Książki,Recenzje

Kobieca strona dedukcji – Nancy Springer – “Enola Holmes – 1 – Sprawa zaginionego markiza” [recenzja]

enola holmes
enola holmes

Sherlock Holmes jest tak mocno zakorzenioną w kulturze postacią, że trudno byłoby znaleźć osobę, która nie kojarzyłaby jego nazwiska. Znamy go z pierwotnej wersji, czyli prozy sir Arthura Conana Doyle’a, nie jest również zagadką, że serialowy doktor House był po części wzorowany na postaci genialnego detektywa. Później natomiast powstał serial opowiadający już stricte o Sherlocku Holmesie, jego bracie Mycroftcie, a także o największym wrogu detektywa – Moriartym. Produkcja wyróżnia się tym, że przenosi znane z powieści i opowiadań szkockiego pisarza postaci, a także wydarzenia, w czasy nam współczesne – co zresztą okazało się strzałem w dziesiątkę i serial zdobył ogromną popularność – między innymi także dzięki świetnemu duetowi aktorskiemu; w głównych rolach wystąpili Benedict Cumberbatch i Martin Freeman. Z dzieł współczesnych wspomnieć należy również filmy, w których w tytułową postać wcielił się Robert Downey Jr. 14 listopada bieżącego roku za sprawą wydawnictwa Poradnia K. do rąk polskiego czytelnika trafiła natomiast powieść zatytułowana Sprawa zaginionego markiza, która jest pierwszym tomem serii opowiadającej o przygodach pewnej czternastolatki, która nazywa się Enola Holmes. I – owszem – nazwisko nie jest przypadkowe.

Enola Holmes ma 14 lat i jest urodzoną o wiele później niż jej dwaj starci bracia – Sherlock i Mycroft – w dodatku w atmosferze skandalu, siostrą genialnego detektywa. Nieczęsto jednak widuje swoich zapracowanych i cenionych w większym światku braci. W zasadzie nie widuje ich prawie w ogóle. Podczas gdy jeden z nich rozwiązuje tajemnicze sprawy, pomagając pracownikom Scotland Yardu, a drugi piastuje poważne stanowisko u najwyżej postawionych ludzi w Londynie, Enola mieszka z matką w noszącej już ślad czasu posiadłości, z dala od gwarnego i niebezpiecznego miasta. I taki stan rzeczy utrzymywałby się pewnie jeszcze długo, gdyby pewnego dnia, za sprawą tajemniczego zniknięcia, całe dotychczasowe życie Enoli nie legło w gruzach. Kiedy w dniu swoich urodzin nastolatka odkrywa, że jej matka zniknęła, nie pozostaje jej nic innego, jak wezwać na pomoc swoich braci. I jeśli czytelnik spodziewa się czułego powitania po latach niewidzenia się, a także rodzinnego zjednoczenia w obliczu tak smutnej i zaskakującej wiadomości – zawiedzie się, a już na pewno będzie po prostu zaskoczony obrotem spraw. Szybko jednak przekonujemy się, że takie stosunki między członkami rodziny Holmesów to nic nowego. Sherlock i Mycroft nie są przesadnie zatroskani losem matki – o wiele bardziej interesuje ich fakt braku większości służby, braku koni i powozu, ogrodnika… Okazuje się bowiem, że najstarszy i najbardziej zamożny z rodzeństwa – Mycroft – od lat przesyłał matce pieniądze na utrzymanie posiadłości, a ta, prosząc go o coraz więcej, wymieniała niezbędne potrzeby i udogodnienia, na które potrzebuje konkretnych sum. I syn oczywiście gotówkę wysyłał, jednak kiedy po latach odwiedził rodzinny dom, nie zastał w nim nic z rzeczy, na które słał pieniądze. Ten fakt natomiast sprawia, że bracia nie bardzo martwią się o losy matki, podejrzewając ją raczej o ucieczkę niż o to, że została uprowadzona lub że stało się coś jeszcze gorszego.

Pozostaje jednak sprawa Enoli. Nie można przecież czternastolatki zostawić, by biegała samopas po posiadłości, jak jakaś służąca  bez odpowiednich ciuchów i wykształcenia – co już teraz jest nie do pomyślenia, że jej matka tak nie zadbała o jej wychowanie i przyszłość. Zapada więc decyzja, że dziewczyna zostanie przez Mycrofta przewieziona do szkoły z internatem. Ale my do tego czasu poznamy Enolę na tyle, by wierzyć, że nie da się tak łatwo stłamsić swoim braciom. Dziewczyna nie tylko wymknie się spod opieki brata, ale również postanowi odszukać matkę, wplączę się w ogromnie niebezpieczne (śmiertelne wręcz) tarapaty, a także trafi na ślad sprawy zaginionego markiza, która będzie spędzać sen z powiek wszystkim funkcjonariuszom w Londynie. Czytelnik wraz z siostrą słynnego Sherlocka Holmesa wybierze się w pierwszą jej życiu przejażdżkę pociągiem, przemierzy niebezpieczne uliczki Londynu, poczuje strach w ciemnych i wilgotnych dokach, a także zmierzy się z największym wyzwaniem w życiu – wkraczaniem w samodzielność i dorosłość.

