Książki,Recenzje

Spotkałam Hutu – Wojciech Tochman – ,,Dzisiaj narysujemy śmierć” [recenzja]

Dzisiaj narysujemy śmierć
Dzisiaj narysujemy śmierć

W lipcu tego roku jadąc windą na ostatnie piętro jednego z warszawskich akademików, poznałam czarnoskórego mężczyznę mieszkającego na tym samym co ja korytarzu. Sąsiad z piętra mocno zainteresowany moją osobą zabrał mi kartę mieszkańca, sprawdził, jak się nazywam, i z którego jestem pokoju. Przedstawił się jako Faustin. Pochodzi z Rwandy i do Polski przyjechał na studia. Pracuje, uczy się i mieszka w Warszawie. Podał mi numer swojego pokoju i to był koniec naszego pierwszego spotkania. Dojechaliśmy na dziesiąte piętro. Za drugim razem spotkaliśmy się w kuchni. Za trzecim znowu w windzie. Czwartego razu nie było. Mój przyjaciel musiał interweniować, ponieważ moje dobra osobiste zostały poważnie naruszone. W międzyczasie dowiedziałam się, że Faustin wyjeżdżając z ojczyzny na studia, miał do wyboru naprawdę imponującą listę państw. Dlaczego wybrał nasz kraj? Twierdził, że przyjechał akurat do nas, ponieważ fascynuje się historią. Dużo czytał o Polsce i doszedł do wniosku, że dzieje naszego państwa są podobne do historii jego ojczyzny. Nasze kraje według niego podobnie podnoszą się po zupełnym zniszczeniu i popadnięciu w ruinę. Odbudowują swoją państwowość i infrastrukturę. Był dla nas pełen podziwu za niewiarygodną szybkość, z jaką tego dokonujemy. Mimo że moje doświadczenia z Faustinem do najprzyjemniejszych nie należały, to jego osoba skłoniła mnie do wybrania na pierwszą książkę do recenzji Dzisiaj narysujemy śmierć Wojciecha Tochmana. Przyznam, choć ze wstydem, że o historii Rwandy, konflikcie między Tutsi i Hutu, ludobójstwie sprzed zaledwie 24 lat, nie wiedziałam wiele. Chciałam sprawdzić tezę Faustina o podobieństwie naszych ojczyzn i dokształcić się choć trochę z historii najnowszej. Bo czy Rwanda i Polska są aż tak daleko? Czy kieszonkowe państwo z Afryki środkowej, kraj tysiąca wzgórz i miliona uśmiechów jest odległym wszechświatem, czy miejscem zupełnie bliskim? Jaka jest mentalność tamtejszych ludzi ? Skąd wzięły się moje kłopoty z wylewnością Faustina? Bardzo chciałam się tego dowiedzieć.

Za każdym razem kiedy czytam o ludobójstwie, niezależnie od tego, czy jest to tekst o Nankinie, Wołyniu czy Rwandzie myślę, że człowiek nie jest w stanie zdobyć się na większe okrucieństwo. Nie osiągnie większej bezwzględności w mordowaniu sąsiada. Za każdym razem się mylę i są to gorzkie rozczarowania. Dzisiaj narysujemy śmierć Wojciecha Tochmana nie jest książką łatwą i przyjemną, a opisane w niej wydarzenia nie dają się określić w żadnych kategoriach okrucieństwa.

O ludobójstwie w Rwandzie trudno się rozmawia, niełatwo się myśli, a opisanie tych wydarzeń w sposób jasny, klarowny i przystępny prawdopodobnie graniczy z cudem. Mimo to, Wojciech Tochman podjął się tego wyzwania i poradził sobie z nim w sposób fenomenalny. Autor przeprowadza nas przez historię zbrodni dokonanych na plemieniu Tutsi w towarzystwie Leonarda. Jest to główny bohater reportażu. Z jego pomocą pokazuje nam, jak z perspektywy dziewięciolatka wygląda Armagedon. Opisuje, czego chłopiec doświadczył, by przeżyć, i jak wygląda życie po tak wielkiej traumie. Do wątku Leonarda Wojciech Tochman wielokrotnie powraca, cały czas oscylując dookoła głównego tematu, jakim jest ludobójstwo, i przedstawiając go z wielu różnych perspektyw. Książkowy obraz Rwandy głównie z roku dziewięćdziesiątego czwartego jest wielowymiarowy. Przede wszystkim pokazuje większość, o ile nie wszystkie, ludzkich postaw w obliczu zagłady. W reportażu zamieszczone są na zasadzie kontrastu świadectwa ocalałych i zabójców, obserwatorów oraz ludzi niosących pomoc mordowanym, kleru w kontrze do żołnierzy. Dzięki tej wielowątkowości obraz ludobójstwa jest pełen i nie oceniamy postaw ludzkich w kategoriach bieli i czerni. Dostrzegamy szarości, choć nie jest to łatwe.

(…) w dziewięćdziesiątym czwartym celem ludobójców byli wszyscy Tutsi, to nie można mówić, że wszyscy Hutu byli ludobójcami. Można powiedzieć tyle: ludobójstwa dokonano w imieniu wszystkich Hutu.

