Książki,Recenzje

Jak w marcu – Joe Hill – “Dziwna pogoda” [recenzja]

Bycie synem sławnego ojca, w sytuacji, kiedy chcesz podążać tymi samym śladami kariery, to nie taka prosta sprawa. Jeśli Twój tatko był najlepszym szewcem w mieście i nagle przejąłeś rodzinny biznes, ludzie dwa razy będą sprawdzali, czy dobrze podkleiłeś im podeszwę. Kiedy z kolei tatuś był cukiernikiem, a i w Tobie kryje się pasja do tworzenia wymyślnych tortów oraz ciast, stali klienci zawsze już będą na Twe wypieki patrzyli przez pryzmat smakołyków serwowanych przez ojca. Spora presja, prawda? Ano spora. Co ma jednak powiedzieć facet, który nie zamyka się jedynie w osiedlowej cukierni, a otwiera na cały świat tym, co mu w duszy gra, i co przelewa na papier, mając świadomość tego, że jego staruszek to jeden z najbardziej poczytnych pisarzy na świecie, z milionami oddanych fanów rozsianych po całym globie? To się dopiero nazywa presja! Ciężar ten od lat próbuje udźwignąć na swych barkach syn słynnego Stephena Kinga – Joe Hill, autor za swe dzieła kilkukrotnie już nagradzany, którego powieści takie jak Rogi, NOS4A2 czy Strażak (wielogłos ostatniej z wymienionych powieści znajdziecie TUTAJ) spotkały się z ciepłym przyjęciem zarówno wśród czytelników, jak i krytyki. Pora więc na kolejne wyzwanie w życiu tego młodego jeszcze pisarza, a jest nim zbiór czterech nowel zatytułowany Dziwna pogoda. Cztery odrębne historie, których wspólnym elementem, jak nie trudno się chyba domyślić, są zjawiska meteorologiczne. Czy i tym razem autor z Bangor podołał zadaniu?

Przepełnione młodocianym buntem lata 80. – rock dudniący z głośników kasetowych magnetofonów, natapirowane włosy, skórzane kurtki i podziurawione jeansy. Piękne czasy. Czasy, w których dorasta stroniący od rówieśników i towarzystwa, pulchny Michael. Za kilka chwil otworzy drzwi garażu, za którymi ujrzy swą dawną nianię, a zarazem sąsiadkę, Shelly Beukes, a moment ten, jak i cały kolejny dzień, zmienią jego życie na zawsze, nasz bohater bowiem zmuszony zostanie odnaleźć człowieka, który za pomocą aparatu fotograficznego potrafi wymazać wspomnienia z głowy każdej osoby, jaka znajdzie się na wykonanym przez niego zdjęciu.

Kolejna opowieść przenosi nas najpierw o jedną, a następnie o dwie dekady do przodu. Tutaj liczba bohaterów rośnie, jednak w centrum uwagi ponownie znajduje się mężczyzna, jakże inny od Michaela z noweli Zdjęcie. Randall Kellaway, bo tak nazywa się najważniejsza z postaci tekstu zatytułowanego Naładowany, to obecnie ochroniarz w największym centrum handlowym jednego z amerykańskich miasteczek. Swego czasu Randall przeżył piekło wojny, a choć ojcem chciałby być jak najlepszym, zdarzyło mu się już wyrządzić krzywdę tak żonie (z którą jest w separacji), jak i ukochanemu synowi. Jednak już niedługo lokalne media obwieszczą go bohaterem, który dzięki heroicznej akcji uratował wiele ludzkich istnień. Tylko czy jest to chwała w pełni zasłużona?

