, aż również Dzikie Białko doczeka się swojej interpretacji w wykonaniu aktora znanego między innymi ze Skazanego na Bluesa. I bardzo dobrze, bo słuchowisko, które robi z tych powieści Kot, jest niepodrabialne.

Wszystko zaczyna się dokładnie tak samo, jak w życiu każdego z nas. Coś gdzieś zasłyszymy, czegoś się przez przypadek dowiemy, ktoś nam coś przekaże, coś, chcąc nie chcąc, podsłuchamy. Przekażemy to dalej, dopowiadając to, czego nie dosłyszeliśmy, wyolbrzymiając i zakładając najgorsze. I tak rodzi się panika, błędne przeświadczenie, a czasem i fake newsy. Karolek, stojąc w kolejce po mięsne specjały, podsłuchuje nieświadomie (z czasem jego świadomość wzrasta) starszych państwa, którzy dyskutują o szkodliwości poszczególnych wyrobów. Co starsza pani chce kupić, to starszy pan demonizuje, wskazując na kolejne wady, zakazując kategorycznie kupna. Karolek skołowany wraca do biura architektonicznego, które znamy już z Lesia, a połowicznie także z książki Wszyscy jesteśmy podejrzani, i dzieli się zdobytą wiedzą ze współpracownikami. Czytelnik, który zna już zespół z Lesiem, Barbarą i resztą, może domyślać się, co z tego wyniknie. Choć tym razem, o dziwo, prowodyrem ciągu przedziwnych zdarzeń, jest nie Kubajek Lesio, a Karolek. Podobnie sprawa się ma z pierwszym dynamicznym wątkiem w terenie, który wypływa bezpośrednio z Karolkowatej przyczyny. Co można zrobić, kiedy jakaś minimalna, błaha ilość centymetrów nie pozwala na zrealizowanie architektonicznego planu? Oczywiście pod osłoną nocy, jak największe łotry, przenieść ogrodzenie i zatrzeć ślady. Każdy by na to wpadł!

Przenosiny ogrodzenia to oczywiście niejedyny wątek, w który Joanna Chmielewska pcha naszych bohaterów, czyniąc sobie sposobność do kolejnych żartów sytuacyjnych. Jak zawsze nie zawodzą przede wszystkim dialogi, które być może i nie miałyby nigdy miejsca w rzeczywistości, ale z drugiej strony też nie o to w książkach autorki Studnie przodków chodzi. U Chmielewskiej zawsze wszystko jest odrobinę bardziej podkręcone, choć nie byłabym taka pewna, co do tego, że żadna z tych rzeczy i konwersacji nie mogłaby wydarzyć się naprawdę. Ludzie potrafią zaprowadzić swoją wyobraźnię i pomysłowość na takie manowce… A zwłaszcza, kiedy zostaną doprowadzeni do ostateczności. A taką jest z pewnością wizja jedzenia trucizny i trucia przy okazji swoich najbliższych, co jest równoznaczne z tym, że próżno marzyć o dożyciu później i spokojnej starości czy po prostu życia w jako takim zdrowiu. Czytelnik, a w tym konkretnym omawianym przypadku słuchacz, uraczony zostaje zatem polowaniem na dziki i komicznym przerzucaniem stonki ziemniaczanej do winnego USA. Stonki, która w magiczny sposób zamienia się w eleganckie lakierowane męskie buty…

Joanna Chmielewska ma bardzo specyficzny nie tylko styl pisania, ale także – przede wszystkim – poczucie humoru, które odbija się w jej książkach bardzo wyraźnie. I albo się ten rodzaj komizmu polubi, wczuje w niego, albo nie i po prostu uzna za przesadę i zbyt duże pokłady absurdu. Bo absurd to właśnie to, czym Chmielewska operowała sprawnie i w ilościach hurtowych, ale jak wiadomo, nie każdy lubi kupować hurtem. Natomiast podkreślić trzeba, że cały ten nonsens i podkręcony humor nie brał się u autorki znikąd. Celnie punktowała ona nasze zwykłe, ludzkie przywary, a także po prostu cechy, niekoniecznie będące wadami, wyolbrzymiając je i czyniąc z nich przyczynek do wielu dziwacznych sytuacji, dialogów czy ogólnie mówiąc: perypetii. Wątek z poszukiwaniem zdrowego, nieskażonego żadnym świństwem jedzenia, czystej rzeczki, brzydkich poskręcanych marchewek, które na pewno nie widziały na oczy sztucznych nawozów i pestycydów, mięsa nienafaszerowanego żadnym tałatajstwem, a po prostu prawdziwego, pożywnego, dzikiego białka, który przewija się przez całą powieść, będąc motywem przewodnim, jest tego najlepszym przykładem i spokojnie powieść ta mogłaby zostać napisana teraz, w 2022 roku i nie straciłaby niemalże nic na aktualności. Podobnie rzecz ma się z wielką płytą, jej szkodliwością i paniką w zespole architektów, którzy nie chcą przykładać ręki do czyjegoś cierpienia, zatracając przy tym, wydawałoby się, resztki zdrowego rozsądku.