Co więcej, Wojciech Tochman nie rzuca nas w wir historii nieprzygotowanych. Każdy sam ma ocenić historię ludobójstwa w Rwandzie, ale musimy znać konteksty wydarzeń. Dlaczego tak się stało? Kto do tego doprowadził i dlaczego? Musimy znać tło, które jest naprawdę przydatne i tworzy kolejne płaszczyzny wielowymiarowości tej książki. Autor nie zostawia nas również bez zakończenia. To nie jest film Trzy bilbordy za Ebbing, Missouri,  który (mimo że świetny) udostępnia nam tylko część historii, pozostawiając niedosyt. Reporter podszedł do tematu rzetelnie. Jak i dlaczego doszło do podziałów klasowych i rasowych w Rwandzie? Jaka jest od wieków mentalność tego narodu? Czemu biały człowiek jest poniekąd odpowiedzialny za ludobójstwo? Zakończenie historii to aktualne nastroje panujące w Rwandzie, dalsze dzieje pokaleczonych ludzi, których historie nie skończyły się wraz z ostatnią zabitą ofiarą, ośrodki pamięci o zabitych, nowa polityka państwa, codzienne życie przepełnione cierpieniem i wspomnieniami, ciągle działające sądy skazujące ludobójców, psychologiczne perturbacje przebytych traum, próba powrotu do normalności oraz rola kościoła katolickiego w rozgrzeszaniu ludobójców i szokujące paradoksy z tym związane.

Można by oskarżyć Wojciecha Tochmana o to, że pisze zbyt szczegółowo. Przedstawia wszystko zbyt brutalnie, że jego książka jest niesamowicie trudna, przez co trudno ją przeczytać. Autora broni sama tematyka reportażu, przedstawia ona niewyobrażalne. Jak inaczej mogłaby być rzetelna, gdyby nie była brutalna?

Przez sto dni zabijano tu dziesięć tysięcy ludzi dziennie, czterystu w ciągu godziny, siedmiu w ciągu minuty.

Książka jest brutalna, bo brutalne są wydarzenia w niej przedstawione. Ale jej okrucieństwo polega jeszcze na czymś. Konfrontuje nas z makabrycznymi wydarzeniami historii najnowszej, o których wiemy tak niewiele, a które wydarzyły się tak niedawno. Pokazuje nieudolność organizacji, instytucji, wierzeń, które dają nam na co dzień poczucie bezpieczeństwa. Niestety jest ono złudne i egoistycznie jest to jedna z rzeczy, która po lekturze boli najbardziej. Bo jeśli cytując za bestsellerem Arundhati Roy – Bóg rzeczy małych:

każdemu może przytrafić się wszystko, najlepiej być przygotowanym…

…to nam również może przytrafić się wszystko, a nie jesteśmy na to gotowi. Dodatkowo podczas lektury odbiorca nieustannie odnosi wrażenie, że ludobójstwo nie jest tragedią jednostek, lecz doświadcza każdego z nas oraz że zawsze może wydarzyć się i na naszym rodzinnym podwórku.

Nie mogę powiedzieć, że nie polecam tej książki ludziom wrażliwym. To kawał dobrej literatury. Coś, co zdecydowanie warto przeczytać. Jednak zalecam daleko posuniętą ostrożność i robienie sobie przerw. Są w tej książce fragmenty, które sprawiły, że robiło mi się słabo. Dzięki nim doszłam do wniosku, iż czasem lepiej jest umrzeć szybko od maczety lub kuli niż doświadczyć tego, co ocalali. Niektóre świadectwa tych, którzy żyją, są o wiele gorsze od historii tych, którzy odeszli. Mimo iż naprawdę było mi czasem ciężko przejść przez pewne fragmenty, postanowiłam poznać tę książkę całą. Przeczytałam ją, bo zarówno ludzie, którzy przeżyli, jaki i ci, którzy umarli, zasługują na to, by znać ich historie. By nie mylić i nie przekręcać nazw ich plemion. By wiedzieć, co się wtedy wydarzyło. By o nich pamiętać. Bo okrucieństwem samym w sobie jest odwracać głowę, tchórzyć i udawać, że nie widzi się zbrodni.

Jakie są dodatkowe, bardziej trywialne plusy z przeczytania Dzisiaj narysujemy śmierć? Niewątpliwie jest to zmiana w postrzeganiu rzeczywistości. Moje problemy przestały wydawać się takie olbrzymie. Codzienne kłopoty nie zaprzątają całości mojej głowy. Cieszę się tym, co mam i co zostało mi dane, oraz tym, czego doświadczać nie muszę. Ten stan utrzymuje się we mnie już kilka dni i nie mam złudzeń – nie będzie trwał wiecznie, ale oby jak najdłużej.

Jestem wdzięczna Faustinowi za to, że dzięki niemu przeczytałam tę książkę. Z perspektywy czasu uważam, że zdecydowanie warto znać historię ludobójstwa w Rwandzie. Dzisiaj narysujemy śmierć Wojciecha Tochmana dało mi odpowiedzi na wiele pytań. Teraz już wiem, skąd wziął się brak szacunku Faustina do kobiet i czemu nie uważał naruszania mojej nietykalności osobistej za coś złego. Wszystkie ważniejsze pytania, które miałam w głowie, przystępując do lektury, stały się zupełnie trywialne wobec zawartości książki. Wojciech Tochman otwiera oczy nie tylko na przeszłość, ale również teraźniejszość i przyszłość, często również na drugiego człowieka. Dzięki niej patrzymy  na rzeczywistość z dużo szerszej perspektywy. Nie znalazłam odpowiedzi na pytanie, czemu mój sąsiad dostrzegał między naszymi krajami tyle podobieństw. Dzięki Wojciechowi Tochmanowi wiem natomiast, że ludobójstwo może wydarzyć się wszędzie, niezależnie od szerokości geograficznej, i ta wiedza faktycznie skraca dystans między naszymi krajami. Uczmy się na historii nie tylko własnej. A skoro Rwanda wcale nie jest tak daleko od Polski, a samych Rwandyjczyków można spotkać na co dzień w windzie, uważam, że zdecydowanie warto znać ich przeszłość, zwłaszcza tę, która wydarzyła się tak niedawno.

Fot.: Wydawnictwo Literackie