Wes Anderson to reżyser na tyle charakterystyczny, że jego wizję świata albo kupujemy jak ostatnią paczkę żelków, albo odbijamy się od niej jak od gumowej ściany. Fenicki układ nie będzie od tej reguły wyjątkiem i jeśli nie zbrzydła Wam do tej pory maniera reżyserska Andersona, to z seansu wyjdziecie zadowoleni. Trudno jednak powiedzieć, aby film ten był przejawem jego geniuszu – nieangażująca fabuła i chaotyczna narracja może zbić z tropu, gdy odczujemy pierwsze znużenie. Malkontentów jego pracy Fenicki układ nie przekona, a zwolenników mile połechce. Ni mniej, ni więcej.
Benicio del Toro gra tu pierwsze skrzypce i o ile do tej pory nie przepadałem za jego aktorstwem, tak tutaj mnie zachwycił. Jako snobistyczny i zblazowany miliarder, Zsa-Zsa Korda jest jednocześnie niepokojący, jak i komiczny w swoim zadufaniu. Wtórująca mu w błyskotliwym aktorstwie Mia Threapleton tworzy z nim szorstki duet córka-ojciec, w którym ścierają się ze sobą mocne charaktery. Ich ekspresowe (ale mało ekspresyjne) dialogi budziły we mnie autentyczny podziw, serwując jednocześnie salwy śmiechu, gdy nieugięta Liesl skrupulatnie wierciła tatuśkowi dziurę w brzuchu o przeszłość ich rodziny. Tu Fenicki układ z kameralnego starcia dwóch zwaśnionych osób przeradza się w plejadę pomniejszych gwiazd, których występ rozświetla ten film.
Zsa-Zsa Korda udaje się w podróż dookoła świata, aby udobruchać swoich wspólników i członków rodziny, aby wsparli jego gargantuiczny biznes, w którym kładzie swoją tłustą łapę na najważniejszych projektach. Celem jest znalezienie środków na zasypanie mitycznej „dziury”, która staje się obsesją Kordy. Niestety, jako niedoświadczony widz filmów Wesa Andersona, nie byłem w stanie skupić się na wątku fabularnym i finansowymi zawiłościami planu głównego bohatera, bo reżyser wciąż rzucał na ekran błyskotliwe, ale bardzo szybkie dialogi i unikatowe postaci. Fenicki układ podobał mi się najbardziej w tych momentach, gdy Zsa-Zsa Korda musiał w jakiś sposób udobruchać swoich partnerów biznesowych, a pojawienie się na ekranie duetu Bryan Cranston i Tom Hanks to mój ulubiony moment filmu.
Dynamicznie zmieniająca się relacja między córką i ojcem może sugerować, jakiego zakończenia należy się spodziewać, chociaż szybko przestało to mieć dla mnie znaczenie. Toteż banalne i płytkie zakończenie nie było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Po prostu chciałem chłonąć unikatowy styl Wesa Andersona: konstrukcja lokacji w filmie sprawia wrażenie celowo postawionych przed widzem makiet, aby widzieli że to wszystko jest jednym wielkim teatrem rozgrywanym na naszych oczach. Gdzie by się Korda nie udał, wszystko sprawia wrażenie sztuczności, sceny przygotowanej specjalnie dla zakochanego w sobie Kordy. Ten znowuż traktuje otaczających go ludzi i miejsca jako swój plac zabaw, w którym wystarczy pokazać, że ma się największe grabki.
Fenicki układ przełomem w karierze Wesa Andersona nie jest, ale może stanowić dla nowych widzów świetny przykład jego stylu. Pastelowe kolory, mnóstwo dziwacznych postaci i kuriozalne dialogi to znak rozpoznawczy reżysera i jeśli to już Wam wystarczy, to nie będziecie zawiedzeni.
Fot.: American Empirical Pictures / Focus Features / Indian Paintbrush
PS. Na film wybraliśmy się dzięki Cinema City.