Tytułowa Sprawa zaginionego markiza to w zasadzie wątek mniej ważny niż zniknęcie matki rodzeństwa Holmesów. To bowiem ta sprawa spędzać będzie sen z powiek Enoli i to ona zdecyduje o tak drastycznych zmianach w jej życiu. To ona również będzie – jak możemy się domyślać – definiować poniekąd kolejne tomy serii. Nancy Springer miała bardzo ciekawy, ale jednocześnie (mimo wszystko) ryzykowny pomysł, by bohaterką swojej książkowej serii uczynić nieistniejącą w oryginalnych powieściach i opowiadaniach, siostrę słynnego detektywa. Dlaczego było to ryzykowne? Choćby z tego względu, o którym wspominam na samym początku – uniwersum Sherlocka Holmesa to temat już dość mocno wyeksploatowany. W tym wypadku jednak autorka wygrywa zarówno oryginalnością, jak i grupą wiekową, do jakiej kierowana jest powieść. Oczywiście mogą sięgnąć po nią również starsi – tak jak chociażby ja – czytelnicy, ale uważam, że będzie to świetna lektura dla nieco młodszych czytelników, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z powieściami detektywistycznymi. Przemawia za tym również pierwszoosobowa narracja, dzięki której wszystkie wydarzenia poznajemy oczami właśnie czternastoletniej Enoli – to jej obawy nam zatem towarzyszą, to jej przemyślenia pobrzmiewają nam w głowie podczas lektury i to jej humor i postrzeganie świata na chwilę stają się naszymi.

Enola Holmes to natomiast dziewczyna niezwykle rezolutna, utalentowana, sprytna i bystra, choć… no cóż… jej bracia kompletnie zdają się nie brać tego pod uwagę. Ta kwestia natomiast to niezwykle ważna i cenna cecha powieści Nancy Springer. Czytelnik obserwuje na kartach powieści, jak w tamtych czasach postrzegane były kobiety i z pełną mocą oraz świadomością (przez skonfrontowanie tego poglądu z rzeczywistym stanem rzeczy) widzi niedorzeczność istniejących wtedy tendencji w rozumowaniu i traktowaniu płci pięknej (czy może powinnam powiedzieć “słabszej”). Coś mi jednak mówi, że główna bohaterka jeszcze nie raz, w przyszłych tomach, utrze przysłowiowego nosa zarówno swoim braciom, jak i innym mężczyznom, którzy będą ją jako kobietę traktować lekceważąco. Tymczasem ona dość szybko odkryła, jaką przewagę daje jej kobieca strona dedukcji, do której mężczyźni nigdy nie będą mieli dostępu.

Enola Holmes. Sprawa zaginionego markiza to bardzo przyjemnie napisana powieść, którą spokojnie można przeczytać w jeden, dwa wieczory. A obecna pogoda i szybko zapadające ciemności zachęcają do tego, by zaszyć się z książką pod kocem. Do sięgnięcia po powieść zachęca również (mniej istotna, ale wciąż ważna) szata graficzna. Wydawca zadbał o to, by okładka przyciągała naszą uwagę i cieszyła oko. Mam nadzieję, że następny tom będzie utrzymany w tej samej stylistyce, która zresztą idealnie pasuje do wydarzeń przedstawionych w powieści, które dzieją się w XIX-wiecznym Londynie – pełnym tajemnic, niebezpieczeństw i ciekawych ludzi. Swoją drogą okładka skojarzyła mi się od razu z książką Heaven. Miasto elfów – głównie przez niebieską kolorystykę i bramę przywodzącą na myśl właśnie takie gotyckie wzory i zdobienia. Zresztą Miasto elfów również rozgrywało się właśnie w Londynie XIX wieku. Dziś jednak mówimy o Enoli Holmes i pierwszej powieści, w której się pojawia. Powieści napisanej lekko, przyjaźnie dla oka czytelnika i wartko, co – biorąc pod uwagę nastoletniego odbiorcę – będzie dużym plusem. Podobnie jak to, że powieść skłania do tego (ze względu na czas akcji), by zapoznać się z niektórymi słowami, które dziś niekoniecznie mogą okazać się dla nas znane. A taka nauka zawsze jest cenna. Podobnie jak dobra lektura – a taką jest właśnie Sprawa zaginionego markiza. Dla fanów Sherlocka Holmesa jest to pozycja obowiązkowa, ale nie tylko. Samego Sherlocka jest tu zresztą mało i – co mnie osobiście zdziwiło pozytywnie – nie jest przedstawiony w świetle rewelacyjnym. Ma swoje wady i zalety – jak każdy człowiek. I właśnie taki Sherlock staje się dla czytelnika bardziej wiarygodny. Dobrze też, że autorka nie uczyniła z niego drugiego bohatera, bo przy takiej postaci, jaką jest słynny detektyw, będący już ikoną popkultury, Enola szybko mogłaby schować się w jego cieniu i – wbrew woli autorki i pragnień czytelnika – stać się bohaterką drugoplanową. Do tego na szczęście nie dochodzi – Enola Holmes wyrasta na pełnoprawną bohaterkę z krwi i kości, która szybko staje się dla nas o wiele bardziej interesująca niż jej brat, w czym pomagają jej trudniejsze dla kobiet czasy. A w tym, by były dla niej mimo wszystko łaskawsze, będę jej jak najbardziej kibicować podczas lektury drugiego tomu, gdy tylko ten się ukaże.

PS Ciekawostką jest, że na podstawie książki powstaje film, a główną rolę, czyli Enolę Holmes, gra Millie Bobby Brown – czternastoletnia aktorka doskonale znana fanom serialu Stranger Things

Fot.: Poradnia K

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".