Midway

Emmerich, jakiego znamy i nie kochamy – Roland Emmerich – Midway [recenzja]

Roland Emmerich. Nazwisko reżysera w zasadzie mogłoby wystarczyć za całą recenzję filmu Midway. Jeśli widzieliście poprzednie „dzieła” tego pana, wiecie jakiego rodzaju widowiska możecie się po nim spodziewać. Emmerich ma ciężką reżyserską rękę. Brak mu wyczucia, finezji i, z całą pewnością, nie jest twórcą, po którym oczekuje się dzieł wyrafinowanych, czy chociażby, mówiących cokolwiek o rzeczywistości. Mając tą świadomość, nie można się Midway rozczarować. Gorzej, że nie można też czerpać przyjemność z iście hollywoodzkiego rozmachu, widowiskowych scen, licznych atrakcji wizualnych. Zanadto trąci to wszystko plastikiem, lukrem i watą cukrową. Słowem – sztucznością. To „dzieło”, które poza rozmachem, nie ma nic do zaoferowania.

Akcja toczy się między 7 grudnia 1941 roku, kiedy to Japończycy perfidnie atakują Pearl Harbor, a 7 czerwca 1942 roku. Czyli datą tytułowej bitwy, która była punktem zwrotnym kampanii na Pacyfiku. Na plus można zaliczyć fakt, że akcja filmu dość wiernie oddaje fakty historyczne. Choć nie można oprzeć się wrażeniu, że historia została przez Emmericha potraktowana czysto pretekstowo i zyskuje propagandowy wydźwięk. Pearl Harbor to samograj, materiał na idealne widowisko, a ten właśnie rodzaj kina upodobał sobie twórca Dnia Niepodległości. Scenariusz jest w tym wypadku kwestią drugorzędną. Nielogiczności i czarne dziury nie powinny zatem widza dziwić. Scenariusz poległ na ołtarzu słusznego przedstawienia słusznej sprawy. Czyli przypomnienia światu po raz kolejny dramatów i poświeceń narodu amerykańskiego. I zaprezentowaniu, przy okazji, upodobań estetycznych reżysera.

Midway

Pearl Harbor nie ożyło na ekranie

Kwestią drugorzędną jest też w Midway aktorstwo. Która to kwestia jest zresztą ściśle powiązana ze scenariuszem. Bo pomimo tego, że w filmie pojawiają się całkiem nieźli aktorzy i to w ilości nadprogramowej, to w ogóle nie wykorzystują swojego potencjału. Zwyczajnie mają niewiele do zagrania, są chodzącymi alegoriami. Scenariusz nie przewidział ciekawych bohaterów. Takich, którzy mogliby zainteresować widza. W efekcie ich losy niewiele nas obchodzą. Drewniane aktorstwo i drętwe dialogi nie budują bliskości widza z bohaterami, ale to też jest, zdaje się, dla reżysera kwestia mało istotna. Emmerich jest po prostu rozkochany w widowiskach, i to da się odczuć i w tym obrazie. Szkoda Woody’ego Harrelsona, Patricka Wilsona czy Dennisa Quaida na takie występy.

Midway

Zresztą jako film akcji, też Midway ani nie zachwyca, ani nie porywa. Brak mu polotu i elementu zaskoczenia, który jest nieodzownym składnikiem tego typu produkcji. Doskonale wiemy, co wydarzyło się w Pearl Harbor. Przewidywalną fabułę mogliby uratować nietuzinkowi bohaterowie, czy próba chociażby uchwycenia innej pespektywy, ale zabrakło jednego i drugiego. Emmerich zdaje się nie dostrzegać, że kino wypełnione patetycznymi przemowami i papierowymi postaciami, których jedynym celem jest owe przemowy wygłaszać i może jeszcze gdzieś po drodze bohatersko polec, już od jakiegoś czasu przestało być dla widza atrakcyjne.

Temu panu już dziękujemy

Jest w Midway taki rodzaj łopatologizmu, którego nie jestem w stanie zaakceptować. Odnoszę wrażenie, że reżyser nie traktuje widza jak partnera, nie zostawia pola do dialogu, do interpretacji. Lecz po raz kolejny uzewnętrznia swoje moralizatorskie obsesje. A to już dawno jest passe. Stara szkoła filmowa bywa fajna, ale kiedy przyjmuje formę pastiszu, lub nostalgicznej podróży w czasie, takiej z przymrużeniem oka. Twórcy Midway nie stać na dystans, traktuje swoją misję pokazania światu poświęceń amerykańskich żołnierzy śmiertelnie serio, co czyni film zwyczajnie męczącym. Zresztą ciężko cenić reżysera, który przedmiotowo traktuje autentycznych, było, nie było, bohaterów i odgrzewa wciąż te same kotlety, licząc na box office’owy sukces.

Midway

Podsumowując, Midway to solidne kino rozrywkowe starego typu, zrobione z rozmachem i z przyzwoitą warstwą wizualną. Bohaterowie przypominają kukły nauczone na pamięć patriotycznych frazesów. Całość jest tak beznamiętna, że aż boli. Nie znajdziemy tu emocji i katharsis. Brudu, ni krwi. Fajna ta wojna, taka sterylna. Rozterki i dramaty bohaterów są tak przezroczyste, jak oni sami. Jeśli ktoś lubi rozrywkę polegającą na oglądaniu scen militarystycznych, pojazdów, okrętów i samolotów powinien być usatysfakcjonowany. Ja jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten wykalkulowany, zimny film jest kompletnie zbędny i nie wiadomo, po co właściwie powstał.

Co na DVD?

Standardowe, plastikowe wydanie. Bez dodatków.

Fot. Monolith Films


Przeczytaj także:

Recenzja filmu Na noże

Recenzja filmu Joker

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.