Nowela numer trzy i po raz trzeci samiec wysuwa się na pierwszy plan. Tym razem samcowi na imię Aubrey. Kiedy poznajemy Aubreya Griffa, ten robi pod siebie ze strachu, jednak nie może dać tego po sobie poznać. Siedzi w samolocie, wysoko ponad Ziemią, ze spadochronem przyczepionym do pleców, a naprzeciw niego dziewczyna, w której się podkochuje, choć boi się jej do tego przyznać. Problem jest taki, że ona nie może się już doczekać skoku, on z kolei najchętniej padłby przed pilotem na kolana i błagał o to, by posadzić samolot na stałym lądzie. Wniebowzięty to tytuł tej miniopowieści i pasuje do kolejnych wydarzeń jak ulał, bowiem zmuszony potrzebą sytuacji Aubrey odda skok, lądując na przedziwnej chmurze, o bardzo nietypowych jak na chmurę właściwościach.

W ostatnim z tekstów wreszcie to kobieta wiedzie prym. Kobieta ta to Honeysuckle. Honeysuckle jest lesbijką i czeka właśnie w zadaszonym garażu na przyjazd ukochanej Yolandy, nie wie jednak, że choć jeszcze się zobaczą, to tylko na krótką chwilę, bowiem ukochana nigdy nie dotrze do drzwi garażu. Zaraz po przyjeździe na miejsce spadnie na nią (jak i na wszystkich nieznajdujących się pod osłoną mieszkańców miasteczka leżącego w Górach Skalistych) deszcz „gwoździ”, a raczej ostrych, śmiercionośnych szpikulców. Deszcz potrwa zaledwie kilka minut, zbierając przy tym całkiem spore żniwo trupów.

Cztery teksty, cztery historie, cztery różne światy, z jednym wspólnym łącznikiem, a mianowicie pogodą. Czy ten eksperyment się udał? I tak, i nie. Jeśli mowa o zaletach, to zdecydowanie należałoby tu zaliczyć pomysłowość oraz fantazję autora. Naprawdę, pomysłom takim jak deszcz-morderca czy aparat wymazujący wspomnienia, należy przyklasnąć. Z pewnością pochwalić wypadałoby również fantastyczną umiejętność kreowania klimatu z dreszczykiem, który młody Hill z całą pewnością odziedziczył po ojcu. To samo tyczy się także lekkości pióra. To nie są wybitne historie (o czym za chwilę), jednak czyta się je z przyjemnością, a kartki przewracają się praktycznie same.
Niestety jako główne wady zbioru trzeba wyliczyć dwa fakty: pierwszy jest taki, że opowiadania są strasznie nierówne, a drugi to to, że każdemu z czterech tekstów czegoś brakuje. Nawet dwa, według mnie osobiście najlepsze, czyli środkowe – Naładowany oraz Wniebowzięty, mimo iż rozpoczynają się i rozwijają bardzo dobrze, nagle stają się banalne, a na domiar złego kończą nagle i bez żadnej puenty, zupełnie tak, jakby na dobrej imprezie, ktoś nagle odłączył prąd. I cisza. I nic. Koniec zabawy, idziemy do domu. Generalnie rzecz ujmując, to nie są złe teksty (może poza ostatnim), problem stanowi to, że pomysły, z których powstały, zasługują na lepsze rozwinięcie. Innymi słowy mamy tu do czynienia z niespełnionym potencjałem.

Nie zmienia to jednak faktu, iż nowego Hilla czyta się bardzo sprawnie, a fani tak autora jak i gatunku, pomimo pewnych niedociągnięć, mogą przymknąć oko i cieszyć się lekturą. Jest bardzo różnorodnie zarówno jeśli chodzi o samą treść, jak i wachlarz emocji, bowiem będzie się i czego przestraszyć, i przy czym pośmiać, a nawet i wzruszyć. Jako fan krótszych form literackich (tak, jestem z tych, którzy stawiają opowiadania oraz nowele ponad przepastnymi tomiszczami) robiłem sobie na Dziwną pogodę wielki apetyt. Czy został on zaspokojony? Być może nie do końca, nie mogę jednak powiedzieć, że czuję się rozczarowany. Bywały momenty słabsze i lepsze, coś jak ta pogoda w Polsce, zwłaszcza w marcu.

Fot.: Wydawnictwo Albatros