Joanna Chmielewska może i popada w swojej książce (zupełnie świadomie, dodajmy!) w przesadę i opary absurdu, sprawiając, że jej bohaterowie zachowują się, jakby faktycznie ktoś ich truł czymś, co każe podawać w wątpliwość ich zdrowy rozsądek i możliwość logicznej oceny sytuacji, ale przy tym pokazuje całkiem prawdziwie, jak działają pewne mechanizmy i w jak zwariowanym świecie żyjemy teraz i żyło się wtedy. To swoją drogą ciekawy przykład na to, że czasy, świat, technologia, pojmowanie i rozumowanie mogą się zmieniać, gnać do przodu (albo i do tyłu, jak to się czasem i w naszym kraju zdarza), ale człowiek, ludzkość się nie zmienia, a wyplenienie z siebie tych cech, które każą nam szukać teorii spiskowych, węszyć podstęp, wpadać szybko w panikę czy na przykład porywać się z wątłym ciałem na wielkie dzikie dziki, by udowodnić swoją męskość obiektowi westchnień… jest chyba niemożliwe i to właśnie ta niezmienność ludzkiego gatunku sprawia, że tak wiele dzieł (książkowych, filmowych, serialowych, teatralnych…) nigdy nie traci na aktualności.

Tomasz Kot wkroczył w świat Lesia i spółki z przytupem, odnajdując się w komizmie Chmielewskiej jak Louis de Funès w filmach o francuskim Żandarmie, Steve Carrell w roli Michaela Scotta w The Office, Andy Samberg w Brooklyn 9-9 czy Cezary Pazura w Killerze. Nie wyobrażam sobie innego aktora w tych wszystkich rolach, które stworzył w tak charakterystyczny dla nich i dla siebie sposób. Co arcyważne – postaci ważnych w Dzikim Białku jest nawet więcej niż w Lesiu i mają oni więcej do powiedzenia, a Kot tak operuje głosem, że słuchacz nie ma najmniejszych szans, żeby nie wiedzieć, czyją teraz kwestię czyta aktor. Głosy zmienia tak bezproblemowo i barwnie, jak Ewa Grzelakowska-Kostoglu peruki w swoich kolejnych filmach (z całym szacunkiem dla Red Lipstick Monster, którą sama subskrybuję). Aż żal ściska gardło i inne odpowiednie do tego części ciała, że to już koniec przygody z Lesiem Kubajkiem, Karolkiem od stonki ziemniaczanej, pięknej, choć wrednej Barbary i całej reszty, z których Chmielewska stworzyła zabawną, ale jakże momentami prawdziwą dwuczęściową opowieść, a Tomasz Kot godny braw spektakl, który w jego wykonaniu bawi jeszcze mocniej. I choć Dzikie białko nie dorównuje w stu procentach Lesiowi, choć nie rozbawiło mnie do łez aż tak jak pierwsza część opowieści o architektach zdających się niespełna rozumu, to Kot odwalił kawał tak samo dobrej roboty w obydwu przypadkach. Myślę nawet, że Dzikie białko w jego wykonaniu może być o wiele bardziej lekkostrawne dla tych, którzy nie gustują w takim humorze. Jeśli więc ktoś czuje wewnętrzny (lub zewnętrzny) przymus do sięgnięcia po Lesia lub Dzikie białko (albo obie te książki), ale z jakichś nieznanych mi powodów hoduje w sobie przekonanie, że to nie jest jego bajka, to niech sięga po audbiobooka. Tomasz Kot wznosi Dzikie białko na jeszcze wyższy poziom humoru, co dla tych, którzy nie trawią książek Chmielewskiej, może okazać się czymś w rodzaju kropli żołądkowych. 

Dzikie białko - trailer

Fot.: Storytel


Przeczytaj także:

Literackie podsumowanie roku: Najlepsze audiobooki 2021

dzikie białko

Write a Review

Opublikowane przez

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.